PIERWSZA OSOBA LICZBY POJEDYNCZEJ

to wiadomo – ja. Każdego z nas to nachodzi. Im więcej ma lat.

Pan Haruki Murakami po wielu latach pracy pisarskiej, u schyłku życia – jak każdy z nas – postanowił oddać się wspomnieniom, tu – swojej młodości. Opowiada o dziewczynach, pasjach, wyprawach, muzyce. Robi to w sposób, który poznałam w „Przygodzie z owcą” i :Kronikach ptaka nakręcacza”. Surrealizm Murakamiego jest dojmujący. Wyczuwalna pustka wokół bohaterów, przenikliwa samotność, albo odsobnienie sprawiają, że sami nagle zdajemy sobie sprawę, że te miliony współbratymców na ziemi, mężowie, żony, dzieci, matki, ojcowie, najściślejsze więzi rodzinno-erotyczne to nic, ułuda, pozór. Jesteśmy sami we wszechświecie i od jego łaskawości lub nie zależy jak spędzimy tych kilkadziesiąt lat swego istnienia. Zawieszeni na cienkiej nitce bytu machamy rękami i nogami, krzyczymy, ale to wszystko na nic. Jesteśmy sami.

Tak sobie wyobrażam mentalność Japończyków.

Skrzyżujmy się

Ojciec Rodzony wielkim był miłośnikiem krzyżówek. Krzyżówki niestety nie odwzajemniały tego uczucia, z rzadka dając się rozwiązywać do końca. Co nie dziwi, gdyż czasy były wówczas przedinternetowe, a i jedyną Małą Encyklopedię Powszechną udało się zakupić w księgarni spod lady i w dodatku podstępem. Pani księgarka chciała niezauważenie przekazać zostawiony egzemplarz swojej znajomej, ale niestety te tajne ruchy dostrzegła MR. Ja też poproszę, powiedziała tonem stanowczym i nakryta na siuchtach z towarem księgarka, wyciągnęła spod lady drugi egzemplarz. Tak więc OR miał już gdzie zasięgać języka.

Czasem szedł na łatwiznę i pytał kogoś z rodziny. Rodzina nie była krzyżówkowa w ogóle, a ja wręcz uważałam takie hobby za karygodną stratę czasu, bo o ileż korzystniej dla umysłu poczytać w tym czasie książkę. Kiedy pytanie o hasło spadało na mnie i odpowiadałam bez namysłu, mruczał niezadowolony, bo skoro on nie wie, to ja nie powinnam wiedzieć tym bardziej. Jeśli mówiłam: Nie wiem, komentował: Czego ty się na tych studiach uczyłaś?

Więc teraz dla uczczenia imienin, urodzin i rocznic nie biegam zapalić znicza, tylko uroczyście rozwiązuję krzyżówkę. Sprawa jest szybka, prosta i banalnie łatwa, gdyż mam przy sobie internet. Ale czasem, tak jak dzisiaj, pamięć gubi właściwe słowo. Na zdjęciu widać twarz sławnego aktora amerykańskiego. Wiem, kto zacz, ale nazwisko za cholerę nie daje się ściągnąć pod ołówek. To jest ten ten, no jak mu tam, grał ostatnio w tym filmie o Polańskim, zdaje się, że był Oskar za tę rolę. Ale jaki ten film miał tytuł? Zaraz, on był żonaty z taką świetną, piękną aktorką, dużo dzieci mieli… Jak jej było? Zaraz, ona jest córką takiego sławnego aktora, co grał naszpapieża zdaje się, ale ja go najbardziej pamiętam z roli żigolaka z prowincji, który chciał robić karierę męskiej prostytutki w Nowym Jorku… Jak mu było? I on tam grał z takim niewysokim aktorem też sławnym, co grał w Tootsie. Bingo! Wpisuję w google Tootsie i tak po nitce do kłębka: Dustin Hoffman – John Voight – Angelina Jolie i już mam hasło! Brad Pitt!

Myślę że OR byłby ze mnie mocno niezadowolony…

SZYMBORSKA. Znaki szczególne

Podtytuł biografii poetki pióra pani Joanny Gromek-Illg brzmi: Biografia wewnętrzna. Cóż można o tym napisać, jeśli pani Wisława była osobą niezwykle dyskretną, a na pytania dziennikarzy i biografów odpowiadała: A to, to już po mojej śmierci? Z drugiej strony jej życie emocjonalno-erotyczne rzeczywiście w pruderyjnych latach powojennych i dalszych mogło zaskakiwać.

