I to by było na tyle.
Już lato.
Czyli – do jesieni.
I to by było na tyle.
Już lato.
Czyli – do jesieni.
Idę spacerkiem polną ścieżyną ku blokowisku, gdzie i moja garsoniera. Niosę pięknie zapakowane w kartonowe pudełeczko ciasta w dwóch rodzajach: truskawkowe z galaretką, truskawkami żywymi oraz różową bitą śmietaną o smaku truskawek, grubą, i moje ukochane porzeczkowe z warstwą kremu czekoladowego, lekkiego acz skondensowanego, potem cienki płatek biszkoptowy i na nim ciemnoróżowa warstwa kremu czarnoporzeczkowego. Połączenie w ustach słodkości-gorzkości czekolady z kwaśnością porzeczek, ach…
Ale tym razem nie. Niosę paczuszkę, zerkam na nią z niesmakiem, ręka coraz bardziej odsuwa mi się od tułowia. Bo ja dziś wcale nie miałam ochoty na żadne ciasta. Tak weszłam, gdyż widok tych arcydzieł wyglądu i smaku zawsze kusi do patrzenia, a miejsce dla sklepu wybrano przemyślnie: na rogu i w dodatku bez ścianek. Z każdej strony kuszenie i kuszenie. Lubię popatrzeć, popodziwiać, najadam się oczyma. Nie szkodzi nic, a jak podnosi nastrój. Że w tej pospolitości i szarzyźnie tyle piękna, tyle doskonałości, a gatunków pewnie ze trzydzieści i każde zawsze jednakowo doskonałe, ach…
Czasem jest tak, że nie można wytrzymać i się jedzie przez pół miasta, przywozi i już w progu widelczyki i najpierw się kroi: że kawałek i reszta na potem, a potem, że jeszcze jeden kawałek, co to szkodzi, a potem już prosto z pudełka widelczykiem całość, bo ciągle ma się ochotę, a z każdym kęsem smakuje bardziej.
A czasem nie i się niesie obok siebie i nie wiadomo, co z tym zrobić, kupiło się po niewoli, i chętnie by się wyrzuciło do okolicznego kosza na śmieci, bo wszystko rozkłada się w głowie na czynniki pierwsze: i właściwe, i trujące, i szkodzące. Białą niezdrową mąkę, biały niezdrowy cukier, konserwanty i utwardzacze chemiczne, tłuszcz trzydziestoprocentowy ciężkostrawny i ohydny.
Ale się nie wyrzuca.
Niesie się do domu ręką daleko od siebie. Się wsuwa do lodówki, bo może jutro się nabierze smaku, może pojutrze nie będzie to wszystko takie niezdrowe.
A po godzince się odkrawa kawałek na talerzyk. Może nie jest takie okropne? Trzeba spróbować. Widelczyk iii… Najpierw że kawałek i reszta na potem, a potem,
że jeszcze jeden kawałek, co to szkodzi, a potem już prosto z pudełka
widelczykiem całość, bo ciągle ma się ochotę, a z każdym kęsem smakuje
bardziej.
A jutro badanie okresowe do pracy. Przynajmniej jakiś cholesterol się wykaże, bo doktórka rodzinna stale narzeka: A co pani się tak nic nie leczy, taka cieniutka ta pani koperta z leczeniami, badaniami u mnie.
Zaleci mi zmianę diety.
I obie będziemy zadowolone.
Matka Rodzona ogląda mecz Polaków w telewizji. Ogląda z emocjonalnym zaangażowaniem, chociaż kibicem generalnie nie jest. Patrzy na daleką wyprawę spod własnej bramki jednego z czołowych piłkarzy naszej drużyny. Biegł, oganiał się od przeciwników, kiwał i wyprzedzał. Dobiegł jako ten samotny biały żagiel pod pole karne drużyny przeciwnej. I tam, niestety, udało się zniweczyć jego zamiar.
No popatrz – rzecze MR – tyle się chłopak naleciał i piłkę mu odebrali.
To niesprawiedliwe.
"Tajny dziennik" Mirona Białoszewskiego to nie w kij dmuchał. Ponad półtora kilo słów. Dziewięćset z wąsem – jak mawia pan Marek Niedźwiedzki – stron. A że format A4, to i tysiąc osiemset zwykłej książki.
Trudna poetyka. Trudny język. Język prostaczków – jak powiedział o ich językach książkowych Antoni Słonimski. Trudne kreowanie niczego, czyli codzienności. Kursowanie nocne, życie nocne: Hoża, Chłodna, Saska Kępa, Anin, Żoliborz… Przyjaciele artyści w swej codzienności twórczej i nietwórczej: malarze, rzeźbiarze, poeci, pisarze, sąsiedzi. Rozmowy, spacery, jedzenie, leczenie, herbatki, czytanie wierszy, spotkania autorskie, komunikacja miejska i śmierć. Zetknięcia z nazwiskami zwykłymi i niezwykłymi: Sobolewski, Janion, czyli profesor Misia, Sandauer, Słonimski, Rudnicki, Stańczakowa, i innymi, ich opisanie, co daje oplotkowanie. Wydarzenia z historii najnowszej: wybuch rotundy w Warszawie, zima stulecia, pobyty w Oborach z Hartwig, Międzyrzeckim i innymi poetami, pisarzami, strajki 1980, wybór i wizyta papieża. Zdumiewająca pamięć pisarza-poety, pozwalająca mu zapisywać całe dialogi i wypowiedzi, zachowania, wnioski ze spotkań. Aż nie chce się wierzyć, że można tak wszystko literalnie zapamiętać.
