NIEpamięć

A raz miałem tak – opowiada pan Borys, gdy rankiem czekamy na wycieczkowy autokar, że wróciłem o czwartej rano z Antwerpii. Dowlokłem się na to swoje czwarte piętro, sięgam do kieszeni, w której zawsze mam klucze, a tu – nie ma. I co pan zrobił? Usiadłem na schodach i rozpłakałem się. Tyle kilometrów, upał, głód, no rozryczałem się ze zmęczenia i bezsilności. Bo to trzeba zawsze mieć zapasowe klucze u kogoś – wymądrzam się. No i co by z tego było, przecież o czwartej rano nikogo bym nie odważył się budzić. I tak bym je otworzył. Z rozpędu? – dopytuję się. Tak, ale też musiałbym poczekać, żeby sąsiedzi nie pomyśleli, że to włamanie. Zastanowiłem się, że to niemożliwe, żebym nie zabrał tych kluczy. Wyłożyłem wszystko na podest schodów. Córki mi różnych gratów nadawały, jakieś szklanki, talerze, ciuchy. Ciężkie to wszystko było… I zrobiło się na tym podeście jak w sklepie. A na dnie torby, na samym dnie – klucze! Napiłem się z tego szczęścia.

Jeszcze na schodach.

NEXT-ex, czyli cały Machulski

Jakiż ładny spektakl przygotował nam i wystawił wczoraj w Teatrze Tv pan Juliusz Machulski. Jakże ja to ładnie, najładniej jak potrafię tu Państwu opiszę, drodzy widzowie i czytelnicy?

Ładny pod każdym względem i ładny w tym szlachetnym, ciepłym znaczeniu. Reżyser, od "Vabanku" począwszy, zawsze zabiera nas w niewymuszoną ale jednak nie do oderwania się od niej – przygodę. Widz patrzy z zaciekawieniem, ale też bez niedobrego napięcia w sobie, że zaraz go coś przerazi, wystraszy, obrzydzi, porani jak to dzisiaj nierzadko bywa metodą twórców. Nie dociska do ściany, nie stawia nad przepaścią. Jest miło, pogodnie, z uśmiechem, a jednak – przeciekawie.

I wczoraj też.

Wszystko mi się podobało. I pani Małgorzata Zajączkowska jako Zyta w czółenkach chodząca po własnym mieszkaniu, elegancka w każdym calu, i pan Krzysztof Stelmaszyk pisarz i Inteligent Roku, zazdrosny o własną córkę, i pani Anna Seniuk jako babcia, wymyślona jako kontrapunkt dla pozostałych postaci, i pan Jan Englert jako Eustachy, w którejże to roli najbardziej podobała mi się pierwsza scena, kiedy wpada do mieszkania tak, że o mało się nie przewróci, a potem pracuje nad hiperwentylacją, która go dotknęła… Pan Englert jako niezmiennie elegancki i dobrze wychowany mężczyzna i tak też obsadzany, niewiele ma szans, by pokazać klasę aktorstwa, a w tej komedii pokazał. A ja za takimi szansami dla aktorów uznanych tęsknię straszliwie.

Właściwie od pierwszych chwil przypominały mi się angielskie spektakle, pokazywane niegdyś w telewizji pod nazwą "Teatr telewizji na świecie". Nie wiem, czy panu Machulskiemu takie wzorce klasycznej sztuki posłużyły, ale w końcu to jest świadomy, wytrawny twórca, więc…

Dobre, gęste dialogi, wszystkie słowa uzasadnione, nic nie puszczone, byle leciało. Staranna, błyskotliwa i inteligentna robota. Tak w scenariuszu, jak i reżyserii.

Państwo najmłodsi – Marysia, czyli Julia Rosnowska i Jakub Firewicz – Marcel, pewnie pierwszy raz na ekranie Teatru Tv, pełni wdzięku i sympatyczni.

I do dziś się głowię, czy to zasługa znakomicie obsadzonych ról, czy rewelacyjnego, równego aktorstwa, że to wszystko takie ładne?

Brak

Uciekłam stamtąd kompletnie zdołowana. Przepłakałam całe popołudnie. Fajnie mi się płakało. Starannie. Najfajniej pod prysznicem.

Nie włączyłam telefonu.
Nie włączyłam światła.
Nie włączyłam telewizji.

