Szczygieł w poszukiwaniu straconego sensu

„Wyłączyłem płytę z muzyką, w której można się tylko chlapać. Nie zaleje cię całego, raczej zanurzysz stopy.
Dzięki Bogu istnieje też muzyka, w której można utonąć. A nawet się rozpłynąć (…)”.

Z książki „Projekt: Prawda” pana Mariusza Szczygła nie będzie recenzji, opisu uczuć towarzyszących lekturze. Będzie tylko zachwyt powieścią Stanisława Stanucha, odkrytą na nowo przez reportera po niemal sześćdziesięciu latach od wydania i umieszczonej wewnątrz własnej. I co mądrzejsze, smakowitsze cytaty z niej.

Bo co z tego, że napiszesz znakomicie, najznakomiciej na świecie? Jeśli nie znajdzie się odkrywca po latach, zaginie wszystko w pomroce dziejów.

Pomroka. Ładne słowo.

 

 

Mała apokalisa

„Małe życie” Hanya’y Yanagihara’y (czyli, spolszczając, Hani Janagihary) to rzeczywiście znakomita książka. Przyznaję, choć jak zwykle podchodzę do arcyrozległej kampanii reklamowej z nieufnością. Jest amerykańska, jak tylko amerykańskie potrafią być dobre książki. Czuć wymyśloną przez nich szkołę kreatywnego pisania. Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, że pisania można nauczyć, ująć w ramy, podać niezmienialne zasady, formę. Czy liczni poprzednicy pani Hani, w tym nobliści, kończyli jakiekolwiek kursy twórczego pisania? Jeślibym dostała do przeczytania teksty literackie pozbawione szczegółów tożsamości, z białymi okładkami, jestem w stanie rozpoznać rękę pisarza amerykańskiego, angielskiego, francuskiego, polskiego…Ech…

Koncept uczynienia postacią wiodącą dziecka znalezionego na śmietniku, przechodzącego wszystkie kręgi piekieł, o których informowały co i raz media, które spotkało wszystko, co tylko może spotkać dziecko wydane na pożarcie sadystom, pedofilom, okrutnikom, jest niebywały. A potem pomysł, żeby druga połowa życia wynagrodziła mu wszystko, dała fantastycznych przyjaciół (zgodnie z zasadami tworzenia postaci – najlepszy przyjaciel Willem jest sławnym aktorem, inny – JB poważanym malarzem, który maluje portrety swoich przyjaciół; wiszą one w gabinetach menadżerów, dyrektorów na całym świecie, trzeci – Malcolm architekt projektuje, buduje z czego Jude korzysta naturalnie). Dała wszystko, co tylko może dać amerykańska rzeczywistość wręcz w nadmiarze, to aż nie do uwierzenia. Pewnie, są ludzie, którzy dzięki własnej pracy, dzielności i samozaparciu wyrywają się z beznadziei i nieszczęścia, ale. Mnie, czytelniczce wydaje się to za proste. I jeszcze ten loft kupiony za niebotyczne pieniądze i spłacony w trzy lata zamiast dziesięciu, kurczę to ile taki prawnik w Stanach zarabia? I po co samotnemu, schorowanemu mężczyźnie tysiąc metrów kwadratowych? Tylko z powodu windy? No nie, ale według zasad kreatywnego pisania wszystko jest tak, jak należy.

Żeby jednak nie było aż tak słodko i cudnie dostają swoją dawkę nieszczęść, żeby czytelnik mógł się wzruszyć, żeby porwać go za serce, za wrażliwość, żeby współczuł, a czasem mógł się nawet zidentyfikować. I te nieszczęścia są bardzo prawdopodobne, niewprawny recenzent napisałby, że jest zupełnie jak w życiu.

Finezyjne jednozdaniowe sygnały, błyski rozjaśniające na chwilę ciemności przeszłości, pozwalające rozumieć kontekst współczesności zamiast wieloakapitowych opisów, to majstersztyk. Coś, co niedźwiedzie lubią najbardziej.

I tak jest do połowy tej arcydługiej powieści.

A potem następuje apokalipsa, czyli dzieciństwo Jude’a.

Nie mam pojęcia jak pisarka przetrwała to psychicznie, skoro jej znajomość dziecięcej psychiki, reakcji na przemoc i gwałty jest drobiazgowa i realna. Ja – zaprawiona czytelniczka nie dawałam sobie ze sobą rady.

A potem druga, czyli opowiadanie kawałek po kawałku Willemowi tej pierwszej.

Dziecko przetrwa dzieciństwo w dobrej kondycji, jeżeli znajdzie się choć jedna osoba, której może zaufać.

