Kiedy przyszedł po raz pierwszy z informacjami na temat historii firmy ucieszyłam się. Opowiadał, bo był jej uczniem przez cztery najmłodsze lata. Lata przed- i wojenne. Cenny przyczynek do uzupełnień. Proszę to wszystko spisać, będziemy wdzięczni, powiedziałam. Wtedy wyciągnął zza pazuchy wycięty z miejscowego tygodnika wywiad. Ja już to wszystko opowiedziałem. Może pani zrobić ksero.
Czytam, oglądam zamieszczone zdjęcia. W międzyczasie pan opowiada: byłem dyrektorem w jednej ze szkół technicznych, teraz na emeryturze. Buduję pomniki. Załatwiam miejsce, środki. Ten katyński to mój, ten dla Armii Ludowej też. Teraz wystarałem się o teren na trzeci. Szukam sponsorów. Świetnie się pan trzyma, tyle energii, mówię, bo zadziwiona jestem energią osiemdziesięciolatka, jasnym, pogodnym licem bez zmarszczek.
Wiedziałam. Powiedz mężczyźnie, komplement, to już się nie odczepi.
Ogląda wchodzące nastolatki. Głośne, chichoczące, skąpo ubrane. Patrzy z przyganą. Proszę pani, przed wojną, a i po to były dziewczyny. Żadna nie paliła, a teraz… Jak się pocałowało taką, to usta miała jak cukiereczek… A dotknąć, to się nawet nie marzyło. Można było odprowadzić do domu, ale szło się osobno.
Podświadomie czekałam, że nie wszystko jednak będzie z tym umysłem jak trzeba…
Wykupiliśmy z żoną miejsce na cmentarzu obok, chociaż mieszkamy w innej dzielnicy, ale tu cmentarz piękny, stary i ciągnie do dzieciństwa. Tu chcemy leżeć…
Staram się dać do zrozumienia, że nie mam czasu na dalsze rozmowy.
Minęły dwa miesiące. Pan pokazał się znowu. Przyniósł stare zdjęcia. Obiecał, że odda je firmie w zamian za poczet sztandarowy na cmentarzu.