Remont GENERALny

Jest inaczej. Co nie znaczy, że – lepiej.

Dla mnie – jest gorzej. A przynajmniej – niekomfortowo.

Piękne nowe kłóci się z brzydkim starym.

Stałe ścieżki, którymi od lat wędrowały nogi i ręce – przestały istnieć. Po nowych musi kilkakroć boleśnie przewędrować mózg. Bez gwarancji, że nogi i ręce zapamiętają.

Oswojone i bezpieczne zwilczyło się.

Już nie da się wrócić w starą młodość, choć został tapczan, na którym wraz z Drogą Es przespałyśmy najlepsze lata.

Nie da się udawać, że jeszcze wszystko będzie.

Nie da się przed tym schronić.

Z jąkały – król

Film "Jak zostać królem?" w reżyserii Toma Hoopera miał świetne recenzje, jeszcze zanim dostał jakiekolwiek nagrody. I od razu trafił do kin. Więc ja też trafiłam.

Prosta historia, nieskomplikowany scenariusz. Książę Albert (Colin Firth)  musi sprostać wyzwaniu, jakim jest nieoczekiwana konieczność zostania królem Anglii. Starszy brat wybrał kobietę – Wallis Simpson, z powodu dwukrotnego rozwodu nie do zaakceptowania jako królowa. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie to, że Albert naturę ma co najmniej kameralną ze wskazaniem na nieśmiałą. Chłop jąka się od lat, co pogłębia okrutne wyśmiewanie jego przypadłości przez rodzinę.

Tak więc w roli głównej w tym filmie występuje jąkanie.

Istotą rzeczy jest, jak Albert sobie z tym poradzi. I – czy w ogóle.

Colin Firth gra tak sugestywnie, że to ja się jąkałam. To ja całą sobą chciałam pomóc mu wyciskać z gardła uwięzłe tam słowa. To ja się cieszyłam, gdy w końcu mu się udawało.

Lionel Logue (Geoffrey Rush) – domorosły logopeda – jest także poniekąd psychoterapeutą księcia. Twierdzi, że jąkanie bierze się ze strachu, z zakorzenionych lęków. Przyszły król stawia jednak granice tej zażyłości. Ale gdy zostaje królem Jerzym VI – musi się zdać na bezczelnego, niespełnionego aktora.

Pięknie się to wszystko ogląda, bo każda z postaci ma klasę. No może poza Willis. Jak chodzą robią to z klasą, jak rozmawiają, jak się kłócą, obrażają, a nawet jak klną. Klasa to jest to, czego nam brakuje na co dzień.

Siłą filmu jest aktorstwo. Kunsztowne, precyzyjne, przekonywujące. Wzruszające.

A z dwóch powiedzeń: człowiek to brzmi dumnie oraz jestem tylko człowiekiem, wybieram pierwsze.

Bo tutaj człowiek zabrzmiał bardzo dumnie.

Mała GRZECZNOŚĆ wielka sztuka

Wyszły obie ze sklepu.

Mama, niosąca tornister starszej córki, obok młodsza, na oko trzyletnia. Wyskoczyła przed mamę, podniosła do góry plastikowy woreczek z babeczką serową w środku i machając nim w górze, powiedziała z radością: Dziękuję ci mamusiu, że mi kupiłaś ciasteczko. Powiedziała to tak szczerze i z takim wdziękiem, że aż mnie zamurowało z zachwytu. Nobel za wychowanie dziecka w czasach, gdy one bezwzględnie żądają wszelkich zakupów pod groźbą rzucenia się na brudną podłogę i histerii. A kiedy już to coś dostaną, odwracają się i już. Co się mówi? – zadają standardowe pytanie rodzice. …..ję – burka byle jak dziecko.

Pobiegnę do przodu – powiedziała potem – nie będzie ci przykro, że zostaniesz sama?

Po co poeci się zakochują?

Mistrzyni Agnieszka Osiecka poprowadziła osobiście tylko jeden koncert w życiu. Koncert swoich piosenek w Trójce. Odbył się osiemnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Kilkunastu wykonawców zaprezentowało kilkanaście wybranych utworów z tekstami autorki. W tym pan Jan Pietrzak coś, co rzuciło mi nowe światło na związek, o którym pisałam piętro niżej. Tekst jest męski, mądry i – przewrotny. Prowadzący do zrozumienia rozdarcia. Jakże pani Agnieszka znała się na mężczyznach…A jak się znała na Agnieszce!

Oto więc.