Uważaj co mówisz i robisz dziecku, bo jako dorosły nigdy się od tego nie uwolni.

Słowa, słowa, słowa

Ogórki pozakisane, chwali się MR, prezentując tacę, na której stoją słoiczki z małosolnymi. Niektóre w kałuży soku, który nie wytrzymał ciśnienia. Wypłakały się, stwierdza. A do mnie dociera, że zawsze wszelkie rośliny lub ich części uczłowiecza. Co, sucho wam biedaki? mówi do kwiatków. Jutro podleję, może się nie pogniewacie.

A wczoraj do kołdry, która cały dzień wietrzyła się na balkonie: No, chodź już do domu, kochana…

Telefony, telefony, co zrobić mam?

Który to już z długiej serii z zaproszeniem na pokaz, wyjazd, prezentację?

Wczoraj, w czasie, gdy oglądałam świetny film, znowu. Dzień dobry, mam dla pani dobrą wiadomość. To świetny początek wieczoru, prawda? Nie odpowiadam, boć wiem, że panienka (głos młody, więc domniemanie takie), wcale na nią nie czeka. Chciałam panią zaprosić na pokaz kulinarny, organizowany przez firmę taką a taką. Nazwa mi nic nie mówi, ale też ja nie chcę, żeby mi cokolwiek powiedziała. Do jakiej miejscowości się dodzwoniłam? No, skoro pani do mnie dzwoni, to chyba pani wie. Nie, komputer wygenerował pani numer telefonu. O, czuję się zaszczycona, proszę podziękować komputerowi. Po drugiej stronie cisza. Tego nie było na szkoleniach. Nie, nie denerwuję się, nie rzucam słuchawką, jestem dobrze wychowana, rozumiem, że ludzie muszą pracować, ale też umiem odmawiać. Bardzo umiem.

A poza tym jestem świetnie przygotowana do zajęć.

…wszyscy powinniśmy się zdrowo odżywiać, bo wiadomo, zdrowie najważniejsze, zgodzi się pani ze mną? Ale ja nie gotuję. To ma pani niepowtarzalną okazję, by zacząć. Nie, nie interesują mnie kulinaria. Ale w garnkach firmy takiej to a takiej na pewno się to pani spodoba. Na jaki adres mam wysłać zaproszenie? Będzie pani miała cztery dni na decyzję, czy skorzystać. Ale ja już podjęłam decyzję: Żywię się na mieście. A w jakim lokalu? A, w różnych. A kuku. Ale zdrowo jest gotować w domu. A czy to jest przymusowe? Nooo, nie. Ale pokazy są organizowane pod patronatem Karola Okrasy, wytacza najcięższe działa. To gdzie mam wysłać zaproszenie? No, skoro tak…

Do hospicjum.

Aaaa, to dobrego dnia życzę.

 

 

 

O, bogowie

        (…) najprzyjemniejszym zajęciem ludzkości to nie być sobą (…) przecież ludzie są najszczęśliwsi gdy mają kogo słuchać obojętne kogo boga losu historii (…) kiedy zaś okaże się że bóg którego z braku kogoś lepszego wymyślili sobie i powołali do życia oszukał ich są niezastąpieni przy obalaniu go natychmiast wybierają spośród siebie na nowo pierwszego lepszego maniaka obwołują go wielkim i czekają co rozkaże a jak potrafią go torturować drażnić dokuczać judzić dotąd aż zmęczony powie bodaj jedno słowo jakie mu tylko ślina na język przyniesie zaraz biegną z tym słowem aby ogłosić go światu jako nowe objawienie
         biedni właściwie są ci geniusze z braku kogoś lepszego to ofiary ludzkości ofiary biorące na siebie odpowiedzialność za niedołęstwo wszystkich cóż za przyjemność słuchać go ślepo pod rzekomym przymusem a potem tłumaczyć się z radością w głosie ależ mu się nie udało co za niedołęga jak on mógł coś podobnego robić mając taką władzę (…).

Napisał pan Stanisław Stanuch lat 28. „Portret z pamięci” rok 1959.

Drżyjcie przed rozumem.

 

Moja ukochana Celiiińskooo…

Tak sobie chodzisz obok zjawiska, tak sobie chodzisz, zerkniesz,  ominiesz i nic, nie drgniesz nawet, się nie zastanowisz, nie przystaniesz. Ale już się w tobie zbiera, już się zasiało, już kiełkuje, choć jeszcze nic nad ziemią nie widać. Już coraz większe pokłady, już górka coraz wyraźniejsza, już nie można przejść mimochodem.

