Wigilijna opowieść

Wczoraj Teatr Tv przypomniał realizację spektaklu pana Adama Drabika w reżyserii pana Piotra Trzaskalskiego, pochodzącą z roku 2000.

Jak święta długie i szerokie, corocznie przypomina się jeden z kilku żalaznych spektakli, nawiązujących tematyką do obchodów Bożego Narodzenia. Z tych kilku ten jest najwdzięczniejszy i mi najbliższy. Bez napinania się, bez sreberka, anielskich włosów i brodatych Mikołajów. Za to z przestronnym mieszkaniem w starym domiszczu, kredensem kuchennym z szybkami i kaflowym piecem. I z ludźmi, którzy są dobrzy z natury, tylko dogadać się nie umieją. O uczuciach nie umieją, o potrzebach nie umieją, o tym, co im przeszkadza w drugiej osobie także. Więc siłą, więc pretensją, więc upiciem demonstrują, że coś ich uwiera. 

Tutaj także.

Młode jeszcze małżeństwo w nieustającym konflikcie. Także przed samą Wigilią. I tu stary chwyt: jak rodzice się kłócą, dziecko ucieka. Poszukiwanie dziecka, martwienie się nim pozwala na refleksję nad sobą i postępowaniem wobec drugiego. I czarodziejska różdżka świąt ustawia wszystko we właściwy sposób. Spokój, zgoda, miłość.

A jak się nie potrafi powiedzieć, to trzeba napisać…

Cała czwórka główna aktorów: panie Stanisława Celińska, Katarzyna Herman i panowie: Tomasz Zaliwski, Andrzej Chyra – zagrali dokładnie tak, jak trzeba. Prosto i szlachetnie.

Złapałam świąteczny nastrój.

Wynocha

To chwilowo puste mieszkanie na najwyższym piętrze sprawia od drzwi dobre, przytulne wrażenie. Wejście z klatki schodowej,  zatrzymanej w latach sześćdziesiątych, kiedy blok powstał, pachnącej piwnicznymi myszami, z wypastowanym gresem na schodach i kwiatami na półpiętrze, daje poczucie bezpieczeństwa mieszkań naszych rodziców. Industrialny widok z okien na oddalone osiedla wieżowców, przecięty miejską trasą szybkiego ruchu, z której szum samochodów wdziera się nienachalnie do mieszkania, ma swój urok. Wiesz, że to centrum miasta. Jest ciepło, cicho, atmosferycznie, komfortowo. Chce się tu zostać na zawsze.

I tylko zapadający zmrok zaczyna budzić twoje wątpliwości, co do tego zostania. Nie wiadomo jak, nie wiadomo dlaczego to mieszkanie z każdą godziną staje się bardziej puste. Zaczyna nad tobą panować. Delikatnie cię wyprasza. Chce zostać samo.

A może z tymi, którzy tu kiedyś mieszkali…

TANGO Jerzego Jarockiego

Najpierw pomyślałam: O, jak fajnie! Grają aktorzy, którzy co do jednego sprawiają na mnie wrażenie sympatycznych, ciepłych ludzi.

Potem pomyślałam: O matko kochana, przecież pan Sławomir Mrożek popełnił ten dramat kilkadziesiąt lat temu, a słucham jakby pisał o dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Wyostrzam uwagę na każde słowo, każde zdanie, bo nie ma ważnych i nieważnych. Wszystkie istotne, wszystkie coś mówią. Nawet każda litera.

A jeszcze potem: Cóż za fascynująca gra! Jak wycyzelowany każdy gest, każdy ruch, każdy grymas twarzy. I jeden z moich ulubionych aktorów, którego od lat podejrzewam, że wybitny, bo "Pręgi", bo "Kontrym",  pan Jan Frycz jako Stomil, trochę prostak, trochę obwieś, trochę abnegat, trochę konformista, trochę tchórz, trochę kabotyn, trochę anarchista… I pan Grzegorz Małecki w roli Bolka. Jakby cwaniaczek z Pragi, ale cichy i podporządkowany formie. Takie ziarnko piasku w bucie. Niby je czuć, ale iść można. I potem, kiedy po zabójstwie Artura wkłada jego marynarkę, jedyne słowo które mi się nasuwa to, że czyni coś  n i e s t o s o w n e g o.

I na końcu: Cóż za krystaliczny teatr. Nawet jakby stłuc na drobne kawałki, to i tak każdy z nich będzie kryształem. 

No i ten szlif!