Wszystko razem – przeciekawe i niezwykłe. Tylko trzeba pozwolić się wciągnąć. Bo język pospolicie prosty, chropawy, trudny w czytaniu, ale to właśnie jest cały Białoszewski. Bo w kółko spanie w dzień, łażenie w nocy, tropienie a potem ucieczki od huków, puków, stuków na innych piętrach, co przeszkadza w takim życiu, nocowanie u przyjaciół. Choroby. Na końcu tomiszcza codzienność homoseksualna. Zwykła, szorstka, nieładna. Miesięczny pobyt w Stanach i napawanie się tym w kinach, i innych przybytkach zabaw. Białoszewski jest po sześćdziesiątce i wreszcie sobie pozwala na opis i jechanie po bandzie. Tak jakby mu już nie zależało, co kto sobie pomyśli. Już nie musi się podobać, umizgiwać, już jest t y m Białoszewskim, choć nadal – skromnym człowiekiem. W książce nie znajdziemy przepisu na wiersz, przepisu na prozę. Autor nie nasładza się sobą, swoim talentem, nie wywyższa umiejętności warsztatowych. Bodaj, nawet nigdy nie używa w stosunku do siebie określenia – utalentowany. Pisanie to tajemnica i on o tym wie.
Tutaj już nie zadziałała cezura mojego zainteresowania książką, czyli setna strona. Tu zadziałała dopiero dwusetna.
Na szczęście mam jeszcze trochę do końca.
I do smaku.
Tak oto, szanowni państwo, pięknymi górskimi serpentynami dojechaliśmy do Wisły, miasta czyjego? – pyta przewodnik, człowiek dużej kultury osobistej, ogłady i klasy. Plus profesjonalizm. Zwiedzanie z kimś takim to czysta przyjemność. Adaaama Małyszaaa – odzywa się szanowna wycieczka. I Jerzego Pilcha – dodaję cicho.
Na początku podjedziemy do muzeum naszego najwybitniejszego sportowca. Obejrzymy trofea, które zdobył, jego kombinezony, narty. Proszę, wysiadamy. Wchodzimy na parter piętrowej willi. W szklanych gablotach błyszczą, złocą się i skrzą trofea. Pewnie ponad setka. Nawet mi do głowy nie przyszło, że tyle tego pan Adam nazbierał. Nie dziwię się, że wywiózł z domu. Nie byłoby gdzie ustawić mebli.
A teraz podjedziemy do ośrodka, gdzie zobaczą państwo rzeźbę postaci Adama Małysza naturalnej wielkości. Z białej czekolady! Och, pomyślałam, a na dworze taki upał… No rzeczywiście. Stoi sobie pan Adam z nartami w dłoniach w szklanej, klimatyzowanej gablocie, iżby się nie rozpuścił. Ohyda. Pan przewodnik dodaje, że ufundował to przecudo Wedel i dba oń. Dokonuje konserwacji i uzupełnień. A jak postać całkiem zjełczeje, rzeźbi nowego skoczka z nowej białej czekolady.
Chcę wyjść. Przyjechałam do mauzoleum?
A teraz przejdziemy na deptak, zobaczymy amfiteatr, a potem będziecie państwo mieli godzinę dla siebie.
Idę obok pana przewodnika. O, tu odbywają się wszystkie transmitowane przez telewizję imprezy z Wisły. Na przykład, jak przyjedzie pan prezydent, bo lubi tu przyjeżdżać, ma niedaleko rezydencję. Także uroczystości ku czci Adama Małysza… Z Wisły pochodzi też pisarz, pan Jerzy Pilch, i on dużo wcześniej sławił Wisłę w Polsce…Pan przewodnik, człowiek wielkiej kultury i klasy, wzrok ma zmieszany.
Nigdy nie słyszał o jakimś Pilchu.
Wczorajsza powtórka w Teatrze Tv to – z 2000 roku – debiut dramaturgiczny pana Adama Drabika (z tych Drabików?), zatytułowany "Ballada o zabójcach". Bardzo trafiony tytuł, bo wszystko bardziej balladowe, niż sensacyjne, choć z pomysłu właśnie takie. Tyle że zabójcy jacyś rozfilozofowani, refleksyjni, bardziej potrzebujący pogadać i zastanowić się nad życiem, niż wykonać zlecenie. Świetnie obsadzeni panowie: Marian Opania jako Szef, Zbigniew Zamachowski jako Roman i Rafał Mohr jako Leon. Czy ktokolwiek z widzów uwierzy, że tacy ciepli, mili ludzie są w stanie kogokolwiek zamordować?
A jeszcze pomysł, by Fred, czyli pan Dariusz Toczek każdemu z nich pomógł w potrzebie i to zupełnie za darmo, z uczciwości, życzliwości, sympatii do ludzi? Tym sposobem, choć niechcący, łamie po kolei ich zamiary, gdyż oni nie mogą się nadziwić: jakże to? Tak bezinteresownie? Toż to przecież wręcz nie wypada takiej dobrej osoby zabijać, prawda?
Ciekawa scenografia, ciekawe kolory, motyw drogi i na niej starego poloneza, popychanego melodią z harmonijki ustnej.
A najfajniejsze to, że mogłam sobie z sentymentem popatrzeć na wąską, połataną asfaltówkę gdzieś w Polsce. To właśnie znika, tego zaraz nie będzie.
Aż żal.