Maleńczuk gra Młynarskiego

Maleńczuk pasuje do Młynarskiego jak klucz do zamka, jak pizza do Włoch, jak herbata do filiżanki. Śpiewa po swojemu, z własnymi aranżami, ale – jacyż obaj panowie podobni. Obaj – jakby co – potrafiliby przyłożyć. Obaj rozumieją, co to jest szemrane towarzystwo. Obaj wykreowali postaci cwaniaczków, ale niepozbawionych nuty romantyzmu i wrażliwości. Obaj dawali wyraz politycznego zaangażowania poprzez własne teksty. Obu widzę na „mokrej męskiej trasie Sopot – Puck”, ale też obu ze „żniwną dziewczyną”. A swoją drogą, jak finezyjnie można pisać o przygodnym seksie… 

Pan Maciej Maleńczuk na tej płycie to czysta artystyczna wiarygodność. 

LEKARZyna

Wczoraj wsiadłam tylnymi drzwiami. Zaraz też wsiadł pan kontroler i zajął się stojącą obok mnie dziewczyną. Od razu wyjęła dowód osobisty, powiedziała, że aplikacja do płacenia jej nie zadziałała, wyjątkowo nie miała ze sobą gotówki, więc nie mogła kupić biletu u kierowcy, kartą u kierowcy nie można… Pan zaczął spisywać dane.

A można od razu zapłacić kartą, żeby było taniej? Kartą nie można, bo czytnik mam w naprawie. Taki sprzęt nam dali, że ciągle się psuje.

Pan pisze, a z siedzenia odzywa się zażywny jegomość: trzeba było powiedzieć, że nie ma pani paru groszy na bilet, na pewno ktoś by dał. Nie trzeba się wstydzić. Ja wykonuję taki zawód, że na pewno bym pomógł. Tak jak parę lat temu. Siedziałem w busie zaraz za kierowcą i słyszę, jak pomstuje na lekarza: A to skurwysyn, czekaliśmy z dzieckiem, a on nas odesłał na drugi dzień, bo już był spóźniony. Dziecko lało się przez ręce, gorączka, kaszel…No i dzisiaj musimy znów iść, a nigdy w życiu bym nie poszedł do takiego. A ja wie pani, niby czytam gazetę, a wyjąłem długopis i spisuję co mówi. Jak wysiadałem poszedłem do niego i mówię, że skurwysyny w każdym zawodzie się trafiają, i kierowcy, i murarze, i lekarze. A moim zdaniem to zapalenie oskrzeli jest. Tu ma pan lekarstwa, pan pójdzie wykupi w aptece. I za kilka dni jadę znów, on zobaczył mnie wcześniej i leci z pieniędzmi. Mówi, że mu dziecko uratowałem. Nie chciałem pieniędzy, to mi powiedział, że przez cztery lata mogę ich busami jeździć za darmo. No i jeżdżę już osiem lat. Osiem złotych w jedną, osiem w drugą, dwa razy w tygodniu, to już mam trzydzieści dwa złote. 

Opłaca się być dobrym. 

 

ŻABUSIA, czyli kobieta niezbyt mądra

„Żabusię” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Anny Wieczur-Bluszcz ogląda się ze zdziwieniem i refleksją: jak to się wszystko pozmieniało! Wyszedł swoisty pean na cześć naiwności, choć nie ma już tak naiwnych mężów; są rodzice, którzy we własnym dziecku widzą wyłącznie zalety i czczą je nieprzytomnie. O, to się raczej nasiliło.

Niezbyt mądre kobiety widoczne są najbardziej; czytające książki, myślące, inteligentne jak Maria – pani Małgorzata Kocik – w odwrocie. Mężczyzn, którzy „się zapominają” coraz więcej, bo i liczba rozwodów rośnie.

Czy aktorzy sprostali? Nie do końca przekonywująca była na początku pani Kamilla Baar-Kochańska. Że trzpiotka, że tak wszyscy ją uwielbiają? Był jakiś gorzki rys w jej kreacji, może świadomość, że to co robi, jednak jest nie w porządku? Głupia, głupia, ale taka to już nie? Może przeszkadzała mi świadomość, że aktorka jest inteligentnym człowiekiem?