Ty jesteś dobra, miła, śliczna,/cała przyroda o tym wie,/ty nawet kochasz w rękawiczkach/i odchodzisz – taktownie we śnie…
A tamta pani mnie inspiruje,/ja jestem potem, jak po rosie kwiat,/i byle głupstwo, byle księżyc nad Sopotem/tak mnie rozśmiesza jak najlepszy żart.

Bo tamta pani mnie inspiruje,/ballady wlewam w mojej duszy cud/i byle jesień, gdy zawiśnie nad geesem,/wyciska ze mnie dytyramby ód.
Ty jesteś inna niż tysiące innych dziewczyn,/tak by się chciało przez to życie z tobą biec,/i nie jeden podarować tobie wierszyk,/ale to jedno z najwierniejszych męskich serc.

A tamta pani mnie inspiruje,/ja jestem potem, jak zielony gil,/i wolę z panią w marnym guście tracić cnotę,/niż z tobą miła zachowywać styl.
Bo tamta pani mnie inspiruje/W satyry wlewam swój spieniony gniew/i ktoś tak swojski, tak tutejszy jak Malina,/wykwintny bywa jak antyczny elf.

Ty jesteś inna niż ta cała miejska tłuszcza,/ty nawet umiesz mi się śnić,/a tamta pani, tamta pani, to się puszcza/lecz tym  artystą, tym artystą chce się być…
A tamta pani mnie inspiruje/ja jestem potem jak po wiośnie kot,/i byle wątek co w malignie ma początek/zaplatam lekko w malowniczy splot.
Bo tamta pani mnie inspiruje/I sam już nie wiem, nie pojmuję tego sam/że nawet we śnie z nią rymuję i rymuję/ a z tobą – co ja mam?

I taka wersja związku Jeremiego i Agnieszki o wiele bardziej do mnie trafia, niż banalna wiedza, że męski kryzys wieku średniego oraz kobieca trzpiotowatość.

Gdyż poeci.

Moja dziewuszka NIE MA SERDUSZKA

Pisał Jeremi w jednej ze swoich piosenek. Pisał o Agnieszce. Pisał też, że "Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła…". Pisał " Już kąpiesz się nie dla mnie w pieszczocie pian…". Agnieszka odpisywała " A gdy się zejdą raz i drugi kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach…" i "O Jeremi, czy jesteś już na dnie?"…

Agnieszka Osiecka uwiodła Jeremiego Przyborę, jak pisze pani Magda Umer we wstępie do "Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listów na wyczerpanym papierze", z przyzwyczajenia. Ona, która o sobie pisała, że jest kundlem związała się z dwadzieścia lat starszym arystokratą nie tylko ducha. Co nie spowodowało, że próbowała dorównać, podciągnąć się i poprawić. Ani na jotę nie przestała prowadzić swojego włóczęgowsko-kundelskiego życia. Porzucił dla niej rodzinę, niewiele otrzymując w zamian. A nawet tracąc. Pani Magda Umer w jednym z wywiadów powiedziała, że rozwód Przyborów był nie do wybaczenia dla państwa Wasowskich. Stanęli po stronie byłej żony i synka Konstantego, zwanego Kotem. Tak skończył się Kabaret Starszych Panów, o którym zawsze myślałam, że po prostu się skończył. A to Agnieszka Osiecka go – niechcący – skończyła…

Znawcy tematu twierdzą, że genialni literaci to zazwyczaj ludzie – potwory. Mistrzyni Osiecka dla bliskich to może nie aż potwór, ale potworek na pewno. Ani się tego nie wstydzi, ani nie kryje w listach. Kobieta ewidentnie fatalna.

"Listy" są lekturą niezwykłą. I nie zaczynają się tak jak wszystkie listy w tamtych czasach: Na wstępie mojego listu zapytuję co u was, bo u nas po staremu/jak u was ze zdrowiem, bo u nas wszyscy zdrowi. Pięknie wydane wystarczają na jeden wieczór. Pisane, gdy jedno lub drugie udawało się w podróż daleką albo jeszcze dalszą oraz długą. Aż dziw, że poczta i listonosze nadążali.

Ale żadne listy nie przebiją dwudziestu sześciu genialnych utworów obojga mistrzów, zamieszczonych na końcu książki z tytułem "Agnieszki i Jeremiego listy z miłości". Szczególnie teraz zyskują nieznaną głębię.

