POCIĄG DO ŻYCIA WIECZNEGO

To już ostatni Pilch, jaki mi został. Autorski wybór felietonów z lat 2002-2007, pisanych dla „Polityki”. Meandry wyobraźni pisarza niezmiennie oryginalne, forma szczytowa. Zastanawia, co by autor powiedział o dzisiejszej rzeczywistości, skoro analizując charakterystykę braci w latach 2005-2007 stawia następującą tezę: Największym brakiem i największą bolączką Kaczorów jest brak powagi: tęsknotą za powagą jest ich największą tęsknotą; powagi, specjalnie powagi wizerunku oni łakną jak Polska gola i nie wychodzi. Z natury zabawni, z definicji – anegdotogenni, z estetycznego podwojenia – komiczni, wlokący za sobą kinematograficzne widma Jacka i Placka; dziejowo wyjątkowi i przez to stanowiący niebywały łup dla satyryków, którzy nie wierzą we własne szczęście, że przyszło im żyć w ekscentrycznej epoce bliźniaków – Kaczory potrzebują powagi jak narkoman działki. Ale pech ich w tej potrzebie prześladuje: a to ten, co politykę odznaczeń pragnie fundamentalnie uporządkować – order Jaruzelskiemu przez kabaretowo-spiskową omyłkę wyśle, a to ten, co jest doskonałym mówcą – zamiast mówić, zaśpiewa, a to obaj, przy swej skłonności do sensacji i przeanielania narodu, śmiertelnie poważne rzeczy głoszą i rozziew pomiędzy powagą głosu a niepowagą obrazu jest dodatkowo humorystyczny (…).

Jeśli śmiechem można zabić – a wielu w ostatnich latach próbowało – to tej potrzeby powagi kule się już nie imają.

Dopomogła opatrzność.

Nuda

W oknie wystawowym galerii sztuki pojawiły się dwa obrazy mojego ulubionego metaforysty – pana Rafała Olbińskiego. Stoję, patrzę, śledzę ścieżki wyobraźni artysty. Obok zatrzymuje się babcia z dwojgiem kilkuletnich wnucząt. A co to jest tu na obrazie? Droga, odpowiada dziewczynka. A czym ta droga się kończy? Cisza. No popatrzcie na ten zawijas na końcu, co to może być? Ślimak, mówi wyraźnie zniecierpliwiona dziewczynka. Nie, to zakończenie jakiegoś instrumentu muzycznego. Jakiego? Cisza, ciągnięcie za rękę, przestępowanie z nogi na nogę. A ten obraz z kwiatami tam wyżej widzicie? W malarstwie to się nazywa motyw roślinny, stara się babcia jak może. A tam jeszcze wyżej, co widzicie na obrazie?

Babciu, chodźmy już! rozkazuje wnuczka.

SŁUŻĄCE do wszystkiego

Pamiętam to piękne mieszkanie na parterze kamienicy w centrum miasta. Pięć pokoi w amfiladzie, wielka kuchnia do której wchodziło się przez łazienkę otwartą na przestrzał. Niegdyś był to korytarzyk, ale potem wstawiono wannę i toaletę. Przy kuchni było malutkie pomieszczenie bez okna. Sądziłam, że to spiżarnia. Otóż nie – to była służbówka. Rodzice mojej znajomej mieli przed laty służącą i ona tam mieszkała. W zasadzie spała, bo poza łóżkiem i stołkiem nic się tam więcej nie mieściło.

Przypomniałam sobie to mieszkanie podczas lektury książki pani Jonanny Kuciel-Frydryszak „Służące do wszystkiego”. Niewiele jest przedmiotów, o których można by tak powiedzieć. A o kobietach, zwykle ze wsi, najczęściej analfabetkach, z domów gdzie głód, chłód i ubóstwo – tak. Wychodziły z tej biedy w poszukiwaniu lepszego życia, trafiały do miasta i pozostawały na służbie do końca życia. Wykorzystywane, poniewierane, poniżane, skromnymi zarobkami wspierały rodzinny dom. Olbrzymia większość nie wyszła nigdy za mąż, nie założyła własnej rodziny. Nieślubne dzieci oddawały bliskim na wychowanie, płacąc na ich utrzymanie.

