BIGda

Premiera spektaklu "Bigda idzie!" według powieści Kadena-Bandrowskiego w adaptacji i reżyserii pana Andrzeja Wajdy premierę miała w roku 1999. Był to spektakl mocno niepokojący, skoro pamiętam go tyle lat jako coś fascynującego i przerażającego. Już wtedy okazał się proroczy, bo za niewiele lat przerabialiśmy tę samą sytuację w ówczesnej polityce… I do dziś przerabiamy.

Wczoraj powtórka w Teatrze Tv. I ciąg dalszy sztuk z rewelacyjnymi rolami pana Janusza Gajosa.

Aktor, sprawiający na mnie nieodmiennie wrażenie człowieka nieśmiałego, delikatnego, wrażliwego i introwertycznego, tu jako cyniczne chamiszcze. Aroganckie, podejrzliwe, po chłopsku silne i tępe. Przerażająco-fascynująca mieszanka.

Szczególnie wyraziście w tym zestawieniu dotarła do mnie słabość, naiwność, bezradność tych wszystkich dobrze wychowanych i wykształconych. Nie dlatego, że tacy są, a dlatego, że zasady i uczciwość nic nie znaczą w zestawieniu ze sprytem i siłą prostaka. Scena, gdy hrabia Lachowski – pan Olgierd Łukaszewicz na kolanach błaga Bigdę o wystawienie go do  prezydentury, wstrząsająca. Jedyny sprawiedliwy – Mieniewski, grany przez pana Mariusza Bonaszewskiego, ech…

Świetne role. Ale jakież one mają być, skoro prowadzi mistrz Wajda? Wyrazista współpracownika Bigdy –  Deptuły kreowanego przez pana Krzysztofa Globisza. Prostolinijna marszałka Stachowskiego – pan Andrzej Seweryn. Wszyscy piękni, z klasą.

Wszyscy – pod nóż.

Język GIĘTKI

Byłam poszła do sklepu, jakby mnie noga nie bolała – mawiała moja babcia. Byłam kupiła chleb, ale nie dowieźli. Byłam narwała wiśni na kompot, ale. Byłam nazbierała jagód, ale zaczął padać deszcz.

Nie poszła do sklepu, ale – była.
Nie kupiła chleba, ale – była.
Nie narwała wiśni, ale – była.
Nie nazbierała jagód, ale – była.

Jedno przeczy drugiemu.
I wcale mi to nie przeszkadza.
Dzięki temu mam pewność, że – była.

PERspektywa

Siedzieli rozparci na odwróconych do siebie siedzeniach, konwersowali
kulturalnie. Starsze i młodsze panie kołysały się obok nich i nad nimi,
bo tłoczno było cokolwiek. Nareszcie – klapnęła obok mnie, gdy w końcu podnieśli swoje cztery litery trzej bardzo młodzi panowie. Wysiadali na przystanku przy uczelniach. Pewnie studenci.

Pani popatrzy – powiedziała – co to za wychowanie teraz, co to za chamstwo! Wczoraj moja mama jechała do szpitala, serce chore, osiemdziesiąt lat. Też tacy siedzieli. Żaden się nie ruszył. A i ja bym chciała posiedzieć, zmęczona jestem. Córka do pracy wróciła, pielęgniarką jest. Dwa lata była na wychowawczym, a teraz ja się zajmuję młodszym wnukiem. Pani, a co to za dziecko! Wszystko umie, ten komputer to włącza i wyłącza, robi co chce, w jakieś gry gra. Córka, jak wychodzi, mu nastawi i ma go z głowy. On tak całymi godzinami. Ja to się tego komputera boję, nie umiem mu tego ustrojstwa wyłączyć. A jak próbuję go odciągnąć za rękę, to piszczy i wyje, że aż wstyd przed sąsiadami. Raz to nawet z komórki do ojca za granicę zadzwonił. Jak on sobie ten numer nakręcił, to nie wiem. Tylko siedział i sapał w tę słuchawkę. Zięć się przestraszył, że coś się stało, bo się nie odzywał. Aż potem zadzwonił do córki do pracy, co się z dzieckiem dzieje.

