SKUCHA, czyli trumf, trumf

Pan Jacek Hugo-Bader to badacz życia dożylny z metodą dokopywania się do jego dna poprzez uczestniczenie i rozmowy z ludźmi znanymi i nie, lubianymi i nie, zwykłymi i nie. Badacz zjawisk, terenów, historii ekstremalnych. Wyszła właśnie „Skucha”, zbierająca historię dudziestopięcioletniej Polski poprzez życiorysy ludzi podziemnej „Solidarności”. Chwilami jakby powieść łotrzykowska.

To smutne, dramatyczne, czasem tragiczne historie ludzi, którzy ofiarnie oddali swoje siedem i pół roku życia dla urzeczywistnienia idei pięknej – wolności i niepodległości ojczyzny. Co osiągnąwszy – zajęli się zwykłym życiem, które okazało się niepiękne: trudne, okrutne i niepieszczące. Niesprawiedliwe, choć wydawałoby się, że sprawiedliwie byłoby właśnie ich wynagrodzić. Bo się należy, bo dla równowagi… Nic się nie należy.

Styl pisarski pana Jacka jest jak pumeks. Narzędzie przydatne, ścierające martwą tkankę, by odkryć cienki, gładki naskórek. Ale spróbuj nim przejechać delikatną czytelniczą wrażliwość… Krew murowana.

Nie cierpię stylu pana Jacka. Nie cierpię kolokwializmów, wulgaryzmów, nie cierpię tego napięcia w każdym słowie, tego przeżywania, tych najwyższych obrotów w pracy. Jego ciągle nastoletniej, chłopaczkowatej pasji pisania. A jednocześnie zafascynowana jestem i niecierpliwie otwieram każdą książkę, bo wiem, że czeka mnie tam nieprawdopodobna ilość szczegółów, faktów, ciekawostek, drobiazgów, które mają znaczenie, a które każdy inny by pominął lub nawet nie zauważył. Dla pana Jacka Hugo-Badera każde ziarnko piasku jest cenne. Obróci je w palcach, popatrzy pod światło, sprawdzi, czy twarde, czy lśni, czy ma kolor. Wydłubie z najczarniejszych czeluści.

On temu ziarnku po prostu nie przepuści.

 

Bezdomność, cóż po pokojach

W pokoiku po synku mieszka zarwany stary tapczan, zwany katafalkiem. Na nim układa dodatkowe kołdry, materace, koce i co tam jest pod ręką, żeby rano nie skarżyć się na ból krzyża. Ale i tak się skarży. Przecież masz świetne łóżko w ostatnim pokoju, przenieś się, mówię. Nie przeniesie się. W ostatniej, pojemnej sypialce mieszka duch ojca.

W trzecim pokoju mieszka ciśnieniomierz. Raniutko, zanim dotrze do toalety siada przy nim i sprawdza. Oj niedobrze, mówi albo nic nie mówi. W toalecie mieszka nienaruszalna muszla. Jeszcze umywaleńka, z której skorzystawszy, przechodzi się do kuchni.

W kuchni mieszkają wszystkie urządzenia ułatwiające na czele z trzydziestoletnią lodówką, na której ktoś nakleił nalepkę Silesia. Może to właśnie skusiło OR do kupienia jej na rynku przed laty. Jako ziomalkę. Ale najbardziej teraz mieszkają tam ogórki przerabiane z letnich na zimowe. Ich długi korowód wydaje się nie mieć końca, codziennie z działki przybywają nowe i żadne rozmowy z Turcją nic na to nie pomagają. Na szczęście nie zatrzymują się w kuchni długo, po kilku dniach wybywają w swoich szklanych mieszkankach do piwnicy.

Za toaletą jest łazienka, ale mieszka tam pralka, prysznic i umywalka. I nic się więcej nie zmieści. Ciasnota straszna.

Na końcu tego zwiedzania  docieramy do całkiem sporego, zakończonego balkonem pokoju, w którym mieszkają liczni starcy meblowi na wysoki połysk. Tam też dostawiani są kolejni, bo tak. Ale najbardziej mieszka tam wielki nowy telewizor. I to on rządzi.

Pozbieraj te swoje ciuchy, jak to wygląda, gdzie tylko coś zdejmiesz, tam zostawiasz. Nie możesz w jednym miejscu? Wszystkie szafy masz tylko dla siebie, musztruję MR.

Chodzi, zbiera, upycha do szaf i mamrocze: Oj, bo ja tu nie mam swojego pokoju.

PAN i pan

Dosyć dawno już temu oglądałam reportaż o wybitnym reporterze panu Ryszardzie Kapuścińskim. Opowiadał o swoim życiu, a było o czym, na końcu napomknął, że chciałby jeszcze wrócić do kraju lat dziecinnych na Polesie, ze szczególnym uwzględnienem Pińska, w którym urodził się i wychował.

Nie zdążył.

Nie wiem, czy tę inicjatywę podjęła świadomie pani Małgorzata Szejnert, czy też to przypadek. Jakkolwiek było, postać Ryszarda Kapuścińskiego towarzyszyła mi podczas czytania nieustannie. Tak, jakby czytał „Usypać góry. Historie z Polesia” razem ze mną. Dziwne uczucie.

