JAK BRAT Z BRATEM

Jak Brat z Bratem - Andrzej Grabowski, Mikołaj Grabowski ...

Panowie Andrzej i Mikołaj Grabowscy zamiast pisać autobiografie skusili się na długą rozmowę z panią Hanną Hałek. Książka ukazała się w roku 2014 i trzeba to brać pod uwagę, czytając. Jeszcze wszystko w naszym i ich życiu było inaczej.

Ale z tego, co jest: Panowie są znakomitymi gawędziarzami, jak to się zdarza u osób inteligentnych, oczytanych, z dużą wyobraźnią. Życiowe losy oparte na dzieciństwie spędzonym w Alwerni, której nazwa brzmi tak, jakby była nierzeczywistą wioską z Andersena, a nie prawdziwym, podgórskim miasteczkiem. Zresztą cała opowieść o tym miejscu, ludziach, domu jest tak nostalgicznie piękna, że od razu przypomina się Mickiewicza Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty… To mocna baza do poradzenia sobie poza Alwernią, a i w wymagającym zawodzie artystycznym.

Obrazy z Alwerni były zaczątkiem kapitalnego spektaklu pana Mikołaja Grabowskiego „Opis obyczajów, czyli jak zwyczajnie wszędzie się mięsza złe do dobrego według księdza Jędrzeja Kitowicza”. Jest na You Tube, wprawdzie fatalnej jakości zapis z 1990 roku, ale obejrzałam ponownie rewelacyjnie obśmiane nasze narodowe przywary i zwyczaje. Początek lat dziewięćdziesiątych był kapitalny dla takich opowieści. Dzisiaj hejt nie pozwoliłby im się podnieść. Coraz więcej mamy takich rzeczy, które wolno, ale jednocześnie – nie wolno.

Drugą dojmującą obserwacją z lektury tej książki jest nieodkrywczy wniosek, że ginie nam gatunek macho. Ten, który nie pozwala kobietom wejść sobie na głowę, nie przyznaje się do błędu, jest egoistyczny, napięcia rozładowuje alkoholem, słaby nie bywa. Panuje, włada. Drapieżnik.

I tak trochę lirycznie, trochę wilczo. Fajne portrety, ciekawi ludzie.

Jak było

Cztery kilo schudłam przez ten miesiąc, relacjonuje wdowa czas umierania męża. Przez ten czas wcale nie spałam: on wył z bólu i wymiotował nawet po herbacie, ja płakałam przy nim, córka co godzinę robiła zastrzyki z morfiny, ale to już nic nie pomagało. Męczył się strasznie, na siedząco ciągle, bo te wymioty i wymioty. Mówiłam, że kolegów zaproszę z którymi zawsze pił, to go odwiedzą, chociaż na chwilę zapomni. Ale nie chciał, telefonów od nich też nie odbierał. Na balkonie wieszał ręcznik, żeby go przez okno nie zobaczyli. Na pogotowie też nie chciał żeby zadzwonić, bo on w szpitalu nie będzie leżał, tam musiał czekać do łazienki, do toalety, a w domu wszystko miał bez czekania. Na nic się nie zgadzał, wszystko po swojemu. A czułam już na jesieni, że coś jest nie tak, bo co się napił to brzuch i brzuch. Ale poszedł, znowu się napił i myślał, że mu przejdzie. Zastrzyki z insuliną sobie robił w brzuch, nieraz igłę złamał, bo pijany był i tak zostawała. Leki na nadciśnienie łykał, potem szedł do kanciapy i pił. To przecież co to za leczenie! Ale nie było siły. Ten lekarz co go w szpitalu przyjmował, po tomografii pokazał mu na komputerze z płytki cały brzuch w środku i opowiedział, co tam jest. Źle zrobił, bo może by jeszcze walczył. A tak rozkroili, jeszcze szybciej zaszyli, bo się bali, że im na stole umrze. A teraz lekarze się boją leczyć, bo rodzina chodzi i węszy, co zrobili nie tak. Latają po tych prawnikach, tamten powie jaki to paragraf i już sprawa w sądzie, żeby kasę wyciągnąć. Córka pracuje, to obserwuje to.

No, ale on już z tego szpitala na własną prośbę się wypisał, nie chciał tam być. I wrócił do domu nie ten człowiek.

Żył po swojemu i umarł po swojemu. Taka jego wolność.