Pan Jacek Hugo-Bader to badacz życia dożylny z metodą dokopywania się do jego dna poprzez uczestniczenie i rozmowy z ludźmi znanymi i nie, lubianymi i nie, zwykłymi i nie. Badacz zjawisk, terenów, historii ekstremalnych. Wyszła właśnie „Skucha”, zbierająca historię dudziestopięcioletniej Polski poprzez życiorysy ludzi podziemnej „Solidarności”. Chwilami jakby powieść łotrzykowska.
To smutne, dramatyczne, czasem tragiczne historie ludzi, którzy ofiarnie oddali swoje siedem i pół roku życia dla urzeczywistnienia idei pięknej – wolności i niepodległości ojczyzny. Co osiągnąwszy – zajęli się zwykłym życiem, które okazało się niepiękne: trudne, okrutne i niepieszczące. Niesprawiedliwe, choć wydawałoby się, że sprawiedliwie byłoby właśnie ich wynagrodzić. Bo się należy, bo dla równowagi… Nic się nie należy.
Styl pisarski pana Jacka jest jak pumeks. Narzędzie przydatne, ścierające martwą tkankę, by odkryć cienki, gładki naskórek. Ale spróbuj nim przejechać delikatną czytelniczą wrażliwość… Krew murowana.
Nie cierpię stylu pana Jacka. Nie cierpię kolokwializmów, wulgaryzmów, nie cierpię tego napięcia w każdym słowie, tego przeżywania, tych najwyższych obrotów w pracy. Jego ciągle nastoletniej, chłopaczkowatej pasji pisania. A jednocześnie zafascynowana jestem i niecierpliwie otwieram każdą książkę, bo wiem, że czeka mnie tam nieprawdopodobna ilość szczegółów, faktów, ciekawostek, drobiazgów, które mają znaczenie, a które każdy inny by pominął lub nawet nie zauważył. Dla pana Jacka Hugo-Badera każde ziarnko piasku jest cenne. Obróci je w palcach, popatrzy pod światło, sprawdzi, czy twarde, czy lśni, czy ma kolor. Wydłubie z najczarniejszych czeluści.
On temu ziarnku po prostu nie przepuści.