Chciałam się wyłączyć.

Nago i BOSO

Wyszła ta płyta bodaj jesienią ubiegłego roku. A że już wcześniejszymi produkcjami – cóż za durne określenie twórczości – Zakopower pokazał, że potrafi, pobiegłam do empiku. Przesłuchałam po kawałku. No fajne, fajne, pomyślałam, ale chyba jeszcze za małe, jeszcze mnie nie pochłonęło z butami.

A potem zaczęły się po kolei odsłaniać kolejne utwory. Z absolutnie genialnym "Bóg wie gdzie" na czele.

No fajne, fajne, myślałam, ale to tylko dwie piosenki: wymieniona plus "Boso".

Aż do nagród muzycznych Fryderyk. Trzy statuetki.

Zaczęło mnie ssać. A ponieważ byłam na długiej majówce w górach, to sssania nie było gdzie zniwelować. Dossało mnie do powrotu. I – do sklepu. I już miałam w ręku, już uspokojona. Już wcale nie musiałam słuchać. Przyniosłam, położyłam na regale.

Ale tych piosenek tam nie ma. Odkryłam na You Tube "Zbuntowanego
anioła" z niebywale oryginalnym tekstem – wymyślić, że Anioł Stróż wymawia człowiekowi służbę – duuuża rzecz! Słucham na zmianę z
"Nie bo nie".

Czuję, jak smyczek przecina mi żyły.

Kobieta od OSTRZY

Dorastałam wśród tępych noży. Jest to dla mnie dziwne – powiedziałby wuj Zygmont(!). Dla mnie norma. Się nie zastanawiało, że ziemniaki trzeba obierać z użyciem sporej siły. Chleb kroić, a raczej rżnąć z toną okruszyn przy okazji.

Wiele lat potem, kiedy w domu swoim noże miałam zawsze ostre oraz przyjemność z krojenia, obierania. Bo to się samo robiło, jak po maśle, po prostu.

I oto zajeżdżam w odwiedziny do Domu Rodzonego. Dlaczego te noże tu zawsze takie tępe? A tak jakoś… zawiesza głos w nieskończonym wszechświecie Matka Rodzona. No jak jakoś? Jak jakoś? – wkurzam się dożylnie. Trzeba naostrzyć, kroić się nie da. Aaa, nie będę się prosić – zawiesza głos już całkiem blisko. Tak koło fotela przed telewizorem.

Wybieram z szuflady wszystkie noże. Sięgam po osełkę. Niosę do fotela przed telewizorem. Naostrz – żądam. Ostrzy.

Po miesiącu znów w odwiedzinach. Noże tępe. Czemu te noże takie tępe? A tak jakoś…Wybieram z szuflady. Niosę przed telewizor. Naostrz – żądam. Ostrzy.

Jak nie przyjadę – używają tępych. Jak przyjadę od progu: Noże tępe!

Takie tępe te tarki – mówi MR, drąc marchewkę siłą. To czemu nie kupisz nowej? A tak jakoś…

Po miesiącu znów wyjmuje jedną z dwóch tępych tarek. Zgniecioną, pokrzywioną. Drze jabłko. Jaka tępa ta tarka. Trza kupić nową.

Po dwóch – jedną wyrzuciła. Tę bardziej pogiętą. Na tępej drze buraki. Miałaś kupić tarkę – oświadcza groźnie. Jaaa?

Wyjeżdżam, zapominam. Któregoś dnia w Leclercu widzę promocję na tarki: to znak. Kupuję. Nic nie mówię, jadę.

Od progu: Kupiłaś tarkę?

U siebie. Robię surówkę. Wyciągam tarkę. Drę marchewkę po tępych otworach. Matko kochana, czemu ta tarka taka tępa? – pytam siebie. A tak jakoś…

Myślałam, że rozwój pokoleniowy rodziny postępuje.

A tu w tarkach zastój.

Daily SOUP

I tak oto, szanowni państwo, zaobserwowaliśmy nowe zjawisko: wartości rodzinne w postaci zupy naszej codziennej weszły na salony teatralne. Motyw posiłków, garów pojawił się już w sztuce pani Doroty Masłowskiej "Między nami dobrze jest", a wczoraj w Teatrze Tv w spektaklu Amanity Muskarii, czyli sióstr Muskała "Daily soup" w reżyserii pani Małgorzaty Bogajewskiej. Który przyjechał mi pod dom kilka miesięcy temu, a ja – głupia – się nie poznałam i nie poszłam. W telewizji niby też na żywo, ale jakie to na żywo, jak przez szybę.

