Wdów w bloku coraz więcej.
Blond Wdowa od lat gotuje obiadki i przytula się do wdowca, którego poznała na cmentarzu, gdy myła mężowi nagrobek. On omiatał z jesiennych liści nagrobek żony i martwił się, że to już tyle lat, tyle lat… Bo cóż on miał, czterdziestkę zaledwie, troje dzieci odchowane, żona filigranowa i piękna, żyć już tylko przyjemnie i korzystać z dojrzałych lat. Ale pojawił się rak i wziął sobie pierś, jedną z tych, które tak chętnie pojawiały się w głębokich dekoltach. Zaglądali do nich natrętnie chłopcy z ósmej klasy, którzy zwykle chcieli siedzieć wyłącznie w ostatniej ławce, jak najdalej od nauczycielskiej katedry, a na rosyjskim nie, na rosyjskim wszyscy chcieli w pierwszej, tej na środku, bo przytykała do jej biurka.
Blond Wdowa została sama nagle i niespodziewanie, tuż po pięćdziesiątce, i – prezentując wąską talię i bujne biodra – nie miała już komu mówić: Popatrz jakie wcięcie. Zawsze fertyczna i uśmiechnięta z powodu i bez, musiała nagle przestać się uśmiechać. Ale wtedy, gdy przy grobach zaczęli rozmawiać o jakości knotów w lampkach nagrobnych, i gdy on pomógł jej jednego wydłubać z parafiny i zapalić, poczuła, że już można znowu pożyć. Zaprosiła go na kawkę, potem na zupkę i tak już zostało.
Wdowa Kasztanowa zawsze barwiła bujny włos na czerwono, jeszcze bujniejszy biust wypychała do przodu, bo w końcu na emeryturze, ale trzeba wyglądać, gdyż kiosk prowadziła z pełnym asortymentem. Kiosk jest własnością córki, która nabrała kredytów i lizingów, celem rozkręcenia firmy transportowej, ale mąż ją ponoć bił i go rzuciła. A w tej firmie poznała młokosa bardzo, bo dwudziestolatka i się zeszli, mimo, że ona w latach i z dziećmi. I wspólnie już zbankrutowali, komornik położył łapę na wszystkim, także na mieszkaniu matki Kasztanowej Wdowy, która przepisała mieszkanie na córkę, bo prosiła, żeby było zabezpieczenie dla banków na pobranie kredytów. A chwilę wcześniej w trakcie operacji na zaawansowaną prostatę zmarł małżonek wdowy, człowiek drobny, sympatyczny i od lat sumiennie pijący, no chyba, że był sezon grzybowy, to wtedy całe dnie na grzybkach w lesie. Oboje zawsze uśmiechnięci, pogodni, można by sądzić, że dobre małżeństwo. Ale, pani, co ja z tego chłopa miałam? – skarżyła się po śmierci. Zaszczane spodnie. A czy on mnie gdzieś zabrał? Na spacer albo do kawiarni? Kwiaty mi przyniósł? Powiedział, że ładnie wyglądam? Więc, kiedy grobowiec trochę ostygł, Kasztanowa Wdowa za namową Blond Wdowy zaczęła uczęszczać na wieczorki pijąco-tańcujące dla samotnych, bo lubi potańczyć, a wtedy odkryła, że i wypić lubi. I zaraz potem pokazała się na kiosku kartka: poszłam do lekarza. I wisiała parę ładnych dni, aż sąsiedzi zaczęli się zastanawiać, co to za lekarz. A potem zaraz druga kartka z napisem urlop, ale nie było od kiedy i do kiedy. Urlop i już. Co się z nią dzieje? – pytano na osiedlu, aż w końcu jedna z najlepiej poinformowanych lokatorek zaczęła mówić na ucho: jaki urlop? Żeniucha ma i zażeniła się na amen. Żeniuch żonaty wprawdzie jest, ale twierdzący, że z żoną nie żyje od lat. No może to i prawdą jest, w końcu gdzieś razem przebywają, a tutaj ich nie widać.
Och, jakie to piękne – powiedziałam nieopatrznie – bo w końcu co ona z tego męża miała, tylko te zaszczane portki do prania, a marzenia całkiem inne przecież. Wreszcie tęsknoty zaspokoi i potrzebę piękna i czułości i oparcia na ramieniu silnym męskim. Może i ty byś na taki wieczorek poszła?
A co ty to mówisz? – usłyszałam od świeżej Wdowy Srebrnej. Mało jej było jednego? Weźmie, wycycka ją z pieniędzy i tyle tej miłości będzie.