Pani Zeruya Shalev, pisarka izraelska określana w recenzjach przymiotnikiem: wybitna, już na wstępie błysnęła wyczuciem do tytułów. "Ból" (o z dwiema ukośnymi kropkami, stylizacja na jidysz) słowo niewielkie, krótkie i łagodne w wymowie, powoduje u czytelnika niepokój. Otwiera się w nim wir, lejek w głąb, który wciąga z zewnątrz lęk. Wwierca się nieponaglany acz bezlitosny.
Na szczęście już w pierwszych słowach pisarka daje się nam uspokoić: ten ból to skutek wybuchu terrorystycznego, gdy znalazła się za blisko. Poraniona, połamana długo się leczyła i rehabilitowała. Stanęła na nogi, ale odtąd połowa jej posiłków to leki przeciwbólowe.
Poza fizycznym są też w tej książce inne bardzo intensywne, wieloletnie bóle – o wiele ciekawsze i napędzające akcję.
Choćby ból nieoczekiwanego rozstania z pierwszą, najintensywniejszą miłością i ból spotkania jej po trzydziestu latach. Co z nią począć, skoro ciągle jest, a być nie powinna?