Jesień latem

Płowieje trawa, płowieją liście. Już wieczorami wdziera się przez szeroko otwarte okna dym z resztek palonych na warzywnikach.Dzienne gorąco bezlitośnie znika wieczorem. Od świętej Hanki zimne wieczory i poranki, mówi mądrość ludowa, czyli oczywista. Inne mądrości nie są tak mądre jak ludowe. Dopuszczają wątpliwość.

I można tak bez końca.

A można jak Janusz Głowacki. Dwa zdania, nie więcej.

Jeszcze. Już.

W poszukiwaniu idealnego ciastka

Dążenie do doskonałości i jej odkrywanie nieustannie mnie pociąga. Że tylko dla niej warto.

Sądziłam, że cukiernia której nie mogę się oprzeć, to ta z ciastami z najwyższej półki. Nastrojowa (dyskretne światło), aromatyczna (piekarnia za drzwiami), kosztowna (najlepsze surowce). 

Wczoraj okazało się, że najwyższa półka istnieje zupełnie gdzie indziej. Ciastka tam są tak piękne, że kojarzą się z biżuterią. I tak kosztowne.

Kupiłam kilka.

Doskonałe, absolutnie doskonałe, myślałam dziobiąc widelczykiem kruche (powiedzieć: kruche, to nic nie powiedzieć), pachnące najświeższym masłem (jak wyżej) mini tarty, wypełnione kremem mangowo-marakujowym, owocami, kruszonką, posypane prażonymi płatkami migdałów. Doskonałe, absolutnie doskonałe, myślałam gryząc trójkąty wafli przełożonych kremem czekoladowym, powidłami śliwkowymi, polane gorzką czekoladą (powiedzieć: genialną, to nic nie powiedzieć). Idealnie stroiły instrumenty w tej orkiestrze smaków.

Dlaczego więc dzisiejszego ranka pomyślałam: Zbyt doskonałe? 

Ogród pamięci Janiny Olczak-Ronikier

Zachwycająco napisana (Nike) historia rodziny Mortkowiczów; księgarzy i wydawców, rewolucjonistów, komunistów, obywateli świata, ludzi wykształconych i majętnych. Pracowitych i ambitnych. Ale nade wszystko zasymilowanych Żydów, którzy wyrzekli się własnej religii, tradycji i kultury, by sprostać, by nie różnić się od obywateli kraju, a którym i tak co krok dawano do zrozumienia, że są mniej wartymi obywatelami niż rdzenni Polacy. Pani Janina Olczak-Ronikier nie ukrywa, że kompleks niższości towarzyszył jej zawsze. Że Żyd musiał się starać w dwójnasób, by być równym Polakowi. Taka niesprawiedliwość/sytuacja boli ją do dziś.

Historia rodziny odtworzona od prababki Julii Mortkowiczowej po dziś, po rozsianych po całym świecie wnuków i prawnuków pewnie nie byłaby możliwa, gdyby nie tony zapisków, dokumentów i zdjęć, przechowywanych pieczołowicie w rodzinie, no i internetu, który pozwala wykopać informacje z końca świata. 

Najcenniejsza zaleta tej książki? Uwrażliwia.

 

Janina Olczak-Ronikier „W ogrodzie pamięci”.

Ciepło, ciepło, GORĄCo, parzy…

Pogoda tego lata pokazała klasę. Niewiele dni upalnych – w ubiegłym roku trzy tygodnie non stop – a i to poprzetykanych chłodniejszymi. Można wychłodzić mieszkania-piekarniki, przygotować się do przetrwania kolejnych kilku powyżej trzydziestu.  

Upał daje od siebie odpocząć. 

Gdybyż wszyscy tak potrafili…

Powojnie

Przecież pięknie musiało być, najpiękniej na świecie, kiedy kończyła się wojna. Kwiaty w lufach karabinów, odprasowane mundury, triumfalne defilady przez miasto, flagi zwycięzców zatknięte w najwyższych punktach miast… Taki obrazek przekazują podręczniki historii, takie sceny filmy batalistyczne. A z boku, nieco pomijana, a może ukrywana, sączyła się historia cywili: najczęściej kobiet, dzieci i starców. Wtrącanych do obozów koncentracyjnych, wyganianych z domów, okradanych z żywności, gwałconych, zabijanych, torturowanych, masakrowanych, skazanych na tułaczkę i poniewierkę. Leżących i gnijących wśród ruin, wrzucanych do wykopanych naprędce dołów, ekshumowanych, identyfikowanych przez ocalałych bliskich, przenoszonych na cmentarze. Albo i nie. 

Pani Magdalena Grzebałkowska w książce pod najprostszym tytułem „1945 Wojna i pokój”, daje pożywkę dokumentalną swojej wyobraźni i rusza śladem nieszczęść i barbarzyństwa, które dokonywało się już po przejściu zwycięskich wojsk. Od podszewki, nieco fabularyzując, opisuje ogólnie znane fakty: wysiedlenie ziem wschodnich, zasiedlenie Ziem Odzyskanych, losy Niemców, zmuszonych do opuszczenia domów, obozy przechodnie, zatopienie statku Gustloff, dom dziecka w Otwocku dla sierot żydowskich…

Autorka we wszystkich i dobrych, i złych widzi – ludzi.

 

Sny pana Kuczoka

Jeśli książka Wojciecha Kuczoka „Proszę mnie nie budzić” zawiera autentyczne sny autora, to pozazdrościć. Takie sny to majstersztyk. To się nie zdarza często, a jeszcze taka gęstwina niewynikających z siebie zdarzeń, ekwilibrystycznych połączeń niewyobrażalnego z niemożliwym to coś kapitalnego. Otwieram oczy ze zdumienia i łapczywie pochłaniam kawałek po kawałku.

I tylko niepokoi podejrzenie, że dobry pisarz wcale nie musi śnić.