Święta BRAMKA od giwery

Ten piękny zespół pałacowo-parkowy mógłby przynosić Miasteczku turystyczne kokosy, ale z odpadającym tynkiem i odrapanymi oknami przynosił wstyd jedynie. Głównym wejściem do pałacu wprowadzano więźniów i okoliczne chłopstwo, sądzące się o miedzę. Zaraz za progiem obsiadali ławki, czekając na wezwanie przed oblicze. Salę balową obstawiono ławami, fotelami i tym najważniejszym stołem, zza którego ferowano wyroki. Piętro wyżej, po pokonaniu pięknie wijących się i rozpadających schodów wchodziło się na balkon, z którego roztaczał się niezwykły widok na bramę wjazdową, dziedziniec, groblę, stawy i okolicę. Nasza Najmłodsza, po obejrzeniu tego rozpadającego się, ale jednak wciąż piękna, zagaiła: A czy tam mieszkały księżniczki? Ponieważ mieszkały, zechciała zobaczyć, jak.

Na schodach przed  głównym wejściem przykucnął portier, ochroniarz, czy może woźny sądowy, a może nawet trzy w jednym. Chłop postawny, wąsaty, przaśny i palący. Zasysał papieroska i zasysał, więc weszłyśmy mimo niego. Zaraz za drzwiami po prawo miał swą psią budkę z dykty z okienkiem. Na wprost natomiast ustawiono na wskroś nowoczesną bramkę do wykrywania metali. Przeszłam, zadzwoniła. No, przecież wiem. Cofnęłam się, zaczęłam wyjmować z plecaka metalowe przedmioty i odkładać na bok, chociaż nikt poza bramką o to nie upraszał. Ale przecież sama wiem. Na filmach pokazywali. Tak się zapamiętałam w tym wyławianiu metalu, że zupełnie nie zwróciłam uwagi na oczy ludu ławki obsiadającego, skupione na mnie oraz tę grubą babę w drzwiach, która rechotała szyderczo i składała się w pół ze śmiechu nie do wytrzymania.

Zrobiło mi się głupio i przykro. Pojęłam, jakąż jestem frajerką.

Bo lud sobie do sądu wchodził, wychodził, bramka wyła i miała sobie wyć. I nikt niczego z kieszeni nie wyjmował. Portier w okienku podparty łokciami wzrok miał znudzony, nie wiadomo – sobą, czy tą beznadziejną robotą.

Schowałam metale. Demonstracyjnie postałam w wyjącej i mrugającej czerwono bramce. Wewlekłam Naszą Najmłodszą, która nic a nic nie pojęła z tej sytuacji, za to wystraszyła się odgłosów bramczanych.

Poszłyśmy zobaczyć, jak mieszkały księżniczki.

A następnym razem wezmę ze sobą giwerę.

Dolina NICości

Nie wiem, czy tytuł wczorajszej premiery w Teatrze Tv nie był znamienny. Pan Wojciech Tomczyk wyjął z książki pana Bronisława Wildsteina jeden wątek i napisał scenariusz spektaklu. Bo przecież nie dramat, chociaż dramat. Rzecz wyreżyserował pan Wojciech Nowak. W roli wiodącej Jana Returna obsadził pana Krzysztofa Globisza, młodego zagrał pan Andrzeja Niemyt. W roli Daniela Struny – Mariusza Wojciechowskiego, młodego –  Mateusz Kościukiewicz. I nie wiem, czy tematyka nazbyt już ograna – dwaj przyjaciele z opozycji, z których jeden podpisał współpracę z bezpieką i potem w nagrodę rewelacyjnie się urządził w życiu, drugi nie – odsiedział swoje w więzieniu, popadł w alkoholizm i zmarnował się; czy forma niezbyt atrakcyjna, gdyż "Miś Kolabo" ach! we wdzięcznej pamięci mej… Tak, czy tak, nie poruszyło mnie. I jeszcze te charakteryzujące nazwiska: Return, Struna, Korytko…

No nie, jednak nie. Już nudzi.