Może trzeba z nim wyjść na dwór, taka piękna pogoda, koledzy się jacyś znajdą, niech się pobawi – sugeruję nieśmiało. Pani, ja go na działkę zabieram, ale pani wie, tam nic zrobić nie mogę, bo on tylko na górkę i ze z górki, na górkę i ze z górki. Muszę go łapać, bo by się przewrócił. To może niech mu pani da coś lekkiego do zrobienia, na przykład grabienie. Pani, jak mu dałam nawóz do posypywania, to cały worek mi w jednym miejscu wysypał! Co miałam potem zbierania… No to rzeczywiście – mówię.

Nie współczuję. Sami sobie winni. Nie mają pojęcia o wychowywaniu dzieci. Za to dziecko ma świetne pojęcie o wychowaniu sobie dorosłych. A córka, to się nim wcale nie zajmuje, tylko mu coś włączy, aby mieć z nim spokój. I on tak godzinami przed telewizorem, albo videem. Mówię jej: zajmij się, pobaw się z nim. Ale ona nie słucha.

No, pomyślałam, nie dziwię się. Zdaje się, że w tej rodzinie taka tradycja.

A teściowa mieszka bliziutko, na drugiej ulicy, ale wnukami się nie zajmie. A to na spotkanie, a to do lekarza, a to na zakupy, a to goście, a to pranie. Wszystko wymyśli, byle mieć spokój święty. A ja to muszę przez całe miasto jechać. Już mam tak dosyć… I jeszcze się do żadnego przedszkola nie dostał. Córka składała do trzech, nie przyjęli w żadnym, złożyła odwołania, ale czy co z tego będzie?

Spojrzałam z ukosa. Chuda, żylasta, śniada, z krótkimi włosami bez farby, trwała na drobne wałki. Bezkształtne, skromne ubranie w niebrudzących kolorach.

Hoduje kolejne pokolenie młodych byczków które, jak za parę lat będzie jechać do szpitala z chorym sercem, nie ustąpią jej miejsca.

I nawet o tym nie wie.

Uciekaj, uciekaj, bo cię wiatr zatrzyma…

Pamiętam jaka była szczęśliwa, gdy wreszcie kupili ten kawałek ziemi, na którym miał wyrosnąć ich dom.

Stanęłyśmy na nim.

Zdjęłam sandałki i całą swą wrażliwość posłałam do stóp. Chciałam poczuć.

Chciałam wiedzieć. Spytałam: Jakie to jest uczucie?

To jest takie uczucie, że żeby nie wiem co się działo, nikt cię już stąd nie wyrzuci. Choćby to była tylko ziemia, jest to twoja ziemia. Twój osobisty fragment wszechświata.

Urósł przepiękny dom na lekkim wzgórzu, z przestronnym widokiem na okolicę, góry, lasy, zieleń, trochę domów w malowniczej oddali.

Był coraz bardziej zadbany, wygodny i komfortowy. Ogród, trawniki, krzewy, drzewka. Wszystko, o czym można zamarzyć.

Szybko przestali się nim cieszyć. Spowszedniała możliwość posiedzeń pod gwiazdami na tarasie lub przy ognisku.

Nie wiadomo dlaczego.

Coraz częściej wyjeżdżali. Gdziekolwiek, kiedykolwiek, choćby na chwilę. Byle dalej. Wszyscy. W idealnej zgodzie. Niechby tylko ktoś dał sygnał. Pakowanie w biegu. I – w drogę.

Trzeba mieć od czego uciekać.

