Skarpetki, opus 124

Teatr Tv ożył i odżył. Wymyślono wreszcie mądrze, że można przenosić najlepsze przedstawienia z teatrów i robić fanom frajdę w postaci teatru na żywo. Wczoraj sztuka Daniela Colasa "Skarpetki, opus 124" w reżyserii pana Macieja Englerta.

Tylko ta obecność publiczności w studio. Jakbym zaprosiła do swojego domu kilkudziesięciu obcych ludzi. Nie zaprosiłam, ktoś mi zaprosił po niewoli, jak by powiedziała moja babcia. Odświętnie ubranych, siedzących w fotelach, skupionych. A ja w szlafroku leżę sobie na kanapie, siorbię herbatkę. Ludzie klaszczą, a ja przecież nie. Głupio się czuję.

Ale co do istoty.

Pięknie było. Dowcipnie, mądrze, refleksyjnie… Było tak, jak być powinno, byśmy nie zmieniali się w głupków i troglodytów pod wpływem coraz bardziej napierającej rzeczywistości.

Starannie zaskoczona poczułam się koncepcją wyglądu obu panów: Fronczewskiego i Pszoniaka w peruczkach. Ubyło im po dwadzieścia lat i pomyślałam, że tak już zostanie do końca, że to pomysł kostiumologa, scenografa, albo reżysera. Ale – nie. To rzecz wynikająca z tekstu. Zaskoczeniem był też sposób grania pana Piotra: cierpliwie i spokojnie wysłuchującego napaści i tyrad pana Wojciecha, który wprawdzie jest tylko byłym sławnym aktorem, ale nadal mu się jeszcze wydaje, że… Ciągłe pretensje, że się nie będzie ośmieszał, że źle się czuje, że po swojemu, że czerwony nos i peruka mu przeszkadza, że ma prawo do swojego zdania….A pan Piotr słucha, słucha i się zgadza. Zupełnie jak nie pan Piotr.
A potem role się odwracają. I pięknie się wszystko kończy.

I wygląda na to, że w przyjaźni jest zupełnie odwrotnie niż w miłości: Najpierw burze z piorunami, a potem uspokojenie i polubienie się, i rozumienie. I człowiek z człowiekiem po ludzku.

A aktorzy – po mistrzowsku.

PROSTA ta

Odkąd Zbysio zmarł przy operacji na tę prostatę, to się posypało. O, i ten Bodek na prostatę. Same prostaty na osiedlu. Prajadzia była ostatnio u niego, bo doszło do niej, że z nim  źle. Marny jest, opowiadała potem, blady, nie wstaje. Dogorywa. A Zelmer z kolei był w szpitalu. Przepchali mu te zrosty i jakoś zadowolony. Ta Jego mówiła, że tylko dwa razy w nocy wstaje siku, a tak to przez całą noc co chwila chodził i chodził. I krew, i krew. Tak, że trochę lepiej z cewką, to znowu nogę mu odjęło. Boli i boli. Pięć apapów wziął i nic. Ta Jego przyszła do mnie, może pani ma coś od bólu, bo nie przechodzi. No mam, mówię. I takie tabletki i takie, i ketonal do smarowania, co tam pani chce. Te dobre od moczu. Zawsze taki jasny mocz mi schodził, a teraz – bardzo dobry. No to wzięła wszystkiego po trochu, ale też niewiele pomogło, opowiadała. Siedź przy mnie, mówi Ten Jej, nie chodź nigdzie, bo ja już będę umierał. No i muszę siedzieć i czekać. No, a przecież tę prostatę to mu już raz przepychali, na pół roku starczyło, a
teraz znów zarosła. I jeszcze ta noga do kompletu. No ja to wiem, nie
musi mi Ta Jego mówić, łatwo nie jest przy umieraniu, wspominam swe
doświadczenie. No, tak proszę pani męczy, że aż, aż. Jakby to co pomogło, opowiadała Ta Jego.
 
Poszłam wczoraj do nich, jak wracałam z biedronki. Po drodze mam, to odpocznę sobie trosiuni, pomyślałam. No i mi opowiedział, jak to z tą odjętą nogą  było. Wsiadł do samochodu do syna, bo po tym zabiegu przepychania się tak dobrze czuł, że od razu do miasta się wybrał. No i taki wymarznięty fotel był, że od razu czuł, że coś nie tak. A od drzwi ciągnęło zimno na tę nogę. No i zaraz mu odjęło. No i co panu po tym przepchanym członku, jak panu nogę odjęło, mówię. To już lepiej bez członka ale z dobrą nogą, mówię, z dwojga złego. No i śmiejemy się, ale on się nie śmieje. Działkę sprzedajemy, mówi, bo ja już nawet Tej Mojej na działkę nie podwiozę, bez tej nogi. A poza tym, co się będzie kobieta dodzirać. Przy mnie ma dość.