Pan MANN od rock and rolla

Nie, nie kupię tej książki, pomyślałam, kiedy parę miesięcy temu
ukazała się na rynku. Czytałam kilka recenzji raczej zawiedzionych i rozczarowanych, niż zachwyconych. To po co.

A teraz sama weszła mi w ręce w zaprzyjaźnionym domu. I od pierwszej strony – jak mawiał mój kolega z wojska – niemożebnie  mi się spodobała. To był ten sam Pan Mann, który pisze równie lekko jak mówi. Z niezrównanym dowcipem. A PRL ze swymi absurdalnymi realiami, charakterystycznym językiem i bezdenną głupotą sam się podłożył, by go wyśmiać.

Nie wiedziałam, że tak wyglądała jego droga zawodowa. Powstała jakby mimochodem, przy okazji pasji do muzyki, z którą się chłopczyk Wojtuś urodził. Od wczesnej młodości podejmował zadania, które sam sobie wymyślał. Był beztrosko odważny i świetnie znał angielski, co w czasach PRL-u okazało się przepustką do muzycznego raju.

To bardzo interesująca przeszłość, i gdyby nie Jerzy Illg, który zaproponował Panu Mannu wyrwanie jej z siebie, nigdy byśmy owej nie poznali, gdyż wyżej wymieniony znany jest ze skromności i dyskrecji na swój temat.

I jeszcze te oczekiwane, a niezawodne dowcipy, typu: "Świeciły też (…) wielkie reklamy PZU, CDT, a także ekskluzywnych salonów typu jubiler czy mięso, wędliny." Albo "Wszystkie były piękne ( chodzi o wycieczkę holenderskich uczennic – przyp. mój), genialnie ubrane, uśmiechnięte, bez pryszczy, więc gotów byłem ożenić się z nimi wszystkimi jeszcze na promie. (…) chyba dobrze się stało, że nie ożeniłem się z tą wycieczką, bo nie wiem ile pociągnęlibyśmy za moje pięć dolarów." Albo "Z niepokojem zorientowałem się, że wszystkie te wymienione piosenki są bardzo stare. Potem sprawdziłem swój PESEL i się uspokoiłem."  

Książka "Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą" ma jedną tylko wadę – zbyt szybko się kończy.

DIABELNIE fajne IGRASZKI

We wczorajszym Teatrze TV przypomnienie sztuki Jana Drdy "Igraszki z diabłem" w reżyserii pana Tadeusza Lisa. Sztuka zrealizowana w 1979 roku, czyli trzydzieści dwa lata temu. Nadal urocza, przemiła dla oka i ucha baśń. Nie wiem tylko, czy do końca aktualna, bo taki przymus wewnętrzny znalezienia kandydata na męża, jaki prezentują bohaterki Kasia i Królewna Disperanda, chyba dziś jest nieco archaiczny. Chociaż…Może tylko głębiej ukrywany?

Pozwoliłam oglądać rzecz Naszej Najmłodszej, bo zobaczywszy reklamówki w niedzielę, nie chciała odpuścić. Dla niej to była fajna bajka. A dla mnie… Nostalgiczne oglądanie naszych najzdolniejszych wówczas aktorów, tak w połowie swych obecnych lat, z oboma panami Kondratami: Tadeuszem-ojcem w roli Belzebuba, i Markiem-synem cienkim jak niteczka Lucjuszem, ale z tym szelmowskim uśmiechem i diablikami w oczach. Świetny pan Marian Kociniak jako nieulękły żołnierz Marcin Kabat. Pan Krzysztof Kowalewski jako zbój Sarka-Farka, pan Jan Kociniak jako przecudnej urody i dobroci anioł Teofil, pan Wojciech Pokora, jako pustelnik Scholastyk, Pani Magda Zawadzka, jako Kasia z piekła rodem. Bogate, szlachetnie potem rozwijane aktorskie osobowości i kariery. Na czele z panem Januszem Gajosem, tutaj jąkającym się specyficznie diabłem, właściwie w epizodzie, którym ukradł przedstawienie. Ten pomysł rozwinął potem w głównej roli w kolejnym utworze Drdy " Zapomniany diabeł", gdzie partnerował pani Annie Seniuk. To jest genialna rola, genialny spektakl. Może też powtórzą, skoro od tego sezonu władze TV tak łaskawe dla teatru.

