Tak PRĘDKO

Piękny miał pogrzeb – mówią zwykle ludzie z miasteczka po.

Piękny pogrzeb w najistotniejszej swej istocie musi zawierać niezliczone rzesze żałobników, kroczących za trumną i dźwigających w jednej ręce obfite wiązanki z szarfami w kolorze fioletu, na których napisano ostatnie pożegnanie, a w drugiej mokrą od łez chusteczkę higieniczną. Dobrze też jest jak orkiestra strażacka trąbi jakiś żałobny marsz, wyuczony między pożarami. Wokół świeci słońce, a mogiła znajduje się pod starym modrzewiem. I żeby tak tuż przed pochówkiem, gdy już trumnę umieszczają na linach grabarze, przez igły modrzewia przedarło się słońce i ostry jego blask padł na trumnę. Idzie do nieba, to znak – poszeptują do siebie żałobnicy i nadzieja w nich wstępuje, że tam też jest jasno i pięknie jak tu, skąd tak bardzo nie chcemy odchodzić.

I nawet ksiądz stara się bardziej niż zwykle. Jakąś zwiewną poetycką myślą chciałby dopełnić piękna cmentarnej uroczystości. Więc wyjmuje ze zwojów mózgu to, co zapamiętał najlepiej. Śpieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą – cytuje i zupełnie nie pojmuje tego nagłego tłumionego chichotu żałobników.

 Przecież drogi zmarły miał tylko 99 lat.

DAMA i dżentelmen

 Kolejka była malutka. Ot, ze trzy osoby. W pięć minut można byłoby stanąć przed obliczem kasjerki. Żadna fatyga.

Nieee, ja byłam pierwsza – usłyszałam za plecami i poczułam, jak ktoś na nich ląduje. Odwróciłam się. To był ten typ kobiety, który zawsze zwraca uwagę. Stara Barbie. Nawet jak ma siedemdziesiątkę nosi długie proste blond włosy, mocno wytuszowane czarne rzęsy, obcisłe do nieprzytomności ciuchy i to, co lubię najbardziej: usta wyrysowane pomadką znacznie powyżej ich naturalnej, zwiotczałej już bardzo linii. Gdzieś zapewne wyczytała/usłyszała, że w ten sposób można je powiększyć, a wydatne wargi są sexi i trendy. Nie wiem, co widzi w lustrze, ja widzę zupełnie coś innego. Tragiczną, teatralną maskę, dzięki której jej wiek przybiera karykaturalny wizerunek.

 Nieee, ja byłem pierwszy – wpychał się przed nią przeciętny chłopina w przeciętnym wieku. No dobra, przyszliśmy razem – próbowała załagodzić – ale mógłby pan być dżentelmenem i mnie przepuścić – stanowczym tonem głosu próbowała wymusić na nim nieco savoir-vivre`u, jednocześnie pakując się prawie na moje plecy, żeby tak czy tak być przed nim.

Przy takiej damie, to ja nie chcę być dżentelmenem – powiedział chłopina i poszedł do dłuższej kolejki.

OŻENEK bez wesela

Wczoraj w Teatrze TV Ożenek Mikołaja Gogola w reżyserii Jerzego Stuhra. Spektakl obejrzany ponownie, bo po raz pierwszy widziałam go w roku 2001, kiedy powstał. Wtedy pozostałam z wrażeniem jakiejś mglistości, bezwładu, niekonkretności. Od razu też nasuwało się porównanie ze zrobionym dawno temu (dwadzieścia lat? trzydzieści?) przedstawieniem tak rewelacyjnym, że do dziś co i raz telewizja je powtarza. W tamtym Podkolesina genialnie grał pan Wiesław Michnikowski, rajfurkę Fiokłę – nie do pobicia pani Irena Kwiatkowska. Przechodzonych starających się – panowie Jan Kobuszewski, Wojciech Pokora, Kazimierz Brusikiewicz… Postaci były komediowo przerysowane, a całość lekko farsowa. Aktorką, która spaja  te dwie inscenizacje jest pani Anna Seniuk, wówczas grająca pannę na wydaniu Agafię, wczoraj – Fiokłę.  