SPOKO starzy

Wsiedli na przystanku przy uniwersytecie. Młodzi, dobrze ubrani mężczyźni z torbami na ramieniu. Studenci. Usiedli zaraz za mną i jeden powiedział: Przedwczoraj byłem u Patryka na melanżu. Siedzimy, pijemy wódkę. Byliśmy już ostro najebani, tak koło trzeciej musiało być. Weszła starsza Patryka i mówi: A Patryk gdzie? Padł – powiedziałem – i poszedł spać. A to ciota jedna – odpowiedziała starsza i wyszła. No i popatrz, Patryk padł, a jego młodszy brejdak pił z nami dalej.

A ile on ma lat? A z szesnaście.

Chwila ciszy.

I z podziwem: Ale spoko starych ma Patryk, nie?

Książka TWARZY Bieńczyka

Dobry tytuł. Pasujący jak ulał. Tak, to jest wprawdzie książka, ale najważniejsza w niej jest twarz autora, pana Marka Bieńczyka, laureata tegorocznej nagrody literackiej Nike.

Już kiedyś miałam przed oczyma książkę o pięknie codziennych prostych czynności. To "Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności" Philipe’a Delerm’a. Ale tu jest znacznie więcej.

Wsuwam nos do książki, czytam pierwsze zdania i od razu przepełnia mnie wrażenie, że obcuję z czymś delikatnym, ulotnym, absolutnie pięknym. To język pana Marka. Pisze o sporcie w najróżniejszych jego odmianach, sporcie, który był sensem i istotą jego dzieciństwa i młodości. Językiem porozumienia z ojcem, pięknem dni. Pisze o tym z taką czułością, ciepłem, pasją, że nawet pan Jerzy Pilch, kibic oddany, zapalony i wierny, tak nie potrafi. Pieczołowitość z jaką podaje nam swoje wspomnienia jest najwyższej próby. Znacie to uczucie, gdy w dłoniach ma się garść puchu? Takie samo jest wrażenie czytelnika: sugestia, że w życiu nie ma nic delikatniejszego i ważniejszego. Przewrotnie sugeruje, że to baza na której można się oprzeć i która decyduje, jak będzie się traktowało wszystko, co przydarza się w życiu. Oparcie w ulotności.

Dalej się okaże, że w życiu dorosłym autor postawi na wszystko, co nietrwałe. Spróbuje to opisać, zgłębić, poznać i – zatrzymać, tak, jak tego jest godne. Wiemy przecież, że pan Marek Bieńczyk jest znawcą win, autorem książki o winach. Czyli – smak, wrażenia, czucie.  Z "Książki twarzy" wiem też, że jest znawcą perfum, melancholii, wampirów, twarzy, deserów…

Desery… Jak to zwykle ze mną bywa, każdy autor po trosze objaśnia mi mnie samą. I tu, pisząc o deserach, które mogłyby być dla mnie głównym pożywieniem, wyjaśnia ten fenomen tak oto: "Cud i dar deseru polegają na tym, że jest on niekonieczny do przeżycia i wnosi w nasze istnienie to właśnie: nieużyteczność. I ta wspaniała zbędność jest duchowym a nie tylko dosłownym luksusem." "Deser sprawia, że puszczamy w niepamięć to, co w czynności jedzenia jest niezbędnego, zatem ponurego i śmiertelnego; godzi nas z życiem, z tym, co w nim boskie i wywołuje nasz uśmiech. Pozbawienie dziecka deseru jest największą karą, pozbawia się go pocieszenia, które pozwala zapomnieć o tym, co jest w nim z małego zwierzątka."

Wino…"Wino jeszcze bardziej niż wszystko inne przewodzi cudownie zbędnemu doznaniu – tak jak może przewodzić piękny wers, dobrze postawione zdanie, które trwa od kropki do kropki, bez względu na to co je poprzedza i co po nim następuje. Wino jest dostawcą wielkiego doznania, nic przeto dziwnego, że musi zniknąć(…)".

To eseje trudne w czytaniu, erudycyjne. Ale szczególnie niezwykłe są opisy ludzi. Czujesz jak spomiędzy liter, słów i zdań wysnuwają się nitki ciepła i oplatają cię aksamitem błogostanu. Tak umieć opisać podziw i zachwyt dla Jana Karskiego, Kazimierza Górskiego, Leo Beenhakkera, Chandlera i języka jego kryminałów, ech…

Aż głupio dotykać tego piękna zwykłymi słowami, które tutaj. Najlepiej byłoby opisać nie używając żadnych. Przez czucie. Czujesz to? – pytałam kiedyś przyjaciół. To był wytrych na wszystko, co zachwycało, bawiło, zadziwiało. Dziś też powinnam tego użyć.

Czytelniku, czujesz to?

Poczuj.