Mój ukochany „Czarny ogród” tejże autorki zachęcił mnie także do tej lektury. Wiedziałam, że będzie solidnie, z bibliografią, cytatami, przypisami, indeksami. I że duch poleskich historii przeniknie każde słowo.

Za podstawę peregrynacji i opowieści służą losy pojedynczych ludzi, czasem całych rodów. Solidnie przepytanych, odwiedzonych, zwiedzonych. Jest polska szlachta, czyli jaśniepaństwo przedwojenne, są kiełbaśnicy, zielonoświątkowcy… Rzecz o tyle frapująca, że to dziś Białoruś Łukaszenki.

I jak zwykle przypadkiem coś mi się wyjaśniło.

Oto ród Skirmutów herbu Dąb, przedsiębiorców polskich z majątkami i pałacami w Mołdowie i Porzeczu. Zdolni, pracowici, kreatywni. Zabici w trzydziestym dziewiątym przez włościan, którzy jaśniepaństwu nie przepuścili w ramach dziejowej sprawiedliwości.

Parę metrów od moich okien wąska działeczka z chałupiną i sławojką za drewutnią. Stare, dobre małżeństwo, zwykle w gumowcach, walonkach. On, chłop jak dąb, ze strasznie krzywymi nogami. Ona szczupła, drobna. Pracowici, pasek działki zadbany, zasiany.

Nazywają się Skirmunt.

 

BEZ pamięci

Kupiłam Mirce na imieniny taką miksturę na pamięć, mówi Droga Es. A jak się nazywa? dopytuje MR, chętna także poprawić kondycję mózgu. Nie pamiętam, powiedziałam w aptece, że chcę coś na pamięć i pani mi znalazła taką flaszkę. Mirka się skarżyła, że ciągle coś zapomina i że przygotowanie uroczystości na trzydzieści osób jest dla niej z tego powodu niewykonalne.

A może ona nie zapomina z powodu wieku, tylko zapomina, bo nie chce pamiętać?. Albo nie ma czego pamiętać? Nie ma najmniejszego szczegółu, o który mogłoby się zahaczyć najskromniejsze wspomnienie. Bo nużą ją bezgranicznie kolejne, pięćdziesiąte już urodziny, które musi przygotować. Od zawsze takie same, z tymi samymi ludźmi, choćby byli to najwspanialsi przyjaciele na świecie.

A z drugiej strony…

Jest mnóstwo rzeczy, które chcielibyśmy trwale zapomnieć, a namolny mózg przypomina i przypomina, odtwarza i odtwarza. Karuzela z końcami świata/trudnymi przeżyciami kręci się i kręci, przetrącona wrażliwość budzi się w środku nocy i hajda – na karuzelę, na diabelski młyn, na bungie. Przytulasz ją i głaszczesz: cicho, cicho, już dobrze, już dobrze, aaa kotki dwa…

Pamięć to trucizna.

 

Dwa teatry

Jak to zrozumieć, jak pojąć te tłumy i garstki w zaimprowizowanych na świeżym powietrzu świątyniach ?

Człowiek zawsze potrzebował idei. Ducha, myśli przewodniej, spirytus movens, czy jakkolwiek to nazwiemy. Potrzebował czuć, myśleć, zastanawiać się. I nie wiedzieć wszystkiego do końca. Bo co nas popycha do podjęcia nowych zadań, wynalazczości, odkryć? Niewiadoma, tajemnica, brak pewności rezultatu. Dlaczego naukowcy, wynalazcy, intelektualiści, profesorowie zwyczajowo postrzegani są najczęściej jako dziwacy, ekscentrycy niedbający o wygląd, fryzjera, nieznający się na modowych trendach, itp.? Bo istnieje coś po stokroć bardziej zajmującego – myśl, przygoda intelektualna. A jeśli w to zaangażowana jest jeszcze wrażliwość…

Człowiek potrzebuje teatru, potrzebuje zobaczyć i poczuć, i potrzebuje tego ponad wszystko. I potrzebuje być w tym z innymi, potrzebuje to z nimi dzielić. Stworzenie płaszczyzny porozumienia to dodatkowy efekt teatru.

Można wybrać teatr nabożeństwa: nieskomplikowany, powtarzalny, skromny w warstwie słownej, bogaty i błyszczący w wizualnej. Dostępny bez opłat dla wszystkich chętnych.

Można teatr scenicznego dramatu: skromny w warstwie wizualnej, bogaty i wieloznaczny w słownej.

W obu nie da się wszystkiego zrozumieć, ani sobie poukładać. W obu trzeba mieć bolesną świadomość, że zastanawianie się i przemyślenia nie będą mieć końca nigdy.

I to jest bardziej potrzebne człowiekowi niż złoto, wygoda i spokój. Inaczej wewnątrz pojawi się pustka, która zacznie zabijać.

Każdy wybiera teatr dla siebie.

 

 

 

Umrzeć… zasnąć…

„Polak czuje absolutny obowiązek umierania nie tylko, gdy jest potrzeba, lecz przede wszystkim, gdy nie potrzeba. Potrzebna śmierć nie liczy się, bo to podejrzane. Umrzyk mógłby mieć jakiś interes osobisty. Prawdziwe bohaterstwo to umrzeć niepotrzebnie i koniecznie z fasonem.” ”

Ze „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego i „Projektu: Prawda” pana Mariusza Szczygła.