Pojechałam zobaczyć jak żyli cesarzowie. Nie ci dalsi, ci bliżsi. Austriaccy.
Byłam zachwycona, zdumiona i oszołomiona. To jednak zupełnie coś innego niż królestwo. Nawet niebieskie.
Wielkość katedry św. Szczepana napawała mnie grozą, gdyż mając na uwadze możliwość nagłego jej zawalenia się, a stara jest i ma prawo, wiedziałam, że nie ma ratunku. Że mnie pochłonie, pogrąży i zmiażdży. Co zresztą uczyniła mentalnie przy pomocy wzbudzonego zachwytu, że można wybudować coś tak pięknego. A te kamienice solidne a też przecudnej urody wokół, sprawiające bezczelne wrażenie, że właśnie wczoraj zeszli z rusztowań konserwatorzy. A nieco wcześniej wyszedł z nich Mozart. A te pałace, które pozostawiały mnie z tym wrażeniem oraz zdumieniem, że ach! Można!
Trochę zniesmaczyła natomiast wystawa dotycząca cesarzowej Sissi, która zginęła śmiercią tragiczną przy użyciu pilnika przez jednego szaleńca. Wystawa była w stylu tabloidowym z owym pilnikiem w roli głównej w zabezpieczonej gablocie i wszyscy uparcie chcieliśmy tam dojrzeć resztki krwi z odrobiną DNA, iżby sprawdzić, czy to akurat z tej piersi cesarskiej go wyjęto, bo wiadomo, że tabloidy kreują rzeczywistość, czyli kłamią. Dalej jak w kanonie, czyli on ją kochał, ona nie za bardzo, gdyż zajęta była ciągłym odchudzaniem i ćwiczeniami gimnastycznymi, co powodowało, że przy wzroście sto siedemdziesiąt centymetrów ważyła zaledwie czterdzieści pięć kilogramów i musiała spać przy dwóch piecach naraz, gdyż ciągle jej było zimno. I była całe swe życie nieszczęśliwa, bo mąż jej nie rozumiał, pierwsze dziecko umarło jako malutkie, a jedyny syn najpierw zastrzelił kochankę, a potem siebie i właściwie nie wiadomo dlaczego. Ale znajoma Basia przechodząc obok fotografii dzieci państwa cesarstwa powiedziała: Ty spójrz na niego. Na to spojrzenie. Przecież on nie był normalny. Zresztą, jak oni się tak żenili w kręgu paru spokrewnionych rodzin, to o czym jest rozmowa. I tak oto Basia w krótkich żołnierskich słowach odkryła sekret tego tajemniczego mordu i samobójstwa dręczący cały świat od stuleci. Tak, że opłacało się pojechać.
A potem poszliśmy do letniej rezydencji państwa cesarstwa Schonbrunn przez "o" umlaut pisanego, tylko nie mam tu obcych czcionek i nie mogę napisać tego "o" z dwiema kreseczkami nad, więc piszę jak się da. I usłyszałam, że czternaście euro za godzinę oglądania jakiegoś kolejnego tabloidu, to pomyślałam pinkolę, obejrzę se w telewizji film o Dianie za darmo, czyli abonament i będzie to samo. I udałam się samopas na wędrówkę po ogrodach i parkach przypałacowych i byłam zachwycona w trójnasób, a nawet czwórnasób. I wyglądem, i zadbaniem, i pomysłami. Oraz tradycyjnie przerażona gigantycznymi postaciami-fontannami, które napawały mnie grozą nie tylko z powodu rozmiarów nieludzkich, ale i nieprzyjaznych wyrazów twarzy. Nawet jednego, umierającego z grymasem bólu na obliczu miałam ująć aparatem fotograficznym na pamiątkę i dla przypomnienia, ale pomyślałam sobie, a czy ja głupia jestem? I tak już się boję, to jeszcze wezmę do domu i będzie mi się po nocach śniło?
Albo te konie i jeźdźcy, spod których wypływały masy wody w formie gigantycznego wodospadu albo lepiej wodogrzmotów, bo i huk tego urządzenia był ogromny, a potem, po wejściu na górę i obejrzeniu dzieła rzeźbiarzy od tyłu oraz z bliska okazało się, że te konie zamiast kopyt mają płetwy, a ci jeźdźcy zamiast stóp. No uciekłam ze strachu ale i w szacunku dla artystów, bo już wiedziałam, co autor chciał przez to powiedzieć, a raczej mi zrobić.
A potem w ciepłym słońcu powędrowałam na samą górę do Glorietty i tam tkwiły te masywne korpusy rycerzy w szyszakach, czy innej zbroi, mające po pięć metrów wysokości. Z głowami w hełmach, ale bez rąk i nóg.
Jakąż więc rozkoszą była pogawędka z austriackim kelnerem pochodzenia wietnamskiego drobniutkich rozmiarów w kawiarni, w sprawie kawy i ciasta Sacher. Kelnerek poruszał się jak strzała, mówił po niemiecku jakby w miejscu ust miał wylot karabinu maszynowego, przez co nikt nie czekał na zamówione zamówienie i był zadowolony. Ale oni tam wszyscy tak. Praca, praca po czym kasa, kasa. Co widać, słychać i czuć, i co mnie też zachwyciło swą prostotą oraz konsekwencją, bo my to kasa, kasa, po czym praca.
A potem coś dla niewymagających, czyli wesołe miasteczko pod nazwą Prater, gdzie straszą prosto i bezpośrednio na różnych urządzeniach do straszenia, ale po poprzednich przeżyciach to takie straszenie to mi bułka z masłem była i nikt mi tam nie podskoczył w tym sensie, żeby mnie napawnąć grozą.
No. I tak i o wiele jeszcze więcej, bo w końcu co cesarstwo to cesarstwo. Wszystko ogromne, to i straszyć musi z odpowiednią do rangi siłą. Za co wdzięczna jestem, bo po powrocie trzymało mnie to jeszcze za głowę przez dwa dni i trzymałoby dłużej, gdyby nie zapukał sąsiad i nie przypomniał, że przed wyjazdem obiecałam, że oddam mu pieniądze za zamek. Jakoś nie zrozumiałam najpierw, bo ciągle te zamki austriackie miałam w głowie, a potem otrząsnęłam się i z niechęcią przypomniałam, że za zamek do drzwi.