Nie WYPADA

Akurat ktoś zwolnił miejsce tuż przy niej. Starsze panie zwykle chętnie korzystają z takiej możliwości. Ona – nie. Trzymała się drążka i patrzyła uważnie w głąb autobusu. Był średnio zatłoczony. Obok mnie siedzącej, w wąskim przejściu stały dwie śliczne, drobne dziewczyny z plecakiem i torbą. Ani chybi studentki po weekendzie wracające. Ona opuściła wygodne miejsce przy drzwiach i podążyła w ich stronę. Z trudem ustąpiły jej miejsca, bo ciasno i plecak na plecach. Chciałam tylko przejść – powiedziała, ale nie przeszła. Utknęła obok nich. Może pani usiądzie? – odsunęła się od wolnego miejsca ta z plecakiem. Nie, postoję – powiedziała i zaczęły rozmawiać. Zamyśliłam się. To dziwne – pomyślałam – każdy szuka luzu, a ta pcha się tam, gdzie najciaśniej. Niektórzy lubią wisieć komuś na plecach. Nie zwracałam już na nie uwagi.

Niech mi pani odda mój portfel – nagle stanowczym głosem powiedziała jedna śliczna. Ja nie mama żadnego portfela – powiedziała starsza. Śliczna oglądała własną otwartą torebkę. No nie ma – pokazała zawartość. Pani mi grzebała przy zamku!

Poczułam, że młoda zachowuje się nietaktownie. Jak można oskarżać człowieka nie złapawszy go za rękę – pomyślałam. Mnie by to do głowy nie przyszło. Raczej zastanawiałabym się, czy gdzieś nie wyrzuciłam przypadkiem, zostawiłam, zapomniałam.

Niech pani otworzy swoją torbę – zażądała śliczna. Starsza pani rozsunęła zamek. Ten? – spytała pokazując własny, czarny portfel. Nie, nie ten.

Co za wstyd – pomyślałam. Jak one mogą tak? Robią kobiecie rewizję, nie mając do tego żadnego prawa! Dlaczego ona się nie broni? Przecież nie musi niczego pokazywać.

Niech pani opróżni kieszenie – rozkazała śliczna delikatnym głosem. Starsza się nie ruszyła.

Dobrze – pomyślałam – zna kobieta swoje prawa.

Niech pani pokaże kieszenie – powtórzyła – albo dzwonimy na policję. Jej koleżanka już zaczęła wystukiwać numer na komórce. Oj dziewczyny, dziewczyny – powiedziała cichym, zrezygnowanym głosem starsza. Zrobiła gwałtowny w tył zwrot i wybiegła przez otwarte na przystanku drzwi. Na podłodze leżał portfel. Śliczna podniosła go i sprawdziła zawartość. Pieniędzy nie brakowało.

Co za brak wyczucia – pomyślałam o starszej z pogardą. Mnie, z moim wypada nie wypada, zupełnie bezkarnie mogłaby okraść.

Pani KRAWCZYNI

Udałam się do Pani Krawczyni ze spódnicą do skrócenia. Spódnica ze sztruksu z podszewką, z fabryki. Wiem, że odbiorę spódnicę ze sztruksu z podszewką, z fabryki tyle, że krótszą. Podłożenie będzie wykonane dokładnie tak, jak było fabrycznie. Tyle, że spódnicy będzie mniej.

Chodzę do Pani Krawczyni jak w dym, gdyż jest ona zawodowcem wielkiej klasy. W dodatku zawsze z przyjemnością bierze nawet najdrobniejsze szmatki do przeróbek. Nie marudzi, nie rzęzi, nie wydziwia, sugerując, iż jest wyłącznie do wiekopomnych rzeczy stworzona. Uśmiechnięta, dowcipna, pospina szpilkami co trzeba, pozaznacza, a jak trafi się coś trudniejszego, np. zwężenie marynarki w ramionach, to popatrzy, popatrzy i powie: Muszę pomyśleć. Nie zawraca klientowi głowy, że trudno, że nie wiadomo jak, sugerując, żeby poszedł gdzie indziej, czyli się odczepił. Wiadomo, że pomyślawszy – wymyśli. Jest inteligentna.