Tak, kilka razy żałowałam, że kupiłam tę książkę. Czytałam, czytałam i było mi coraz smutniej. Wiedziałam, że mąż Adam, że Kornel. Ale to nie było takie proste. Pani Wisława, zamiast normalnie po rozwodzie zabrać klucze do mieszkania notorycznemu zdrajcy, dawała mu je do kolejnych. Ex mąż był od spraw praktycznych: napraw, remontów, opłacania rachunków, załatwiania opału na zimę, odprowadzania do pociągu i korespondencji, pan Jan Paweł Gawlik – od niepraktycznych, cokolwiek to znaczy. Po dekadzie pojawił się pan Kornel Filipowicz i ten był biegły i w sprawach praktycznych, i niepraktycznych, i w korespondencji. Może dlatego ten związek przetrwał najdłużej. Obaj panowie byli żonaci i dzieciaci i nigdy się nie rozwiedli. Pani Wisława nie pragnęła ich zawłaszczyć ani przez chwilę. Nawet, gdy się rozstawali nadal pozostawali opiekuńczy i przyjacielscy, dając tego dowody niemal codziennie. Po śmierci pana Kornela opiekę nad sprawami bytowymi poetki przejął pan Janusz Stępiński, potem pojawił się ponoblowski sekretarz pan Michał Rusinek. Pani Wisława genialnie organizowała sobie niezajmowanie się codziennością (tu słyszę jej chichot). Czy jeszcze kogokolwiek dziwi, że jak ma się tę udrękę z głowy, jest czas i przestrzeń do obmyślania arcywierszy?

Pani Wisława, kobieta pogodna, optymistyczna, uśmiechnięta, chętna do spotkań towarzyskich i rozrywek, skromna i dziewczęca, niepozbawiona autoironii; idealna kobieta do wypełnienia baśniowej puenty Żyli długo i szczęśliwie, nawet to jej rozumienie wywróciła na nice.

Chociaż przecież żyła długo. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy szczęśliwie.

Po

Same się przed laty wybrały, przylgnęły do siebie a to zupką, a to kawałkiem ciasta, a to serwetką na prezent. Dziękujemy, dziękujemy – docenialiśmy, że wyręcza nas nienachalnie, jest niekrępującym towarzystwem i w dodatku głosuje na tę samą partię. Jej syn ksiądz dostarczał świeże jajka od swojej parafianki, mąż załatwiał drobne naprawy. Można się opiekować drugim człowiekiem nie krępując go tym.

Aż do wtedy, gdy zachorowała.

Pan Bóg podarował jej jeszcze pięć lat, ale wyłącznie w czterech ścianach cierpienia.

Dziś wypasiony pogrzeb, w pierwszych ławach trzydziestu rosłych chłopów w koloratkach i albach, za ołtarzem mały, zmęczony biskup, nie pamiętający nazwiska matki, leżącej w trumnie pokrytej kwieciem. Zmartwychwstał paaan – huczy chór od organów i huczy fantastycznie, poruszająco, O śmierci, gdzie jesteś o śmierci powiało grozą i chce się uciec, i chce się płakać, i wiadomo, że jest się w mocy tak wielkiej, że żadnej ucieczki nie będzie, bo nie ma takich nóg, które dałyby radę uciec przeznaczeniu. I wszystko to jest w słowach, w dźwiękach, w basach i barytonach. I tam nieoczekiwanie pojawił się też Bóg.

A potem wąż rosłych chłopów w koloratkach i albach wędruje na ołtarz i nie wiadomo za bardzo po co, bo aż tylu kielichów z hostią do rozdania nie ma w żadnym przecież kościele, a oni wchodzą i zaraz schodzą; a to ten biskup, którego nie widać zza ołtarza udziela im komunii. Prostym ludem zajmują się szeregowi. A potem idziemy do sąsiadki, żegnamy się, dotykając trumiennego drewna i – do wyjścia szpalerem księży, którzy ustawili się tam nie dla nas przecież, nie dla nas.

Biskup wyprowadza trumnę, sekretarz-kierowca zdejmuje zeń fioletową pelerynę i od razu myk do limuzyny. Kroku dotrzymuje biskupowi proboszcz, ale obiadu – nie, odpoczynku – nie, rozmowy – nie. Otwiera więc jedne drzwi biskupowi, drugie – kierowcy i ruszają. Jeszcze parę kroków za nimi, ale na nic się to już nie zda. A przecież pracuje ze wszech sił, piękne ołtarze porobione: Jak mają przepić to niech na sztukę dają, mawia. Organy nowiutkie, chór – wprost katedralny, ściany odmalowane, iglice na wieżach pozakładane, droga krzyżowa letnia wpasowana w mury otaczające kościół, parking wyłożony kostką… Eeech, byłoby się czym pochwalić.

… a choćby i zebrać się razem w trzydziestu chłopa w koloratkach i on jak ojciec zapytałby: Co u was chłopcy, jak samopoczucie w tych czasach przeciężkich? I posiedzieć, i wysłuchać, i dodać otuchy, a nie tylko zwalać na szefa wiadomym w Bogu nadzieja i odjechać, jakby się nie było jednym z nich.