WELCOME HOME BOYS

O lutownicy i nie tylko - czyli kabaret Mumio w Szczecinie | Szczecin Nasze  Miasto
Dariusz Basiński, Jadwiga Basińska, Jacek Borusiński

Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru prawdziwy wysyp/zasyp spektakli do obejrzenia w sieci. Wybrałam kilka, w tym dzieło tria kiedyś kabaretowego Jadwigi i Dariusza Basińskich-Jacka Borusińskiego. Od czasu słynnego reklamowego kopytka Mumio pokazuje się oszczędnie, a nawet skąpo, ze szkodą dla widzów, z korzyścią dla siebie. Koleżanka z wojska zabrała rodzinę na spektakl, po którym powiedziała: To chyba nie dla mnie: oni się śmiali cały czas, a ja nie wiedziałam z czego. No właśnie. To jest taki rodzaj absurdalnego i autoironicznego humoru, który skłania do hipnotycznego wpatrywania się w aktorów, zadumy, ale ani przez moment do głośnego, beztroskiego śmiechu. Od tego są inni.

Siedziałam więc jak zahipnotyzowana przed ekranem, nijak nie mogąc przewidzieć dalszego ciągu, kolejnego zdania, frazy. Mumio to ekwilibrystyka zaskoczeń, zadziwień, niepołączeń. To skecze ze stworzonego przez artystów świata, w którym są u siebie, do którego pasują jak nikt. Ta malująca się na ich twarzach niepewność, ta sugestia, że świat nie musi być logiczny, uporządkowany, pragmatyczny. Na tym budują i to właśnie tak pochłania. Ich sztuka jest odkryciem w czasach, gdy wielu twórców doszło jedynie do banalnego odkrycia nagości na scenie.

Dodanie przedstawieniu trzeciego wymiaru w postaci patentu z „Purpurowej róży z Kairu’, powielonego w „Ucieczce z kina Wolność”, czyli wideo w tle, które jest dodatkowym miejscem akcji, a do którego odnoszą się, a nawet wchodzą bohaterowie poszczególnych scen, to zabieg interesujący. No i muzyka – tu pan Jarosław Januszewicz – wykonywana na niecodziennych instrumentach, idealnie współgrająca z całością.

Tęsknota pozostanie, ale wolę takie aptekarskie dawkowanie, bo lek działa długo.

Zimna lekarka

Halo! Halo! usłyszałam za sobą, gdy wracałam z zakupów moim ulubionym skrótem między pudełkowatymi domkami osiedla prawników i lekarzy, jak się o nim pretensjonalnie mawia. Szłam Aleją Róż, na której nie spotkasz ani krzaczka takowych. Może podobnie jest z tymi prawnikami i lekarzami?

Odwróciłam się – nikogo. Minęłam róg ulicy i znów usłyszałam: Halo! Halo! Za pordzewiałym ogrodzeniem stała drobna, wiekowa pani z grabiami i żółtym workiem. A pani to chyba od tych Trelińskich, co to mieszkają tam po lewo? usłyszałam. Nie. Jak to nie, o tam mieszkają, o tam! mało nie wyrwała sobie ręki, chcąc jak najdokładniej pokazać. Wspięła się dla ułatwienia na siatkę ogrodzenia, wygodnie jej nie było. Ale ja tam nie mieszkam. To gdzie? bezwzględnym tonem głosu zażądała odpowiedzi. Lubię takie sytuacje. Lubię nie zaspokajać cudzej natarczywej ciekawości, pozornie ją zaspokajając. A tam po prawo, machnęłam ręką, niczego konkretnego nie wskazując. Tam na końcu? Nie, za skrzyżowaniem. Acha, powiedziała, dalej niczego nie wiedząc. A ta sąsiadka tutaj obok, to wie pani, cukrzycę miała jak ja, poszła do szpitala i tam ją covidem zarazili i już spopielona. No, ja też właściwie na umarciu…

Mówiła jeszcze długo, co chwila ktoś jej się kłaniał, szeptała: Mój pacjent. Próby pożegnania się spełzły na niczym. Dopiero, gdy uznała że ma dosyć rozmowy, odwróciła się i poszła do domu z grabiami w jednej ręce, żółtym workiem w drugiej.

To było kilka dni temu. Dzisiaj szłam tamtędy znów.

