Piękny miał pogrzeb – mówią zwykle ludzie z miasteczka po.
Piękny pogrzeb w najistotniejszej swej istocie musi zawierać niezliczone rzesze żałobników, kroczących za trumną i dźwigających w jednej ręce obfite wiązanki z szarfami w kolorze fioletu, na których napisano ostatnie pożegnanie, a w drugiej mokrą od łez chusteczkę higieniczną. Dobrze też jest jak orkiestra strażacka trąbi jakiś żałobny marsz, wyuczony między pożarami. Wokół świeci słońce, a mogiła znajduje się pod starym modrzewiem. I żeby tak tuż przed pochówkiem, gdy już trumnę umieszczają na linach grabarze, przez igły modrzewia przedarło się słońce i ostry jego blask padł na trumnę. Idzie do nieba, to znak – poszeptują do siebie żałobnicy i nadzieja w nich wstępuje, że tam też jest jasno i pięknie jak tu, skąd tak bardzo nie chcemy odchodzić.
I nawet ksiądz stara się bardziej niż zwykle. Jakąś zwiewną poetycką myślą chciałby dopełnić piękna cmentarnej uroczystości. Więc wyjmuje ze zwojów mózgu to, co zapamiętał najlepiej. Śpieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą – cytuje i zupełnie nie pojmuje tego nagłego tłumionego chichotu żałobników.
Przecież drogi zmarły miał tylko 99 lat.