Przedstawienie nie porywające, snujące się jak dym, bardzo rosyjskie z ducha. Aktorzy wybitni, pierwszej gildii: Zamachowski, Stuhr, Trela, Peszek, Seniuk…A jednak. A jednak czegoś nie dostało reżyserowi.

Chciał dobrze, a wyszło – jak zawsze.

I tylko Maria Peszek jako Agafia przykuła moją uwagę. Wykreowała istotę eteryczną, zwiewną, mglistą, jakby z ducha samego, a nie z ciała. Co przy jej warunkach fizycznych – krępej sylwetce i buzi prostej chłopki – jast majstersztykiem.

Oto Aktorka.

Kochała ale NIE KOCHAŁA

Nieee, musiało mi się coś zwidzieć, pomyślałam piątkowym rankiem, kiedy empek dojechał już do dzielnicy, w której mieści się moje pomieszczenie służbowe. Szyby miał oczywiście zaklejone reklamową siatką, więc nawet siedząc przy oknie i wgapiając się z całych sił – niewiele widziałam. A jeszcze wtedy, gdy się człowiek takiego widoku zupełnie nie spodziewa?

Ale dzisiaj rano…

Przy głównej ulicy, w dzielnicy, gdzie mieści się mój osobisty dach nad głową – zobaczyłam to samo. Wielki, błękitny billboard z granatowym, odręcznym napisem: Nigdy Cię nie kochałam. Good bye. Zemsta – pomyślałam – zemsta kobiety, którą jakiś palant zostawił. Zemsta o przedłużonym działaniu. Tym – według niej – boleśniejsza, że wszyscy będą wiedzieć. Wszyscy będą mówić, będą przypominać palantowi uśmieszkami, mruganiem, aluzjami. Niech boli. Niech go zaboli tak, jak ją bolało. Wtedy. Niech wie, że gdy kiedyś mówiła rozedrganym szeptem: kocham – kłamała. Grała, udawała, oszukiwała, łgała, cyganiła, łudziła, kręciła, bujała, fantazjowała, koloryzowała, wysysała z palca.

Więc teraz zamiast szeptu ten tnący błękit krzyk przy pomocy pisma o kroju ostrym jak sztylety.

A przecież jej uczucia dawno już go nie obchodzą.

Przecież krzyczy do siebie.

O(d)PIEKA

Pan Te ma w sobie nieprzebrane pokłady opiekuńczości. Nigdy nie przejdzie obok żywego stworzenia, żeby się nim nie zająć, nie wspomóc, nie poratować. Żyje po to, żeby dawać. Branie czegokolwiek krępuje go oraz zawstydza. Cieszy się, jak cała rodzina ma wszystko albo i jeszcze więcej. On nie potrzebuje niczego poza widokiem szczęśliwej rodziny. Ale dlań takie nic to jest właśnie – wszystko.

Co byś zjadł? – pyta córka. A daj tam coś, czego nikt już nie zje, albo się przeterminowało – to jego stały tekst. Jest resztka starej karmy dla psów. Może być? – pyta córka dowcipnie.

A może masz tam trochę starego chleba? Znalazłem gołąbka. Jakiś zakrwawiony był ale żyje. Zaniosłem go pod wiatę. Zrobię mu gniazdo. Trzeba go też odgrodzić od kotów. To dasz tego chleba? Nakarmię go i wody mu zaniosę, to się pożywi. Chleb się dla ptaków nie nadaje, porani sobie przewód pokarmowy – odpowiada córka. W magazynie jest trochę ziarna, to sobie weź. Będzie znacznie lepsze.

I odtąd Pan Te co i rusz chodził doglądać gołąbka. Trochę zjadł – relacjonował – i napił się. Ogrodziłem kąt wiaty watą szklaną, żeby go koty nie dopadły. A potem wyprowadziłem go na spacer. Pamiętajcie, żeby do niego zaglądać co dwie godziny, jak tam się ptak czuje. 

Pojechał do domu.

Następnego dnia córka widzi, jak Pan Te maszeruje po podwórzu z reklamówką w ręku. A co ty tam wynosisz? – pyta córka.

Gołąbka idę pochować, bo zdechł.

Ten spacer mu zaszkodził – ni to spytała, ni stwierdziła.