Znakomicie napisana tragikomedia byłaby bardzo śmieszna, gdyby nie była taka smutna. Terror rodzinnych obiadków, serwowanych przez matkę – tu pani Halina Skoczyńska, wykpiwany przez ojca – tu pan Janusz Gajos, postulującego żeby wreszcie "skończyć z tą arystokracją", jeść rękami, skoro w domu i tak śmierdzi kapustą i bżdzinami seriali… A matka co noc we śnie układa sobie na ramieniu łyżki jak dzieci… A potem zaparcia, wzdymanie, puszenie i tym podobne zjawiska. Szarpanina o pilota, programy telewizyjne, o wszystko właściwie. Jakie to życiowe – rozmarzyłaby się niejedna oglądaczka seriali. Parę pokoleń Polaków weszło w życie z takim wyposażeniem. I wciąż wspominamy smaki dzieciństwa: kotlet mielony z buraczkami, kopytka i kapuśniak.

Strasznie mało dostaliśmy.

Na szczęście aktualna młodzież polska żywi się coraz częściej na mieście.

Zastanawiała mnie postać babci kreowana przez panią Danutę Szaflarską, zajętą bardzo intensywnie w różnych sztukach, co godne jest podziwu i zauważenia. I ta otóż pani Danuta, z istoty swej przesympatyczna osoba, białowłosa, krucha, delikatna i ciepło się uśmiechająca tak do wewnątrz, powiedziałabym, tu w roli potwora, który oddał własne dzieci do sierocińca… Nie dało się w to uwierzyć.

Tak więc można powiedzieć, szanowni państwo, że mieliśmy wczoraj w domach teatr narodowy.

Bardzo narodowy.

Tego się nie da przełożyć na inne języki.

PILNOWANIE dobytku

Zdarza się, że znajomi proszą mnie o przypilnowanie mieszkania przez czas wyjazdu. Z noclegami, kąpielą, pożywieniem z lodówki, podlewaniem kwiatów. Lubię przemieszkiwać w cudzych mieszkaniach. To jest tak, jakbym istniała i nie istniała jednocześnie.
Najczęściej to ja rządzę mieszkaniem. Ale czasem…

Dzień pierwszy
Miła, młoda, brzydka kobieta wręcza mi klucze z zapewnieniem: Czekaliśmy wczoraj na panią. Czekali kiedy indziej. Używam laptopa właścicieli siedząc w kuchni. Uchylam okno dla lepszego natlenienia myśli. Kończę. Okno nie daje się zamknąć. Przerażona wyobraźnia produkuje mi perspektywę spędzenia dwóch tygodni przy otwartym oknie, bez możliwości wyjścia, bo złodziej. Próbuję i próbuję. Coś trzeszczy. Zaraz pewnie wyleci na mnie i – zakrwawiona – z trudem doczołgam się do ratunku. Idę – jeszcze w całości – na górę po pomoc. Przychodzi mąż miłej, młodej, brzydkiej kobiety i jednym stanowczym pchnięciem ratuje mi życie.

Dzień drugi
Dziś przybywam bardzo późnym popołudniem. Spędzę z kwiatkami noc. TV nijak nie udaje się uruchomić. Śnieg i śnieg, jak by to zima byłą. Aaa, poczytam sobie.
Kładę się do łoża, włączam lampkę obok. Lampka gwałtownie się grzeje, rozjaśnia. Za moment dowiem się, że były to drgawki agonalne. Słyszę krótkie: pyk! – i po lampce. Przy okazji też po prądzie w całym mieszkaniu. W najczarniejszym mroku myślę o alternatywnych źródłach światła. Są świece, ale nie ma zapałek. Grzebanie w szufladach po omacku nic nie da. Miałam świecić światło, żeby złodziej myślał, że ktoś jest. Jaaak? Zasypiając, postanawiam doczekać brzasku. Niepokoi mnie lodówka.
W pewnej – ciemnej jeszcze  – chwili ocykam się. Kap, kap, kap – słyszę i po omacku oraz na palcach, żeby się nie obudzić , idę do kuchni. Przystawiam ucho do drzwi lodówki, nasłuchuję. Cisza. Tam nie kapie. To gdzie kapie? Przeprowadzam poważne śledztwo słuchowe i dowiaduję się, że za oknem w sypialni. Z daszku na daszek. Zamykam okno. Trochę ciszej kapie. Zasypiam.
Rankiem  przesuwam wszystkie możliwe wajchy od prądu. Ale mają mnie w dupie. Mieszkanie wyraźnie mnie nie lubi. Kopię je w ścianę. Odmrażam lodówkę, bo sama się odmroziła. Stosuję "Relaksacyjny żel pod oczy – program pielęgnacyjny dla mężczyzn". Nie pomaga. Wku…na idę do domu.