Nikomu nie zależało na podniesieniu ich statusu społecznego, choć były takie próby. Kuriozalne stanowisko przyjął w tej sprawie kościół. Czasopisma kościelne nawołują do posłuszeństwa, ale też odradzają kontakt ze sztuką i literaturą. Najsmaczniejszy cytat na ten temat brzmi tak: Czytanie wielu powieści i romansów nawet niezupełnie złych w następstwie jest zawsze szkodliwem, bo zapala wyobraźnię urojonemi obrazami, więc nieprawdziwymi i daje pojęcie całkiem fałszywe o życiu. Książki tego rodzaju sprawią, że będziesz niezadowoloną ze skromnych stosunków, w których żyjesz, a obudzą pragnienia, które cię unieszczęśliwią, bo nigdy spełnione być nie mogą. Co więcej zbyteczne czytanie uczyni cię niezdolną osiągnąć szczęście domowe. Taka książka, którą co chwilę do ręki bierzemy z chęcią przeczytania jak najprędzej do końca, jest największą przeszkodą do sumiennego wypełnienia codziennych obowiązków i zaporą domowego zadowolenia.

Czyż trzeba cokolwiek dodawać?

Szaliczek

Weszłam do tego sklepu skuszona pięknym wisiorem, który zobaczyłam na wystawie. To co, bierzesz te rękawiczki, czy nie? tonem wyraźnie zniecierpliwionym przemówił wysoki, zwalisty do niskiej, drobnej. No nie wiem… Decyduj się, bo potem sama będziesz płacić! No dobrze, poproszę. Trzydzieści pięć, stuka w klawiaturę kasy pani sklepikowa. Jedna z dwóch. A ten szalik, mogłabym zobaczyć? Przykłada do brody patrząc w lustro. Masz brzydką twarz, żaden szaliczek ci nie pomoże. Co pan mówi, proszę zobaczyć, jak ładnie pani jest opalona, protestuje pani sklepikowa. Druga z dwóch. A potem może jeszcze płaszczyk, żeby pasował do szaliczka, co? znęca się wysoki, zwalisty. Pani nieporuszona przymierza szalik. Albo go dobrze zna i lekceważy jego złośliwości, albo się go boi. A może i pan by się postarał być ładny dla pani? To działa w dwie strony, wymądrzam się. O, już się wtrąca! Jak mąż z panią wytrzymuje? napada mnie zwalisty.

A jak żona z panem?

MALI BOGOWIE 2. Jak umierają Polacy

Ta książka odstręcza od pierwszych zdań. Pan Paweł Reszka podaje in extenso dożylny zapis pracy ratowników medycznych, sanitariuszy, pielęgniarek i lekarzy z karetek i oddziałów SOR. Poraża tak prostactwem, znieczulicą, jak i indolencją systemu, który jest chaosem, bałaganem i kombajnem opartym na bezwzględnym wykorzystywaniu medyków. Chciwość organizuje dyżury, zapełnia braki, wymusza zgodę. Bez niej system już dawno by padł. Przepracowanie ludzi niszczy empatię, powołanie i satysfakcję z pracy. Zamknięte koło.

Książka przypomniała mi też kilka szpitalnych sytuacji i zachowań, których nie rozumiałam. Rozwikłała wątpliwości i odpowiedziała na pytania. Ale o jedno można mieć nieustającą pretensję: o nieumiejętność i niechęć tłumaczenia pacjentowi, dlaczego ma tyle czekać, co będzie się z nim działo dalej, dlaczego tego nie można, a tamto bezwzględnie trzeba. Ograniczyłoby to ilość pretensji, roszczeń i krzyków, na które skarżą się medycy.

Wniosek z lektury jeden: nie chorować. A jeśli już – to prywatnie.