
Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru prawdziwy wysyp/zasyp spektakli do obejrzenia w sieci. Wybrałam kilka, w tym dzieło tria kiedyś kabaretowego Jadwigi i Dariusza Basińskich-Jacka Borusińskiego. Od czasu słynnego reklamowego kopytka Mumio pokazuje się oszczędnie, a nawet skąpo, ze szkodą dla widzów, z korzyścią dla siebie. Koleżanka z wojska zabrała rodzinę na spektakl, po którym powiedziała: To chyba nie dla mnie: oni się śmiali cały czas, a ja nie wiedziałam z czego. No właśnie. To jest taki rodzaj absurdalnego i autoironicznego humoru, który skłania do hipnotycznego wpatrywania się w aktorów, zadumy, ale ani przez moment do głośnego, beztroskiego śmiechu. Od tego są inni.
Siedziałam więc jak zahipnotyzowana przed ekranem, nijak nie mogąc przewidzieć dalszego ciągu, kolejnego zdania, frazy. Mumio to ekwilibrystyka zaskoczeń, zadziwień, niepołączeń. To skecze ze stworzonego przez artystów świata, w którym są u siebie, do którego pasują jak nikt. Ta malująca się na ich twarzach niepewność, ta sugestia, że świat nie musi być logiczny, uporządkowany, pragmatyczny. Na tym budują i to właśnie tak pochłania. Ich sztuka jest odkryciem w czasach, gdy wielu twórców doszło jedynie do banalnego odkrycia nagości na scenie.
Dodanie przedstawieniu trzeciego wymiaru w postaci patentu z „Purpurowej róży z Kairu’, powielonego w „Ucieczce z kina Wolność”, czyli wideo w tle, które jest dodatkowym miejscem akcji, a do którego odnoszą się, a nawet wchodzą bohaterowie poszczególnych scen, to zabieg interesujący. No i muzyka – tu pan Jarosław Januszewicz – wykonywana na niecodziennych instrumentach, idealnie współgrająca z całością.
Tęsknota pozostanie, ale wolę takie aptekarskie dawkowanie, bo lek działa długo.