Wacław to jest Wacław, a nie Wacek, czy Wacuś. Alfred to Alfred, a nie Fredek, czy Fredzio. Elwira to Elwira, a nie Elwirka, czy Elwircia.
Justysia, to Justysia, a nie Justyna.
Tak niewiele potrzebowali panowie Aleksander Fredro i Jan Englert, by scharakteryzować postaci komedii "Mąż i żona", wystawionej wczoraj przez Teatr Tv.
Niezwykła elegancja wnętrz, kostiumów, zachowań: charme’, styl, klasa. Nawet w sytuacjach pikantnych. A jednocześnie niezwykle współcześnie, łącznie z podawaniem fredrowskiej frazy wierszowanej przecież.
Pani Beata Ścibakówna, panowie Jan Englert, Grzegorz Małecki. Jak dobre wino. I urocza adeptka sztuki aktorskiej, pani Milena Suszyńska.
A swoją drogą można pozazdrościć małżeństwu Englert-Ścibakówna: mogą zagrać to, co w życiu mogłoby im wadzić. Nie muszą popadać w realne stłuczki. Małżeństwo dwupłaszczyznowe.
Pamiętacie "Przygodę" według Sandora Maraia?