"Bez ciebie jestem tak smutny, jak kondukt w deszczu pod wiatr(…), pisał mistrz Przybora w arcydziele "Inwokacji". "(…)Ale teraz z moich ramion zrobię ci kołyskę/Niech cię miły nie poranią leśne trawy niskie", pisała mistrzyni Osiecka…

I jeszcze przypomniała mi się męska wersja piosenki mistrza "O, Romeo", zatytułowana "O, Julietto", w której śpiewa o sobie "(…) Deszczem zlało mnie, wiatrem przygięło/jestem stary sterany Romeo/W krzyżu miewam te bóle, kiedy w sercu cię tulę(…)"…

Dziewuszka bez serduszka i stary sterany Romeo.

Wzruszyłam się.

Trzy WDOWY, w tym dwie WDÓWKI

Wdów w bloku coraz więcej.

Blond Wdowa od lat gotuje obiadki i przytula się do wdowca, którego poznała na cmentarzu, gdy myła mężowi nagrobek. On omiatał z jesiennych liści nagrobek żony i martwił się, że to już tyle lat, tyle lat… Bo cóż on miał, czterdziestkę zaledwie, troje dzieci odchowane, żona filigranowa i piękna, żyć już tylko przyjemnie i korzystać z dojrzałych lat. Ale pojawił się rak i wziął sobie pierś, jedną z tych, które tak chętnie pojawiały się w głębokich dekoltach. Zaglądali do nich natrętnie chłopcy z ósmej klasy, którzy zwykle chcieli siedzieć wyłącznie w ostatniej ławce, jak najdalej od nauczycielskiej katedry, a na rosyjskim nie, na rosyjskim wszyscy chcieli w pierwszej, tej na środku, bo przytykała do jej biurka.

Blond Wdowa została sama nagle i niespodziewanie, tuż po pięćdziesiątce, i – prezentując wąską talię i bujne biodra – nie miała już komu mówić: Popatrz jakie wcięcie. Zawsze fertyczna i uśmiechnięta z powodu i bez, musiała nagle przestać się uśmiechać. Ale wtedy, gdy przy grobach zaczęli rozmawiać o jakości knotów w lampkach nagrobnych, i gdy on pomógł jej jednego wydłubać z parafiny i zapalić, poczuła, że już można znowu pożyć. Zaprosiła go na kawkę, potem na zupkę i tak już zostało.

Wdowa Kasztanowa zawsze barwiła bujny włos na czerwono, jeszcze bujniejszy biust wypychała do przodu, bo w końcu na emeryturze, ale trzeba wyglądać, gdyż kiosk prowadziła z pełnym asortymentem. Kiosk jest własnością córki, która nabrała kredytów i lizingów, celem rozkręcenia firmy transportowej, ale mąż ją ponoć bił i go rzuciła. A w tej firmie poznała młokosa bardzo, bo dwudziestolatka i się zeszli, mimo, że ona w latach i z dziećmi. I wspólnie już zbankrutowali, komornik położył łapę na wszystkim, także na mieszkaniu matki Kasztanowej Wdowy, która przepisała mieszkanie na córkę, bo prosiła, żeby było zabezpieczenie dla banków na pobranie kredytów. A chwilę wcześniej w trakcie operacji na zaawansowaną prostatę zmarł małżonek wdowy, człowiek drobny, sympatyczny i od lat sumiennie pijący, no chyba, że był sezon grzybowy, to wtedy całe dnie na grzybkach w lesie. Oboje zawsze uśmiechnięci, pogodni, można by sądzić, że dobre małżeństwo. Ale, pani, co ja z tego chłopa miałam? – skarżyła się po śmierci. Zaszczane spodnie. A czy on mnie gdzieś zabrał? Na spacer albo do kawiarni?  Kwiaty mi przyniósł? Powiedział, że ładnie wyglądam? Więc, kiedy grobowiec trochę ostygł, Kasztanowa Wdowa za namową Blond Wdowy zaczęła  uczęszczać na wieczorki pijąco-tańcujące dla samotnych, bo lubi potańczyć, a wtedy odkryła, że i wypić lubi. I zaraz potem pokazała się na kiosku kartka: poszłam do lekarza. I wisiała parę ładnych dni, aż sąsiedzi zaczęli się zastanawiać, co to za lekarz. A potem zaraz druga kartka z napisem urlop, ale nie było od kiedy i do kiedy. Urlop i już. Co się z nią dzieje? – pytano na osiedlu, aż w końcu jedna z najlepiej poinformowanych lokatorek zaczęła mówić na ucho: jaki urlop? Żeniucha ma i zażeniła się na amen. Żeniuch żonaty wprawdzie jest, ale twierdzący, że z żoną nie żyje od lat. No może to i prawdą jest, w końcu gdzieś razem przebywają, a tutaj ich nie widać.