Dreptała chodnikiem, rozglądając się na boki. Nie poznała mnie. Dzień dobry, powiedziałam, rozmawiałyśmy kilka dni temu, pamięta pani? A tak, myślałam o pani. To gdzie pani mieszka? Tam zaraz po prawej w tym żółtym? W żółtym. Co piąty był żółty. Za skrzyżowaniem, na początku ulicy. Acha, tam.

Było mroźno, wiało, moja nowa znajoma miała na sobie tylko bluzę zapiętą agrafką, na nogach coś jakby stare męskie kalesony, na stopach siatkowe półbuty z dziurami na palcach. Na końcu nosa wisiała jej kropla. Siwymi włosami zajmował się wiatr. Była brudna, gdyby nie okoliczności, pomyślałabym, że jest bezdomna.

O, trzeba by te paprocie wyciąć bo uschły, ale nie mam siły. Męża już nie ma, syn zarażony przez synową covidem leży z zapaleniem płuc. A pani sobie wyobrazi, znowu zaczął palić! A to ogrodzenie to jeszcze mąż robił, my tu czterdzieści lat mieszkamy, a pani ile? No, też kilkadziesiąt.

Patrzę na pordzewiałą siatkę, na przedziwną prowizoryczną bramę z zardzewiałej blachy falistej, zniszczony siding na elewacji, na bałagan na podwórku i zastanawiam się, jakim ta kobieta była lekarzem?

Zimna ogrodniczka

Tak mniej więcej w połowie drogi na świat z naszego ubocza stoi wśród innych klockowatych willi klockowata willa. W parterze ma jak inne garaż, ale nie stoi tam auto. Właściciele od zawsze mają tam sklepik ogrodniczy. Nigdy ich w nim nie ma, żyją sobie dniem codziennym na górze w mieszkaniu. Dzwonek przy drzwiach sklepiku przenosi na górę informację o kliencie . Dłuuugo się czeka. Pani ma po osiemdziesiątce i pokonanie korytarzy i schodów zajmuje jej coraz więcej czasu. Jest sucha, żylasta, zawsze w bezkształtnej, ciemnej spódnicy do pół łydki, rzadkie, długie srebrne włosy zwija w koczek.

Z każdym rokiem jest coraz mniej towaru do sprzedania, puste półki wyją do tych doniczek, których kiedyś było tu pełno. Przy wyjściu na regale leżą woreczki z ziemią do kwiatów, na wiosnę sadzonki w skrzynkach. Trochę jakichś nawozów, ale to resztki z poprzednich sezonów. W szklanej gablocie torebki nasion. Właścicielka bierze pieniądze, wydaje resztę, ale uczucie, że tak naprawdę jej tu nie ma, że nie zależy jej na tym, by sklep prosperował, jest dojmujące.

Przyszedłeś kliencie, no to przyszedłeś, trudno.

Ciepła woda w kranie

Kiedy piecyk gazowy ogrzewający mieszkanie i wodę dociągnął do dwudziestki postanowił, że jeszcze rok i – wystarczy. Ubłagałam, żeby pozwolił jeszcze przeczekać tegoroczne mrozy. Zgodził się ze względu na wieloletnią współpracę, ale rankiem, kiedy minął ostatni silny mróz, już się nie obudził. Dziękuję, powiedziałam i pogładziłam go po obudowie. Pewnie dlatego, że byłam świeżo po lekturze „Krainy Metaksy” pani Olgi.

Kilka dni później weszli dwaj panowie. W dużym pudle nieśli następcę. Gdzie? rzucił jeden cicho. Mógł, bo maska na brodzie. Tutaj, wygłosiłam przez swoją szczelną z filtrem.

Pracowali solidnie, bez ustanku. Nie gadali bez potrzeby, półgłosem omawiali kolejne czynności. Porozumiewali się ładną polszczyzną, nie padło ani jedno słowo na ka, pe i jot. Posprzątali po sobie, na co też nie byłam przygotowana.

Po południu zajrzał ich szef, sprawdzić, czy wszystko gra. Z gazem żartów nie ma.

Jacy grzeczni, jacy kulturalni, jacy dobrze wychowani, rozpływałam się. Proszę pani, ja im zawsze powtarzam, że jak coś źle zrobią, to ja ich wybronię przed klientem. Pojadą, poprawią. Ale jak będą chamscy i zostawią syf to nie dam rady. Bo tego usprawiedliwić się nie da.