Same się przed laty wybrały, przylgnęły do siebie a to zupką, a to kawałkiem ciasta, a to serwetką na prezent. Dziękujemy, dziękujemy – docenialiśmy, że wyręcza nas nienachalnie, jest niekrępującym towarzystwem i w dodatku głosuje na tę samą partię. Jej syn ksiądz dostarczał świeże jajka od swojej parafianki, mąż załatwiał drobne naprawy. Można się opiekować drugim człowiekiem nie krępując go tym.
Aż do wtedy, gdy zachorowała.
Pan Bóg podarował jej jeszcze pięć lat, ale wyłącznie w czterech ścianach cierpienia.
Dziś wypasiony pogrzeb, w pierwszych ławach trzydziestu rosłych chłopów w koloratkach i albach, za ołtarzem mały, zmęczony biskup, nie pamiętający nazwiska matki, leżącej w trumnie pokrytej kwieciem. Zmartwychwstał paaan – huczy chór od organów i huczy fantastycznie, poruszająco, O śmierci, gdzie jesteś o śmierci powiało grozą i chce się uciec, i chce się płakać, i wiadomo, że jest się w mocy tak wielkiej, że żadnej ucieczki nie będzie, bo nie ma takich nóg, które dałyby radę uciec przeznaczeniu. I wszystko to jest w słowach, w dźwiękach, w basach i barytonach. I tam nieoczekiwanie pojawił się też Bóg.
A potem wąż rosłych chłopów w koloratkach i albach wędruje na ołtarz i nie wiadomo za bardzo po co, bo aż tylu kielichów z hostią do rozdania nie ma w żadnym przecież kościele, a oni wchodzą i zaraz schodzą; a to ten biskup, którego nie widać zza ołtarza udziela im komunii. Prostym ludem zajmują się szeregowi. A potem idziemy do sąsiadki, żegnamy się, dotykając trumiennego drewna i – do wyjścia szpalerem księży, którzy ustawili się tam nie dla nas przecież, nie dla nas.
Biskup wyprowadza trumnę, sekretarz-kierowca zdejmuje zeń fioletową pelerynę i od razu myk do limuzyny. Kroku dotrzymuje biskupowi proboszcz, ale obiadu – nie, odpoczynku – nie, rozmowy – nie. Otwiera więc jedne drzwi biskupowi, drugie – kierowcy i ruszają. Jeszcze parę kroków za nimi, ale na nic się to już nie zda. A przecież pracuje ze wszech sił, piękne ołtarze porobione: Jak mają przepić to niech na sztukę dają, mawia. Organy nowiutkie, chór – wprost katedralny, ściany odmalowane, iglice na wieżach pozakładane, droga krzyżowa letnia wpasowana w mury otaczające kościół, parking wyłożony kostką… Eeech, byłoby się czym pochwalić.
… a choćby i zebrać się razem w trzydziestu chłopa w koloratkach i on jak ojciec zapytałby: Co u was chłopcy, jak samopoczucie w tych czasach przeciężkich? I posiedzieć, i wysłuchać, i dodać otuchy, a nie tylko zwalać na szefa wiadomym w Bogu nadzieja i odjechać, jakby się nie było jednym z nich.