Kiedyś rozmawiałam z nią o jej fachu, wyczuwając, że to równocześnie jej pasja. Powiedziała, że zawsze chciała szyć, ale w międzyczasie pracowała w tylu zawodach… Wszędzie była nieszczęśliwa, zmieniała i zmieniała… Szycia nauczyła się z książek oraz podpatrując inne krawcowe. Ha! Nie ma ucieczki przed pasją. Dopadnie cię zawsze w każdych okolicznościach, nawet po latach. Ta nieuchronność jest piękna, bo do śmierci będzie ci przypominać, że czeka…Czeka na ciebie. Inaczej umrzesz z poczuciem niespełnienia i przekonaniem, że byłeś nieszczęśliwy.

Ona nie chce tak umrzeć.

Teraz Pani Krawczyni siedzi sobie w niewielkim lokaliku w oficynie jednej ze śródmiejskich kamieniczek i szyje. Siedzą tam zazwyczaj też sąsiadki, które przychodzą na plotki, herbatki lub na skargę. To ich pasja.

Spotykam tam też mamę Pani Krawczyni, która jej pomaga trochę, fastryguje, sprząta, układa na półkach. Generalnie – przebywa, bo jest miło tam przebywać. Wysoka, szczupła, ma srebrne, krótkie włosy. Mają tak z siedemdziesiąt lat. One się zmieniały, ale ona… Gdy założyłam rzeczoną spódnicę, a Pani Krawczyni rzuciła się na kolana, by szpilkami zaznaczyć ile skrócić, jej mama z mocą rzekła: Tak! Trzeba się odmładzać! Skracać, zwężać. Nie będziemy przecież chodziły jak stare ciotki!

BOULEVARD VOLTAIRE

Od jakiegoś czasu przyglądam się twórczości pana Andrzeja Barta. Czytam recenzje jago książek, czasami entuzjastyczne, ale… Myślę, że nie. Że jeszcze nie. Nie do końca przekonana, że trzeba kupić i zacząć czytać autora.

Wczoraj w Teatrze TV sztuka jego autorstwa i reżyserii "Boulevard Voltaire". Brzmi z francuska, dzieje się w Paryżu, przymusiłam swój organizm do czuwania, choć co to za przyjemność oglądania, jak trzeba fizjologię przymuszać.

Już pierwsze sceny ni to w sepii, ni czerni-bieli z mocnymi chwilami akcentami kolorystycznymi mnie – uwaga! piękne słowo – zafrapowały. A potem państwo Ewa Wiśniewska, jako pani Z. I Janusz Gajos jako pan R.. Pani Z. jest wiekową kobietą pochodzenia żydowskiego, świetnie sytuowaną, niewymuszenie piękną i elegancką, co potrafi tylko pani Ewa Wiśniewska. Zwiąże włosy czarną aksamitką, założy sznur pereł i – już. Pan R. przychodzi naprawić kran i nagle okazuje się, że nieobca jest mu muzyka poważna, malarstwo, sztuka. Taki hydraulik, który zyskuje przy bliższym poznaniu, gdyż jest nim przebrany poeta. Twierdzi, że nadal pisze, wydaje na własny koszt. Lecz Francja się na nim nie poznała, choć w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym, kiedy znalazł się w Paryżu… Ech, tyle było nadziei.

Pani Z., poproszona o kilka słów o sobie, mówi w pewnym momencie, że jej mąż był znakomitością w ekonomii. Och, jakże mi się to rzadko używane a niezwykle pojemne słowo, spodobało. Bo "znakomitość" może znaczyć wszystko: i profesora, i bankowca, i ministra.

Zawiązuje się uczucie, które jest nie do końca akceptowane przez otoczenie. Gdyż: w twoim wieku? z twoimi pieniędzmi? z gojem?

