Tak sobie chodzisz obok zjawiska, tak sobie chodzisz, zerkniesz, ominiesz i nic, nie drgniesz nawet, się nie zastanowisz, nie przystaniesz. Ale już się w tobie zbiera, już się zasiało, już kiełkuje, choć jeszcze nic nad ziemią nie widać. Już coraz większe pokłady, już górka coraz wyraźniejsza, już nie można przejść mimochodem.
Tak było z poznawaniem pani Celińskiej.
Czas jakiś temu w Tv Kultura "Niedziela z…" nią właśnie. Przesympatyczna, skromna, ciepła, mądra. Sama prawda. Zaraz też ludzkość zaczęła się domagać powtórki, celem nasycenia tą niecodziennością, tym dobrem deficytowym. Powtórka szybko nastąpiła, co też obejrzałam cała wlepiona w ekran, iżby nie uronić, iżby się nasłodzić i ponapawać.
Potem płyta "Atramentowa", o której tu pisałam cztery piętra niżej.
I teraz książka "Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam" wywiad-rzeka pani Karoliny Prewęckiej. Artystka opowiada o wszystkim złym i dobrym, które się w jej życiu wydarzyło, które ją ukształtowało. Mnóstwo przygnębiających, smutnych rzeczy, podanych z dystansem, nikogo i niczego nie oskarżających, choć w wywiadach dużo wcześniejszych w czasopismach opowiadała o wiele surowiej o babce, matce, trudnym dzieciństwie, jeszcze trudniejszej młodości. Z wiekiem nabrała wewnętrznej pogody, wyrozumiałości, wybaczenia. Może dlatego, że i jej było co wybaczać…
Rozmowa z nią jest mądra, jasna, dogłębna, elegancka. A to, jak opowiada o swoich zawodowych zmaganiach, to cudo. Jak się uczyła zawodu w Akademii Teatralnej, jak wygląda technika aktorska, praca nad spektaklem (dla mnie informacje szczególnie cenne), życie wędrowne aktora. I nazwiska, nazwiska, nazwiska – małe i duże, znane i anonimowe, o wszystkich z szacunkiem, podziwem, wdzięcznością. Szlachetnie, bez lizusostwa i czołobitności. Zachwyt życiem, sceną, pracą, muzyką, poezją…
Jej opowieść poprzetykana opowieściami o niej wszystkich ważnych dla niej osób. A są nimi i pan Warlikowski, i pan Satanowski, i pani Janowska, i pani Jóźwin z obsługi widowni, i pani Dąbrowska przyjaciółka z liceum, i pan Michałowski taksówkarz… Babcia, mama, tata pisane duża literą. Tak, żeby każdy poczuł się wyróżniony, ważny. Równo ważny. Pani Stanisława Celińska co i rusz podkreśla, że jej miłość do ludzi jest nadmierna, że o sobie w tym kontekście myśleć zupełnie nie potrafi. Wszystkiemu i wszystkim oddaje się bez reszty, do cna, co w wypadku aktorstwa sprawdza się wybitnie.
Swoją energię i życiową pogodę czerpie z wiary. I ani przez moment czytelnikowi nie narzuca rywalizacji: Moja wiara jest większa niż twoja, lepsza, skuteczniejsza. Brak zapędów dewocyjnych, nachalnego moralizatorstwa, jedynie mądra opowieść. Nie ma nic o religijności, jest tylko o wierze. Jeśli masz dostęp do źródła, nie będziesz chłeptał z kałuży, powiedział bodajże Bonaparte.
A przy tym spokojnie przypomina, że jest spod znaku Byka… Łobuziara.
Jest źródłem.