Kiedy myślę – Jerzy Kosiński pamięć budzi migawkę. Zapewne fragment dziennika TV: Kosiński na spotkaniu autorskim w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym. Po raz pierwszy od wyjazdu z Polski w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym. Po światowym sukcesie "Malowanego ptaka", zakazanego w kraju ze względu na antypolskość. Klasyczna semicka uroda, gęstwina czarnych włosów i ubranie: koszula tak nieskazitelnie biała, że w PRL-u nawet świeżo kupione nie były takie. Bezbłędnie skrojona czarna marynarka, elegancka i w dobrym gatunku. Chyba krawat. Biel koszuli była niepodważalnym dowodem wyższości ustroju kapitalistycznego nad socjalistycznym.
Nie poznałam nigdy "Malowanego ptaka", bo już, już ktoś miał mi go pożyczyć na chwilę, na przeczytanie, na jedną noc, ale zostawił w pociągu, pożyczył komuś innemu, zapomniał.
Nie żałuję. Nie gustuję w pornografii.
Pan Janusz Głowacki napisał powieść o przepięknym, melodyjnym tytule "Good night Dżerzi", który chce się powtarzać i powtarzać, by ciągle pieścił słuch. Książka jest w założeniu pisaniem dramatu, w którym pisarz usiłuje dojść jak było naprawdę, a szczególnie dlaczego ta wanna i worek na głowie.
To bywanie autora jednocześnie w Nowym Jorku, Moskwie, Czeczenii i w Polsce, doskonała znajomość realiów i topografii podawanych z najdrobniejszymi szczegółami, zachwyciła mnie od pierwszych stron. Wiem, choćby "Z głowy", że wiele podróżuje po całym świecie za swoimi spektaklami, że nie unika towarzystw przeróżnych, że ciągle poznaje i poznaje. Przy tym w książce ani słowem nie zachłystuje się samym sobą i własną pozycją. Jest pokora wobec życia, szlachetna jego zwyczajność, pogodzenie z nią. Ale też z każdego słowa wypełza smutek, smuteczek rozlany, rozlewisko smutku, melancholia może. Co nie wyklucza dowcipu i śmiechu, ale to bardziej ironia, niż rechot.
I jest Jerzy Kosiński, który usiłuje lśnić, błyszczeć i wibrować w każdej chwili, w każdej sytuacji. Zakochany w sobie, zachłyśnięty sobą, zrobi wszystko, żeby wypłynąć, pokazać, że oto ja. Ja. Kłamie, kreuje rzeczywistość. Rozlewa kłamstwa wokół siebie jak klej, albo słodki sos. Wszyscy w nich utkną, ale on najbardziej. A jeśli ktoś zgłasza uwagi oraz wątpliwości natychmiast przywołuje własny Holokaust i zamyka usta krytykom. Do czasu. To lśnienie kosztuje coraz więcej i więcej, i w końcu trzeba zapłacić cenę najwyższą za lśnienie wieczne.
Czytałam i czytałam, i nie mogłam się nadziwić jak ci dwaj panowie pięknie do siebie pasują, jak przenikają się wzajemnie. W końcu nie jestem już pewna, czy to Kosiński prowadzi Głowackiego, czy Głowacki Kosińskiego…
Skończyłam. Zamknęłam książkę.
Pocałowałam czarną okładkę.
Czyli autora w książkę.