Niech powtórzą!

Wycieczka do Wiednia, czyli ale się NABAŁAM

Pojechałam zobaczyć jak żyli cesarzowie. Nie ci dalsi, ci bliżsi. Austriaccy.

Byłam zachwycona, zdumiona i oszołomiona. To jednak zupełnie coś innego niż królestwo. Nawet niebieskie.

Wielkość katedry św. Szczepana napawała mnie grozą, gdyż mając na uwadze możliwość nagłego jej zawalenia się, a stara jest i ma prawo, wiedziałam, że nie ma ratunku. Że mnie pochłonie, pogrąży i zmiażdży. Co zresztą uczyniła mentalnie przy pomocy wzbudzonego zachwytu, że można wybudować coś tak pięknego. A te kamienice solidne a też przecudnej urody wokół, sprawiające bezczelne wrażenie, że właśnie wczoraj zeszli z rusztowań konserwatorzy. A nieco wcześniej wyszedł z nich Mozart. A te pałace, które pozostawiały mnie z tym wrażeniem oraz zdumieniem, że ach! Można!

Trochę zniesmaczyła natomiast wystawa dotycząca cesarzowej Sissi, która zginęła śmiercią tragiczną przy użyciu pilnika przez jednego szaleńca. Wystawa była w stylu tabloidowym z owym pilnikiem w roli głównej w zabezpieczonej gablocie i wszyscy uparcie chcieliśmy tam dojrzeć resztki krwi z odrobiną DNA, iżby sprawdzić, czy to akurat z tej piersi cesarskiej go wyjęto, bo wiadomo, że tabloidy kreują rzeczywistość, czyli kłamią. Dalej jak w kanonie, czyli on ją kochał, ona nie za bardzo, gdyż zajęta była ciągłym odchudzaniem i ćwiczeniami gimnastycznymi, co powodowało, że przy wzroście sto siedemdziesiąt centymetrów ważyła zaledwie czterdzieści pięć kilogramów i musiała spać przy dwóch piecach naraz, gdyż ciągle jej było zimno. I była całe swe życie nieszczęśliwa, bo mąż jej nie rozumiał, pierwsze dziecko umarło jako malutkie, a jedyny syn najpierw zastrzelił kochankę, a potem siebie i właściwie nie wiadomo dlaczego. Ale znajoma Basia przechodząc obok fotografii dzieci państwa cesarstwa powiedziała: Ty spójrz na niego. Na to spojrzenie. Przecież on nie był normalny. Zresztą, jak oni się tak żenili w kręgu paru spokrewnionych rodzin, to o czym jest rozmowa. I tak oto Basia w krótkich żołnierskich słowach odkryła sekret tego tajemniczego mordu i samobójstwa dręczący cały świat od stuleci. Tak, że opłacało się pojechać.

A potem poszliśmy do letniej rezydencji państwa cesarstwa Schonbrunn przez "o" umlaut pisanego, tylko nie mam tu obcych czcionek i nie mogę napisać tego "o" z dwiema kreseczkami nad, więc piszę jak się da. I usłyszałam, że czternaście euro za godzinę oglądania jakiegoś kolejnego tabloidu, to pomyślałam pinkolę, obejrzę se w telewizji film o Dianie za darmo, czyli abonament i będzie to samo. I udałam się samopas na wędrówkę po ogrodach i parkach przypałacowych i byłam zachwycona w trójnasób, a nawet czwórnasób. I wyglądem, i zadbaniem, i pomysłami. Oraz tradycyjnie przerażona gigantycznymi postaciami-fontannami, które napawały mnie grozą nie tylko z powodu rozmiarów nieludzkich, ale i nieprzyjaznych wyrazów twarzy. Nawet jednego, umierającego z grymasem bólu na obliczu miałam ująć aparatem fotograficznym na pamiątkę i dla przypomnienia, ale pomyślałam sobie, a czy ja głupia jestem? I tak już się boję, to jeszcze wezmę do domu i będzie mi się po nocach śniło?

