To nagłe uczucie zawsze mnie zadziwia. Już nie zaskakuje, bo przecież…
Wchodzę do sali widowiskowej domu kultury. Niewielkiej, ale zawodowej: jest scena, jest oświetlenie, mikrofony, kulisy i miękkie fotele dla jakichś stu osób na widowni. Są pierwsi wykonawcy przeglądu amatorów – artystów ze wszystkich prawie dziedzin sztuki. I jestem ja, w której zagnieżdża się powoli uczucie uniesienia i zachwytu. A przecież nic się jeszcze nie wydarzyło. Jeszcze nikt nie wystąpił. Ale ono już jest i wiedzie mnie w te rejony widowni, w których będzie najlepiej widać i najlepiej słuchać. Odchylam siedzisko fotela, ląduję w nim miękko. Parę słów wstępu, marszruty domorosłych na razie artystów, artystów aspirujących, co to nie wiadomo co z nich wyrośnie, jeszcze tyle lat przed nimi. A czy to można z tego wyżyć, przecież niewielu się przebija, nawet jak sobie przypomnieć, to ci wszyscy wygrani co to Mam talent, czy go nie mam? pytają różnych jurorów w telewizji, też gdzież giną i ślad wszelki po nich. Ale ja i tak nabożnie wpatruję się w scenę, składam ręce do oklasków jak do modlitwy i – zaczyna się.
Najpierw teatrzyk domu kultury tegoż. Pięknie wyreżyserowane dzieciaki, poprowadzone prosto, ale szlachetnie, bez pudła. I tu dzieje się sztuka bez wątpienia, co zaostrza mi apetyt na dalsze występy. A potem trójka dzieci: dziewczynka, chłopiec, dziewczynka, z tym, że chłopiec oprócz śpiewania także przygrywa na skrzypeczkach. Wszyscy w fioletowych brokatach i czarnych lakierkach, a piosenka bardzo dziecięca. Ukłon. Potem znowu trójka w analogicznym zestawie, z tym, że wyższa. W czerni-bieli, chłopiec ładny we środku z blond lokami, tylko te sandały ze skarpetami na stopach. I te kompletnie martwe twarze. Gdyby nie wydobywali z siebie głosów, pomyślałabym, że umarli. Może z tremy, może z zachwytu na sobą. Może dlatego, że nie czują co śpiewają, albo ich to nie obchodzi, gdyż ciepło, pięknie, na rower by się poszło, na basen, a tu śpiewaj człowieku, bo masz głos. A potem sunie na scenę wężem jakieś dwadzieścioro z fletami. Ustawiają się w dwóch rzędach i fiuuu zaczynają dmuchać we fleciki jakoś tak niepewnie, niezdecydowanie i smętnie. Buzie wystraszone, oczy pochowane w podłodze. Stroje przepisowo szkolne: biała koszulka, granatowa spódniczka/spodnie. A przecież trzeba by może jakieś giezłeczka lniane, niedoprasowane, obszarpane, porcięta takież, bose stópki. Jakieś ognisko domniemane na środku, oni jako te pastuszki polne dmuchające posępnie we fujarki, bo los pastuszka smutny jest i nie do pozazdroszczenia. A potem panienka taka piętnaście plus, jakby weszła z ulicy, żaden kostium sceniczny, żadne przebieranki, krótko i goło, japonki do przytupywania, i „Co się stało z mamą” śpiewa pięknie z uśmiechem i kontakt nawiązuje wzrokowy, i tańczy też trochę w przerwach śpiewania. No dotychczas najlepszy jest to występ, gdybyż nie nieprzygotowanie wizualne. A potem: Fortepian! mówi pani dyrektor i jeden pan wyciąga zza kulisów pół fortepianu na kółeczkach, i już wchodzi młodziak w ramonesce i pani mówi, że rock&rolla będzie grał, bo w tym się najlepiej czuje, to wybrał dla publiczności. Ale widzę, że on mi łaskę robi, że za wolno, że nie umie, że nadrabia głową i siłą uderzenia. Nie było po czym klaskać. No kabotyn w gówniarzu kwitnie, jak nic. A potem wchodzi taki przystojniak wysoki, ale też jakieś kilkanaście, gdyż buzia gładziutka bez jednej kolki zarostu, ale od fryzjera, grzywka świeżo wystylizowana, płasko, długo na czoło, baczki króciuteńkie w szpic. I luzik, i ustawianie sobie statywu z mikrofonem bez pośpiechu, bo koszulka biała, spodnie ciemne, pantofle jak się należy. Widać, że znany, uśmiecha się szelmowsko do pani dyrektor, do pani instruktor i tej pani, co rozda zaraz nagrody. Czaruje. Uwodzi. Staje, nabiera powietrza do płuc i zaczyna: Maaadonnooo, polska Madooonno, panno z dzieckiem mów, jak ty sobie radzisz nocą wśród złych snóóów…O matko! – mówi szeptem siedząca obok mnie mała artystka – tego się nie spodziewałam. Ja też – odpowiadam i słyszę jak zachwycony swym bardzo płaskim głosem wokalista wyśpiewuje, a ja myślę, a co ty dziecko możesz wiedzieć o pannach z dzieckiem, wódce, kwiatku na święto kobiet, kacach i smutkach, i dwójach na szynach. Co ty gościu wiesz o Peerelu? Kto ci to kazał śpiewać, jak ty tego nie przeżyłeś jeszcze i może nigdy, bo kobietą nie jesteś, na razie. A Osiecka przeżyła i wiedziała, co pisze. A potem słyszę drugą melodię i już ręka mi zaczyna stukać o udo, już udo podskakuje w rytm, już głowa się kiwa. To Mietka Szcześniaka ukochana ma piosenka „Całe życie czeeekam na ciebieee”. Jakie całe życie czekasz dziecko? Jakie całe? Ty dopiero możesz zaczynać czekanie. Możesz się wprawiać w tym zajęciu. Uroczyste rozpoczęcie czekania to być może. A może nawet nie, bo przecież tyle zajęć życiowo wiekopomnych przed tobą, pracochłonnych, wyczerpujących. A to: dorastanie, nauka, studiowanie. A czekanie tak przy okazji, mimochodem, w trakcie.
A potem nagrody, uściski i koniec. I wychodzę, stygnę i spotykam na korytarzu artystów aspirujących i nie mogę uwierzyć, że to ci sami.
Zwykłe, fajne dzieci.