Och, jakie to piękne – powiedziałam nieopatrznie – bo w końcu co ona z tego męża miała, tylko te zaszczane portki do prania, a marzenia całkiem inne przecież. Wreszcie tęsknoty zaspokoi i potrzebę piękna i czułości i oparcia na ramieniu silnym męskim. Może i ty byś na taki wieczorek poszła?

A co ty to mówisz? – usłyszałam od świeżej Wdowy Srebrnej. Mało jej było jednego? Weźmie, wycycka ją z pieniędzy i tyle tej miłości będzie.

BÓL decydowania

Droga nasza Matka Rodzona niesiona falą sąsiedzkich oraz rodzinnych remontów, postanowiła także u siebie takowy wykonać. Ma on być dogłębny, czyli generalny. I tak od wakacji trwa wędrówka po sklepach, supermarketach i składach budowlanych. Celem zapoznania się z ofertą oraz zdecydowania. Po powrocie z oglądania trwają wielogodzinne, nieustające dyskusje co do płytek, terakoty, paneli na podłogę, koloru przyszłych ścian, a nade wszystko – zawartości łazienki. Pytanie: wanna czy brodzik? doczekało się już wielu dyskusji, poglądów, rozważań, podsumowań, elaboratów, wykładów, wątpliwości i – niemalże dysertacji naukowych. Wyliczanie zalet jednego i zalet drugiego, a potem wad tychże wzajemnych i w porównaniu trwa i trwa. Na stojąco, na leżąco, na siedząco brać tę kąpiel, czy jeszcze jakoś inaczej?

W końcu, gdy termin przybycia fachowca niebezpiecznie się zbliżył, Matka Rodzona gnębiona powyższymi pytaniami przez ostatnie pół roku, podjęła decyzję:

A to weźmiemy co podleci.

NAPISano

W poniedziałkowy wieczór Teatr Tv zaszczyciła premierowa sztuka Geralda
Sibleyrasa "Napis" w reżyserii Wojciecha Nowaka. To komediodramat będący satyrą na tzw. poprawność polityczną.

Pewnego dnia w porządnej kamienicy
zamieszkałej przez samych porządnych lokatorów, pojawił się
wulgarny napis wyryty na ścianie windy, adresowany do pana Lebruna,
nowego mieszkańca domu. Postanawia on przeprowadzić prywatne
śledztwo i wykryć autora inwektywy.

Nie udaje się to, a nowi mieszkańcy starają się żyć normalnie. Zapraszają do siebie sąsiadów na wieczór, by się lepiej poznać. I rozmawiają, dyskutują, wymieniają poglądy. Wszystkie ociekają poprawnością, życzliwością i spokojem. Mówią: czarny, a nie murzyn, mówią: jesteśmy wszyscy Europejczykami nie ma gorszych nacji, mówią: ach dzieci! Do przyszłego ojca mówią: trzeba być przy porodzie, trzeba odciąć pępowinę, trzeba rozmawiać z przyszłym dzieckiem. Mówią: ach, co pan znowu z tą religią, jesteśmy społeczeństwem obywatelskim. Mówią: nie ma starości, jest wykluczenie, mówią, mówią…

Pusto, banalnie, nudno.

I tylko między poszczególnymi zdaniami, jak zjawa pojawia się ten napis z windy: Lebrun=kutas. Nie daje on spokoju panu Lebrun, który jest zupełnie niepoprawny politycznie i chce żyć normalnie, mieć swoje zdanie, poglądy, wybór.

Świetnie mi się to oglądało. Temat świeży, zajmujący. Pięknie, równo grający aktorzy, z dawno nie widzianą w Teatrze Tv panią Ewą Wiśniewską, mimo upływu lat ciągle małą, uroczą dziewczynką, i panem Grzegorzem Damięckim. Poza tym eteryczna pani Monika Kwiatkowska-Dejczer, pan Krzysztof Globisz, pan Jerzy Scheybal…

I tylko, nie wiedzieć czemu, zupełnie jak pan Lebrun do napisu w windzie, natrętnie wracałam do fryzury pana Krzysztofa Globisza, co do której w jednej z pierwszych scen powzięłam podejrzenie, że jest ufarbowana na głęboką czekoladę.

Ciągle jeszcze mnie dziwi, że mężczyźni farbują włosy. No, ale cóż – Europa…