No i ta cholerna historia.

W roli służącej pani Ewa Ziętek. Od czasu "Alternatywy 4", gdzie jako gospodyni profesora, wyśpiewywała w drodze do śmietnika "Mam ochotę na chwileczkę zapomnieniaaa…", wymachując wiadrem,  wyspecjalizowała się w rolach obcesowych służących. Jest w nich bezapelacyjną mistrzynią i jak tylko pojawia się na ekranie, ja już się cieszę. Bo znowu coś chlapnie, coś rozwali, posunie się za daleko. Jest cudownie bezczelna i prostacka.

Spektakl jest powolny, stworzony dla i przez ludzi w wieku, kiedy się już nie trzeba śpieszyć. Piękny, malarski, estetyczny.

Proszę więcej tak powoli i ze smakiem.

Czyli jednak Bart?

Miasto PRZED ŻYCIEM

Nie ma to jak pójść do pracy poza miejscem codziennego pracowania. Taka delegacja. Się wypełni obowiązki, a potem już dziękujemy bardzo to wszystko. I nagle kilka wolnych godzin z nieba.

Jak długie one są i jak pojemne.

Jak się można naobserwować i nazachwycać.

Jak miasto jawi się w innym – nieznanym i świeżym świetle.

Jak jest różne przed południem od tego popołudniowego.

Jak wreszcie dociera do człowieka, że to nie tylko te tłumy w miejskiej komunikacji i korki na drodze.

Że ludzkość przedpołudniowa to zupełnie inna ludzkość.

Jak przepysznie jest sycić oczy tymi górami świeżych pączków, jeszcze nietkniętych, jak cudne są pełne blachy kolorowych, starannie robionych ciast w „Ambasadorze”. Kiedy jeszcze żaden nóż ich nie naruszył.

I niczego nie kupować.

Jak miło się widzi artystów, podążających powoli deptakiem do procesów twórczych, z papieroskiem, zniszczoną/zmęczoną fizis i w jesionce uwalanej kocią sierścią. Albo w
charakterystycznej czapce gawrosza tego pana plastyka, malarza i grafika, scenografa WOŚP. Albo w spodniach w niewyraźne czarno-purpurowe pasy, granatowej kurtce stylizowanej na marynarski mundur, z torbą przewieszona przez tułów i zalegającą na pupie. Odwrotnie, niż u starszych pań, trzymających je na brzuchu, gdyż złodzieje. Bo cóż można ukraść artyście? Talent?

Nieodmiennie piękni, jak to bohema.

Jak fajnie się obserwuje wiekowe matki rodzin, z reklamówkami pełnymi cielęcinki dla wnuczka, ekologicznej marchewki z bazaru, różowych, atłasowych biustonoszy z monstrualnymi miseczkami, dwudziestoma bułeczkami podszytymi wiatrem i mielonym na mielone dla całej rodziny na dwa dni.

Taka ładna była ta łopatka, wzięłam dwa kilo, żal było zostawić. Przyjdą dzieci, wnuki, zjemy. Kartofelków się dogotuje, słoik otworzę z kiszonymi, sama robiłam, trzeba pozjadać, bo słoiki potrzebne zaraz na nowe. Szarlotkę upiekę, jabłka też mam w słoikach, to co to za robota zagnieść, na blachę i do pieca. Wnuki się zajadają, to i do domu po kawałku dam. A resztę się zamrozi, będziemy mieli z mężem wyciąganie.

Jak one zaludniają komunikację miejską jednorodnie. I wszystkie mają siedzące.

Zupełnie inaczej, niż wygarniturowani urzędnicy poranni i popołudniowi.

Pisk, ścisk, niekultura i wszystkie siedzące dawno zajęte. Na początkowych.

Tak widzę na co dzień moje miasto. I podoba mi się bardziej tamto nie moje.

Jak wszystko, co inne.