Dzień trzeci
Przechodzę cykl szkoleń na temat zabezpieczeń elektrycznych, wydany przez moich sąsiadów. Jedno dotyczy metod otwierania śrubokrętem szafek z licznikami. Uzbrojona w wiedzę na temat korków i oznaczeń, już chyba wiem, co wysiadło. W razie kłopotów, mam obietnicę własnoręcznej pomocy sąsiadów. Na razie dziękuję.
Udaję się do Leclerca po zapas korków. Jest na nich napisane: wkłady topikowe. Ha, ha, nigdy nie słyszałam zabawniejszej nazwy.

Dzień czwarty
Bladym świtem idę podlewać i naprawiać. Otwieram śrubokrętem szafkę na klatce i – o dziwo – żadne korki w niej nie występują. Tylko jedna wajszka. Pyk – na klatce, pyk – w domu i mogę już zagotować wodę na herbatę. Spędzam miłe przedpołudnie na balkonie, żeby złodziej widział, że ktoś mieszka. Lakeruję szpony lakerem właścicielki. Słusznie mi się należy nagroda za naprawienie prądu. Właściciel przysyła esemesa. Wszystko ok – odpisuję. Matka właściciela dzwoni, czy właściciel dzwonił. Sprawdza, czy wywiązuję się z obowiązku. O matko! I to jak!
Trzymam otwarty balkon i obserwuję, jak do mieszkania pchają się muchy i osy. A potem trach! zamykam im drzwi przed nosem. Jutro będą leżały do góry nogami na parapetach. Idę do domu, bo nie lubię obserwować agonii. Zabieram swój śrubokręt i komplet wkładek topikowych.

Dzień piąty
Robię kawę z expresu. Leci, jak z krowich cycków. Kawa od krowy. Z pianką. Niezłą.

A potem już z górki. Mieszkanie obłaskawione.

Ja się nie boję braci Rojek

Kto nie uwielbiał – uwaga! piękne określenie – onego czasu kabaretu pani Olgi Lipińskiej, występującego pod różnymi zatytułowaniami, np. "Właśnie leci kabarecik" – nie zrozumie. Kto nie uwielbia Konstantego Ildefonsa – nie ma pojęcia o czym mówię. Kto nie uwielbia mistrzów Michnikowskiego i Kobuszewskiego – nie poczuje.

To się powinno czcić jak Kabaret Starszych Panów. Bo to jest ten poziom sztuki.

Ja uwielbiałam, uwielbiam i czczę.

Wczoraj miałam okazję sobie przypomnieć to uczucie. W Teatrze Tv powtórka spektaklu z 2003 roku "Ja się nie boję braci Rojek" w reżyserii pani Olgi Lipińskiej.

I cóż: oni wszyscy zostali dla siebie stworzeni. A może to jeden tworzył drugą, a druga trzecich? Kto to wie? Trafili na się i to jest piękne.

I jeszcze pani Hanna Śleszyńska, panowie: Krzysztof Tyniec, Paweł Wawrzecki, Władysław Grzywna, Artur Barciś…Wszyscy z jednej bajki. Pan Zamachowski trochę jakby z innej, ale – nic to. Lekko, dowcipnie, delikatnie, mieszając wszechświat z boczkiem i musztardą, jak to u Gałczyńskiego. I na koniec: Wiersze nasze zaorzą pługiem/będą kartofle potem wódka/bo życie nasze takie długie/a sztuka – za krótka…

Otóż to, otóż to.