Scena z kochankiem Julianem – pan Mateusz Damięcki – zupełnie współczesna, kompletnie odstawała od konwencji reszty.

Przeciekawy wydał mi się Rak pana Arkadiusza Janiczka.

Ostatnia scena, gdy Maria szantażuje Żabusię odebraniem dziecka (!) jeśli nie przyzna się mężowi do zdrady, Jan rozpaczający po stracie status quo, Maria, która się wycofuje z prawdy dla dobra: z odpowiednim ładunkiem emocji i temperaturą.

 

MOJA WALKA moje dzieciństwo

„Moją walkę. Księgę trzecią” Karla Ove Knausgårda czyta się ze wstydem za dorosłych. Za rodziców, za ich pastwienie się nad własnym potomstwem. Za metody wychowawcze stosowane wobec dzieci przez setki lat. Za okrucieństwo, przymus, przemoc, brutalność. Za lanie pasem, wykręcanie ucha, rzucanie po ścianach. Za debilną refleksję: Mój ojciec mnie lał i wyrosłem na człowieka!

Za podejrzewanie własnego dziecka o wszystkie niecne sprawki. Za niesłuchanie jego tłumaczeń. Za zakładanie z góry, że kłamie. 

Za myślenie, że ma być twardzielem, chociaż jest wrażliwe, płaksiwe i femi.

Za kompletny brak samoświadomości, dlaczego tak się zachowuję, co mną kieruje, dlaczego niszczę słabszych od siebie.

Za udawanie, że w tym samym wieku było się wzorcem i ideałem.

Za obezwładniający strach i dojmującą samotność.

Własnego dziecka.

Kawałka siebie. 

Do RIO

Marzenie każdego młodego małżeństwa – nigdy się nie rozstawać, wszystko robić razem. Poczucie, że zawsze będzie tak pięknie, bezkonfliktowo, że wystarczymy sami sobie. Czas pozwala wyzwolić się z tego klaustrofobicznego myślenia, ale na razie…

Państwo Klynstra – Komarniccy, małżeństwo artystyczne, postawiło na spektakl. Zamówiony u pana Marka Kochana tekst miał zapewne pokazać wszystkie możliwości obojga: i grę aktorską, i umiejętności wokalne oraz – niekwestionowalne – taneczne pani Emilii Komarnickiej-Klynstra. Przy okazji pokazał je także pan Redbad Klynstra – Komarnicki. Zawsze cieszy, jak aktor ma możliwość rozwinięcia przed widzem swojego emploi. Dotychczas zachwycałam się panem Redbadem Klynstrą na przykład w „Krumie” pana Krzysztofa Warlikowskiego.

„Rio” składało się z samych niemal zwrotów akcji; już po kilku minutach klient parabanku stawał się kontrolerem, napastnikiem, albo starającym się. A za moment oboje państwo byli już parą, marzącą o wyprawie do Rio. Wstawki taneczno – śpiewające jak sen o. Wstawki filmowe jak spełnienie tego marzenia.

Premierę w Teatrze Tv wyreżyserował pan Redbad Klynstra-Komarnicki.

Kortez śpiewa MÓJ DOM

Można pomyśleć, że to nudna płyta. Pan Marek Niedźwiedzki powiedziałby, że snuja. Znający się na rzeczy krytycy muzyczni, że balladowa z elementami. Ale jak się jest świadomym kontekstu jej powstawania…

To pamiętnik rozstawania się. Studium rozpadu. Już za nimi wszelkie złości, wkurzenia, gniew, krzyki, obrazy i dzikie kłótnie. Już za nimi bunt, próby naprawiania i sklejania związku. Jest brak wiary w to że się uda, za to pewność, że to nie ma już sensu. Jest śmiertelne zmęczenie walką i napięciem, zapadnięcie się w sobie, zniechęcenie i rezygnacja. W środku totalna pustka, ale i totalny spokój. Pogodzenie się z nieuniknionym. 

Podobno tak się umiera.

Ale można też w takim stanie ducha śpiewać.