Albo te konie i jeźdźcy, spod których wypływały masy wody w formie gigantycznego wodospadu albo lepiej wodogrzmotów, bo i huk tego urządzenia był ogromny, a potem, po wejściu na górę i obejrzeniu dzieła rzeźbiarzy od tyłu oraz z bliska okazało się, że te konie zamiast kopyt mają płetwy, a ci jeźdźcy zamiast stóp. No uciekłam ze strachu ale i w szacunku dla artystów, bo już wiedziałam, co autor chciał przez to powiedzieć, a raczej mi zrobić.

A potem w ciepłym słońcu powędrowałam na samą górę do Glorietty i tam tkwiły te masywne korpusy rycerzy w szyszakach, czy innej zbroi, mające po pięć metrów wysokości. Z głowami w hełmach, ale bez rąk i nóg.

Jakąż więc rozkoszą była pogawędka z austriackim kelnerem pochodzenia wietnamskiego drobniutkich rozmiarów w kawiarni, w sprawie kawy i ciasta Sacher. Kelnerek poruszał się jak strzała, mówił po niemiecku jakby w miejscu ust miał wylot karabinu maszynowego, przez co nikt nie czekał na zamówione zamówienie i był zadowolony. Ale oni tam wszyscy tak. Praca, praca po czym kasa, kasa. Co widać, słychać i czuć, i co mnie też zachwyciło swą prostotą oraz konsekwencją, bo my to kasa, kasa, po czym praca.

A potem coś dla niewymagających, czyli wesołe miasteczko pod nazwą Prater, gdzie straszą prosto i bezpośrednio na różnych urządzeniach do straszenia, ale po poprzednich przeżyciach to takie straszenie to mi bułka z masłem była i nikt mi tam nie podskoczył w tym sensie, żeby mnie napawnąć grozą.

No. I tak i o wiele jeszcze więcej, bo w końcu co cesarstwo to cesarstwo. Wszystko ogromne, to i straszyć musi z odpowiednią do rangi siłą. Za co wdzięczna jestem, bo po powrocie trzymało mnie to jeszcze za głowę przez dwa dni i trzymałoby dłużej, gdyby nie zapukał sąsiad i nie przypomniał, że przed wyjazdem obiecałam, że oddam mu pieniądze za zamek. Jakoś nie zrozumiałam najpierw, bo ciągle te zamki austriackie miałam w głowie, a potem otrząsnęłam się i z niechęcią przypomniałam, że za zamek do drzwi.

Teatr NA SWOIM MIEJSCU

To stało się ku mojej radości już tydzień temu, ale – nie dowierzałam. Czekałam jeszcze tydzień, by mieć pewność.
Po latach spychania w noc (Jakiś milion widzów? Niska oglądalność!), w niebyt ( Brak pieniędzy na sztukę wysoką, czytaj: taką, której nikt przecież nie potrzebuje), zastępowania teatrem mięsnym (Teatr Faktu), Teatr Tv wrócił na miejsce Teatru Tv. Powinien wrócić z fanfarami, a stało się to tak trochę cichaczem. Ale – niech tam. Cały poniedziałek czułam się uroczyście. Z wrażeniem, że wreszcie sprawy idą ku lepszemu, czytaj – jakości.