GRAcz

Wczorajsza powtórka spektaklu Teatru Faktu, który na swój użytek nazwałam kiedyś teatrem mięsnym, nie obroniła się. Tyle, że napatrzyłam się na grono aktorów z superligi. Panowie: Zbigniew Zamachowski z przecudnymi pekaesami, Daniel Olbrychski w mundurze, Robert Więckiewicz – takoż, Andrzej Chyra amerykański, Bartosz Opania przystojniak w ciemnych okularach, nawet Jerzy Trela w epizodziku. I pani Dominika Ostałowska w ciemnej peruce – wyjątkowej urody.

Pani Agnieszka Lipiec-Wróblewska napisała i wyreżyserowała tę rzecz, czyli "Kryptonim Gracz" na bazie życiorysu szermierza wszech czasów Jerzego Pawłowskiego. Poza sportem zajmował się też podwójną agenturą. W końcu mleko się wylało i został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia. Rozśmieszyło go odczytanie wyroku na sali sądowej. Przesiedział dziesięć. Wytypowany do wymiany za Mariana Zacharskiego, zrezygnował z życia w Stanach i został w Polsce. Będę wam cierniem w dupie – powiedział na granicy i został. I to jest najbardziej zagadkowa część tej biografii, bo kto by nie chciał na wolność.

Mimo wszystkich zewnętrznych uwarunkowań, jakaś immanentna część jego wnętrza była nienaruszalna. Tylko jego i, że – mimo wszystko – to on decyduje, to on kieruje swoim życiem.

I tyle mi z tego.

Szanowna PANI WISŁAWO,

Kiedy już wszystkim ceremoniom i ceremoniałom stało się zadość; wiersze w mediach przypomniane, urna w grobowcu złożona, przemówienia przemówione, wieczory wspomnień otarły się o brzask, księgi kondolencyjne wypełnione, a media przypomniały życie i twórczość, zastanawiam się co dalej. Co dalej z Panią?

Czy zaczniemy stawiać ohydne zwaliste pomniki, nazywać Pani imieniem maleńkie ślepe uliczki na osiedlach? Czy stanie się Pani ofiarą gazetek ściennych, uroczystych rocznic, wychynie z numizmatów, znaczków pocztowych, podeprze cytatem każdą najbanalniejszą chwilę?

Zamiast zamyślenia, zachwytu nad wierszem. Pani wierszem.

Oprócz kilku rzeczy najważniejszych, jakie za Pani przyczyną otrzymaliśmy, czyli poezji najwyższej próby, literackiego Nobla i przymiotów Pani charakteru, jedno wydaje mi się najistotniejsze: żyła pani tak, jak chciała. Zawsze i niezależnie od wszystkiego: kameralnie, w ciszy, bez pośpiechu. Komfortowo. Z papieroskiem i kawą. Bo tak lubiły żyć Pani wiersze.

Nie zajmowało Pani czy docenią, czy przyjdą, czy będą pamiętać,  czy opiszą na pierwszej stronie, czy podadzą w wiadomościach. Czy się wygląda, czy nie, czy apartament, czy M-2 w bloku.

Była Pani mądra i nie wierzyła w uwielbienie tłumów, ani w gadki typu Bóg cię kocha, córko.

Miała Pani kilku przyjaciół i swoje myśli, z którymi czas spędzony to majątek.

Dobry ADRES

Lubię ten spektakl.

Polubiłam już w trakcie premiery w 2004 i tak mi zostało. A dlaczegóż? A dlategóż, iż sztuka autorstwa pana Władysława Zawistowskiego wyreżyserowana przez pana Waldemara Krzystka pt. "Dobry adres" dzieje się na byłych Ziemiach Odzyskanych, czyli zachodniej Polsce, w starej pięknej kamienicy, w której sufity wysoko, drzwi strzeliste i ciężkie, a metraż ponadprzeciętny. Czyli jest ten nastrój, ta atmosfera, gęsta od tajemnic i przeżyć byłych mieszkańców. Najpierw Niemców, potem wszystkich historycznie dotkniętych ustrojem komunistycznym Polaków. I oni się przewijają w scenkach trochę przyprószonych, trochę mglistych i nieoczywistych. W najboleśniejszych momentach swych żyć. A opowiada to wszystko Ewa Grossman, kreowana przez panią Danutę Stenkę, która niby z sentymentu do tego mieszkania zamierza je kupić od młodych mieszkańców, pary Dorota-Waldek, czyli Krukówna-Burczyk. A Waldek uważa, że jakie tam sentymenty, że to ze względu na skarby w ścianach i zaczyna kuć.  

A na końcu się okazuje…

Super się okazuje.