Przez DZIKA

Właściwie drogi wiodące przez las wydawały mu się zawsze najbezpieczniejsze. Bo to ani samochód nie wyskoczy z gęstwiny, ani człowiek nie wychynie. No, może poza zbieraczami grzybów i jagód, którzy wylegują się na poboczach w letnim sezonie.

Myślał tak, aż do wczoraj.

Pięknie sobie jechał sto dwadzieścia na godzinę. Sucho, słonecznie. Konwersowali zajmująco z pasażerem.

Aż tu z gęstwiny wypadł dzik. Nagle, niespodziewanie i bardzo szybko. On nie biegł przez drogę do lasu po drugiej stronie. On tam gnał na złamanie karku.

Bezskuteczny pisk hamulców, skręt kierownicą. Auto skasowane, dzik padł trupem na miejscu.

Telefon pod sto dwanaście. Czekanie na straż pożarną z nożycami, bo z zaklinowanego auta nie można się było wydostać.

Cud, że im obu nic się nie stało.

I wtedy nagle wypadło z lasu dwóch myśliwych ze strzelbami przed sobą. Obejrzeli padłe zwierzę, podbiegli do zniszczonego samochodu. Jeden nachylił się do wybitego okna i spytał:

A drugiego pan nie widziałeś?

Więc PIEKŁO

Śpię w swoim łóżku przewygodnie i smacznie. Nie wiem, skąd się nagle bierze ten wiatr i wieje mi prosto w plecy. To właściwie wichura, a potem huragan. Trzymam się łóżka z całych sił, by mnie nie wywiało. Ale zarazem wcale nie mam zamiaru zeń uciekać, rozglądać co się dzieje, ani wstawać. Tkwię pod kołdrą, szarpaną podmuchami. Usiłuję zasnąć.

Czuję, że ktoś pcha mi się do łóżka. Ukryj mnie, ukryj mnie – słyszę za plecami. Odwracam się. To Ojciec Rodzony w kompletnym negliżu. Zmieszana sytuacją wstaję, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy tam ukrywali się razem. Potem wszystko cichnie, zapala się żarówka i w ciepłym świetle dociera do mnie, że to  szatański huragan. Sufit w ruinie, pozrywane kawałki ściany, a na stoliku kawowym w czarnej pelerynie podbitej czerwienią siedzi rasowy diabeł.

Potem jestem u przyjaciół w ich domu za miastem, bo zabrali mnie celem dalszej ucieczki. Oni się pospiesznie pakują, ja jeżdżę po podwórku dziecinną spacerówką.

Budzę się zupełnie spokojna. Ach, to sen tylko przecież koszmarny. Nagle zdaję sobie sprawę, że Ojciec Rodzony nie żyje. Dokładnie w tym momencie jego ciało wybucha jak granat.

Kosiński w Głowackim

Kiedy myślę – Jerzy Kosiński pamięć budzi migawkę. Zapewne fragment dziennika TV: Kosiński na spotkaniu autorskim w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym. Po raz pierwszy od wyjazdu z Polski w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym. Po światowym sukcesie "Malowanego ptaka", zakazanego w kraju ze względu na antypolskość. Klasyczna semicka uroda, gęstwina czarnych włosów i ubranie: koszula tak nieskazitelnie biała, że w PRL-u nawet świeżo kupione nie były takie. Bezbłędnie skrojona czarna marynarka, elegancka i w dobrym gatunku. Chyba krawat. Biel koszuli była niepodważalnym dowodem wyższości ustroju kapitalistycznego nad socjalistycznym.

Nie poznałam nigdy "Malowanego ptaka", bo już, już ktoś miał mi go pożyczyć na chwilę, na przeczytanie, na jedną noc, ale zostawił w pociągu, pożyczył komuś innemu, zapomniał.

Nie żałuję. Nie gustuję w pornografii.

Pan Janusz Głowacki napisał powieść o przepięknym, melodyjnym tytule "Good night Dżerzi", który chce się powtarzać i powtarzać, by ciągle pieścił słuch. Książka jest w założeniu pisaniem dramatu, w którym pisarz usiłuje dojść jak było naprawdę, a szczególnie dlaczego ta wanna i worek na głowie.

To bywanie autora jednocześnie w Nowym Jorku, Moskwie, Czeczenii i w Polsce, doskonała znajomość realiów i topografii podawanych z najdrobniejszymi szczegółami, zachwyciła mnie od pierwszych stron. Wiem, choćby "Z głowy", że wiele podróżuje po całym świecie za swoimi spektaklami, że nie unika towarzystw przeróżnych, że ciągle poznaje i poznaje. Przy tym w książce ani słowem nie zachłystuje się samym sobą i własną pozycją. Jest pokora wobec życia, szlachetna jego zwyczajność, pogodzenie z nią. Ale też z każdego słowa wypełza smutek, smuteczek rozlany, rozlewisko smutku, melancholia może. Co nie wyklucza dowcipu i śmiechu, ale to  bardziej ironia, niż rechot.

I jest Jerzy Kosiński, który usiłuje lśnić, błyszczeć i wibrować w każdej chwili, w każdej sytuacji. Zakochany w sobie, zachłyśnięty sobą, zrobi wszystko, żeby wypłynąć, pokazać, że oto ja. Ja. Kłamie, kreuje rzeczywistość. Rozlewa kłamstwa wokół siebie jak klej, albo słodki sos. Wszyscy w nich utkną, ale on najbardziej. A jeśli ktoś zgłasza uwagi oraz wątpliwości natychmiast przywołuje własny Holokaust i zamyka usta krytykom. Do czasu. To lśnienie kosztuje coraz więcej i więcej, i w końcu trzeba zapłacić cenę najwyższą za lśnienie wieczne.

Czytałam i czytałam, i nie mogłam się nadziwić jak ci dwaj panowie pięknie do siebie pasują, jak przenikają się wzajemnie. W końcu nie jestem już pewna, czy to Kosiński prowadzi Głowackiego, czy Głowacki Kosińskiego…

Skończyłam. Zamknęłam książkę.

Pocałowałam czarną okładkę.

Czyli autora w książkę.

Sto procent USPOŁECZNIENIA – przygarść szczegółów

Dwa piętra niżej pisałam o radnym, który nie powinien wystartować w wyborach do rady gminy, bo był dwukrotnie skazany. Droga Es przy stole świątecznym ujawniła co smakowitsze kąski z pierwszego posiedzenia rady, na którym powyższe się okazało za pomocą wyciągu z Centralnego Rejestru Skazanych.

Niby-radny za cóż był skazanym po raz pierwszy? Za prowadzenie samochodu pod wpływem pijactwa. Odebrano mu prawo jazdy. Za cóż był on skazanym po raz drugi? Za prowadzenie auta bez prawa jazdy, odebranego za prowadzenie po alkoholu.

Czym przyjechał na pierwsze posiedzenie rady gminy, nie mając prawa jazdy?

Autem, którego mu niestety nie odebrano.