Wczoraj powtórka tego, czego, nie dałam rady obejrzeć jako premiery, czyli spektaklu "Teorban" w reżyserii pani Marii Zmarz-Koczanowicz. Rzecz jest o zamachu na WTC z 11 września 2001. No cóż, mogło tak być. Boję się tylko, żeby nie stał się spektaklem dyżurnym powtarzanym przed każdą rocznicą, tak jak film "Jutro idziemy do kina" Michała Kwiecińskiego zawsze jes w okolicy pierwszego września. Film świetny, poruszający, pełen energii, zamordowany powtórkami.

Z nieźle obsadzonych w spektaklu ról najlepiej wywiązuje się pani Magdalena Walach – Joanna, której wewnętrzne rozedrganie wyczuwalne jest nawet, gdy stoi sztywno na scenie. Nerwy pod skórą. Trochę histeryczka, trochę nadwrażliwiec. Nerwowy chichocik słodkiej idiotki. Niepokój. Pomysł wyłażącego z każdego technicznego komunikatora głosu matki głównej bohaterki w wykonaniu pani Marzeny Trybały – straszny. Jej pretensje dopadną cię wszędzie. Pan Rafał Maćkowiak, czyli Greg – chłopak Joanny, który pracuje w WTC i niechcący zamknął ją w mieszkaniu, trochę się z nią droczy, trochę ją lekceważy, by w końcowych scenach wyruszyć z kluczami do domu. Kocham cię, kocham cię – krzyczy w ciemnej windzie do telefonu, jakby wierząc, że to zaklęcie go ocali…

Pokolenie J-23, czyli tylko nas denerwujo

Kupiłam pięć kilo antonówek na bazarku. Ciepło było ale nie  gorąco, lato pięknie zamiera. Nigdzie się nie spieszyłam, a smażenie jabłek na zimę to przyjemność, siedziałam na przystanku, czekałam spokojnie na trójkę. Przez chwilę zupełnie sama, ale im bliżej godziny odjazdu, tym więcej starszych pań z tobołami. I niechby sobie siedziały i opowiadały, co która dziś lepszego na obiad zrobi. Ale jedna stanęła obok i do drugiej głosem wielkim a donośnym zaczęła, co spojrzenie moje nieprzyjazne w jej kierunku wywołało. Karcące było i sądziłam, że pojmie bez słów, że ciszej proszę, nikt tu nie jest głuchy. Ale nie zrozumiała, a ja po chwili też już nie domagałam się ciszy, a nawet wręcz przeciwnie, gdyż w mig pojęłam, jak cenne teksty wydobywają się z hałaśliwych ust, i że trzeba słuchać i zapamiętywać. Słuchać i zapamiętywać, żeby ani słowo nie umknęło.

Co przekazuję uprzejmie.

Ja tam w sobotę żadnych zakupów nie robie. Nic nie robie, obiad mam ugotowany, posprzątane, poprane, rano jeszcze sałatke jarzynową zrobiłam, to się zje. Pomyślałam, że wysiąde koło Leclerca, to sobie drożdżówke kupie. I o mało co bym za nią nie zapłaciła, bo przy kasach poustawiane te staruszki. Cukier za darmo dajo, ser za darmo dajo, to leco i tylko człowieka denerwujo. Targajo wory tych zakupów, nawtykajo tej mąki, tego cukru po szafkach i mole mi wlatujo potem do mieszkania, bo okna otwarte. Nie wiadomo po co, bo dzieci dawno w Ameryce siedzo, tylko po pieniądze przyjeżdżajo, to po co im tyle. To te cwaniaki z Solidarności, co to dawniej wyjechały, bo myślały, że w Ameryce wszystko za darmo im bedo dawać, a Ameryka pomaga tylko tym, którzy sami sie urządzo. I te patryjoty teraz wracajo  i do tych sklepów, do tych kolejek. Człowiek myśli sobota, odpocznie sobie, drożdżówke kupi, a tu tylko pośpiech, ścisk i zdenerwowanie go czeka.

Kiedyś, pani, ludzie do sześćdziesiątki żyli i był spokój, a teraz do setki i tylko człowieka denerwujo. Nałykajo sie rano tych prochów i na zakupy, na zakupy!