Tak było z poznawaniem pani Celińskiej.

Czas jakiś temu w Tv Kultura "Niedziela z…" nią właśnie. Przesympatyczna, skromna, ciepła, mądra. Sama prawda. Zaraz też ludzkość zaczęła się domagać powtórki, celem nasycenia tą niecodziennością, tym dobrem deficytowym. Powtórka szybko nastąpiła, co też obejrzałam cała wlepiona w ekran, iżby nie uronić, iżby się nasłodzić i ponapawać.

Potem płyta "Atramentowa", o której tu pisałam cztery piętra niżej.

I teraz książka "Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam" wywiad-rzeka pani Karoliny Prewęckiej. Artystka opowiada o wszystkim złym i dobrym, które się w jej życiu wydarzyło, które ją ukształtowało. Mnóstwo przygnębiających, smutnych rzeczy, podanych z dystansem, nikogo i niczego nie oskarżających, choć w wywiadach dużo wcześniejszych w czasopismach opowiadała o wiele surowiej o babce, matce, trudnym dzieciństwie, jeszcze trudniejszej młodości. Z wiekiem nabrała wewnętrznej pogody, wyrozumiałości, wybaczenia. Może dlatego, że i jej było co wybaczać…

Rozmowa z nią jest mądra, jasna, dogłębna, elegancka. A to, jak opowiada o swoich zawodowych zmaganiach, to cudo. Jak się uczyła zawodu w Akademii Teatralnej, jak wygląda technika aktorska, praca nad spektaklem (dla mnie informacje szczególnie cenne), życie wędrowne aktora. I nazwiska, nazwiska, nazwiska – małe i duże, znane i anonimowe, o wszystkich z szacunkiem, podziwem, wdzięcznością. Szlachetnie, bez lizusostwa i czołobitności. Zachwyt życiem, sceną, pracą, muzyką, poezją…

Jej opowieść poprzetykana opowieściami o niej wszystkich ważnych dla niej osób. A są nimi i pan Warlikowski, i pan Satanowski, i pani Janowska, i pani Jóźwin z obsługi widowni, i pani Dąbrowska przyjaciółka z liceum, i pan Michałowski taksówkarz… Babcia, mama, tata pisane duża literą. Tak, żeby każdy poczuł się wyróżniony, ważny. Równo ważny. Pani Stanisława Celińska co i rusz podkreśla, że jej miłość do ludzi jest nadmierna, że o sobie w tym kontekście myśleć zupełnie nie potrafi. Wszystkiemu i wszystkim oddaje się bez reszty, do cna, co w wypadku aktorstwa sprawdza się wybitnie.

Swoją energię i życiową pogodę czerpie z wiary. I ani przez moment czytelnikowi nie narzuca rywalizacji: Moja wiara jest większa niż twoja, lepsza, skuteczniejsza. Brak zapędów dewocyjnych, nachalnego moralizatorstwa, jedynie mądra opowieść. Nie ma nic o religijności, jest tylko o wierze. Jeśli masz dostęp do źródła, nie będziesz chłeptał z kałuży, powiedział bodajże Bonaparte.

A przy tym spokojnie przypomina, że jest spod znaku Byka… Łobuziara.

Jest źródłem.

Lody dla zuchwałych

Gorąco, gorąco…

Wpadam do małego sklepiku, lokalizuję lodówkę, przez jej szybę nie widzę moich ulubionych lodów limonkowych ale nie daję za wygraną: szuram pokrywą i zaczynam przeszukiwać zawartość. Bingo! Pod innymi leży sobie jeden zielony. Wyjmuję, szuram pokrywą i… widzę na niej kartkę z tłustym, czarnym napisem: Proszę nie grzebać w lodach! Lody pod spodem są takie same jak na wierzchu!

Oj.

 

Grad w zamrażarce

Rozmawiamy sobie z inżynierem o zjawiskach pogodowych z ostatnich dni. Wichury, połamane drzewa, deszcz w rwących potokach, upały, zimne noce. A lato kwitnące wszak.

Wczoraj, stwierdza inżynier, jak byłem obejrzeć wrak, to właściciel poleciał do domu i zaraz przyniósł miskę gradu. Kule wielkie, jak jajka. Panie, mówi, zebrałem wczoraj po wszystkim trochę do miski i trzymam w zamrażarce, bo nikt by nie uwierzył.

Inżynier zadumał się nad wielkością gradu.

Ja zadumałam się, że można grad do miski i do zamrażalnika.

Z całą powagą.