Kartofle U BRAM

W sobotę koło południa odezwał się dzwonek domofonu. Kartofli nie trzeba? Trzeba. Schodzę na dół i spodziewam się pod drzwiami zastać furmankę, na niej chłopa wąsatego prosto ze wsi, w kożuchu i z batem w dłoni. Na furmance wory ziemniaków. W każdym worze meter, jak by powiedziała moja ukochana babcia, czyli sto kilo. Wyobraźnia pokazuje mi filmik z kupowania kartofli w worku przed laty, gdy małą byłam dziewczynką.

Furman stawał na długo przed klatką schodową, domofonów nie było, a jednak wszystkie panie domu, co i raz wyglądając przez okna, zauważały okazję. Matka Rodzona wypytawszy najpierw skąd, jak i za ile, potem o smak i czy się nie rozgotowują, pobierała jeden z worka i szła na górę. Obierała, wlewała do garnuszka wodę i gotowała. Chłop siedział nie zdejmując czapki, opowiadał, ziemniak miękł. Matka Rodzona próbowała, oglądała wodę po gotowaniu, oceniała smak i kleistość, i – kupowała. Żadne gwarantowanie przez rolnika głową za jakość produktu nie było w stanie jej przekonać. Musiała se ugotować i organoleptycznie osobiście się przekonać.

Pod klatką biznesmen w eleganckim mercedesie-busie. Pośrednik.

Nie, nie. Poczekam na chłopa ze wsi.

Wywieranie WPŁYWU na ludzi

Czytam właśnie książkę Roberta B. Cialdini pod tym tytułem. Czytam, a właściwie studiuję, bo to świetny podręcznik psychologii społecznej. Coraz bardziej zafascynowana, z coraz bardziej opadającą szczęką, jakże to ludzie oraz ludzkość mająca się za mądrą, skomplikowaną i nieprzewidywalną głupia jest, przewidywalna oraz zewnętrznie i prosto sterowalna. Aż przykro.

Tutaj przypomniał mi się pewien rozciągnięty w czasie incydent, zastanawiający na tyle, że przeanalizowałam go mając już wiedzę przekazaną przez Cialdiniego.

Otóż we wiosce podmiejskiej Drogiej Es postanowiono wznieść kościół. Tradycyjnie ksiądz budowniczy pchnął umyślnego do parafian, iżby się zdeklarowali, ile i jak często będą wpłacać na sfinansowanie pomysłu (reguła nogi w drzwiach). Umyślny pojawił się najpierw u Drogich Es, ludności napływowej dobrze sytuowanej oraz wpływowej w kręgach władzy tutejszej (reguła autorytetu). Wiadomo, że jeśli oni podadzą i zapiszą na liście sporą sumę (reguła odpowiedzialności i konsekwencji) i zobaczą to następni, będzie trudno dać mniej, choćby tamtych na tak wiele stać nie było (społeczny dowód słuszności).

Droga Es zapragnęła pójść na rękę współparafianom i wymyśliła plan diabelski. Nie będziemy się deklarować pisemnie. Będziemy dawać te pieniądze w kopercie na tacę w niedzielę – oświadczyła umyślnemu. Jak postanowiła, tak zrobiła. Złamała wszystkie reguły, a ludzi nie podporządkowujących się ogólnie przyjętym regułom społecznym inni, w tym wypadku ksiądz, nie lubią najbardziej, twierdzi Cialdini. Ksiądz budowniczy jedną kopertę niezadowolony, ale jednak odebrał. Przy następnej głosem wielkim a oburzonym powiedział do umyślnego, by ten nie omieszkał powtórzyć:

Oj, niech się nie wygłupiają! Pisać na listę!

ZAWIESZONA

Dotarłam do drzwi domu. Otworzyłam dwa zamki. Nie, nie, nie wejdę w kozakach, bo ubłocone i w soli, ślady na podłodze zostaną. Białe, trudne. Na wycieraczce rozpinam buty, biorę w rękę, wchodzę boso. Prosto do łazienki. Płuczę sól.

Rozbieram się, wypakowuję zakupy. Napiłabym się czegoś, myślę. Nalewam mineralnej do szklanki, stawiam na chwilę na kaloryferze, gdyż gardło. Zmywam makijaż w łazience. Napiłabym się czegoś, myślę i idę do kuchni zrobić herbatę. Z kubkiem w dłoni wchodzę do pokoju. Tu na kaloryferze zauważam wodę. Patrzę na wodę, potem na kubek herbaty i zaczynam się śmiać, rechotać, tupać z radości. Zabieram wodę do kuchni, bo tyle picia to za dużo. Dalej się śmieję z siebie, jak z kogoś innego. Wtem dzwonek do drzwi. Przez wizjer widzę nastoletnią sąsiadkę z góry. Otwieram. Zostawiła pani w zamku klucze – wskazuje palcem pęk zwisający z górnego zamka.

Już mi się nie chce śmiać.

CHOLONEK, czyli dobry Pan Bóg z gliny

Właściwie nie bardzo rozumiem odniesienie drugiej części tytułu do powieści Janoscha. Że kruchy? Bo Cholonek – wiadomo. Rzecz jest o śląskiej rodzinie Cholonków i innych rodzinach zresztą, acz dzieje tej są wiodące. Wiodą nas przez anegdoty o sprawkach wszystkich mieszkańców zabrzańskiej kamienicy przy Oślowskiego. Sposób skonstruowania fabuły sprawia wrażenie rozbałaganionego i chaotycznego. Wszystko autor miesza ze wszystkim, nie robi akapitów i przerw myślowych, żeby czytelnik mógł się połapać, o co chodzi. Janosch nie dba o komfort czytelnika, ale mając takie życie, jakie miał i takie dzieciństwo oraz rodzinę – trudno by pisał inaczej. Zrobił z tego swój styl i swoją siłę. Albo się go kocha, albo nie.

W jakim języku rozmawiało się w pana domu: po polsku, niemiecku, czy śląsku? – zapytał kiedyś dziennikarz. Jaki to tam był język. Moi znali wszystkiego pięćdziesiąt słów –
odpowiedział. Słów mało, za to alkoholu ponad miarę. Nalej mi szolkę gorzołki – prosił Stanik. Sądziłam, że szolka to kieliszek. A tu – nie. W zamieszczonym na końcu książki słowniku gwary śląskiej wyczytałam, że szolka to filiżanka. Pili wódkę w porcelanie. Ha! Obok alkoholu z przyjemnością i łatwością dupczyli, palili cygarety, handlowali, robili psikusy, bawili się. Byli prymitywni, pazerni, głupi, prostaccy. Ale przy tym wszystkim dążący do tzw. lepszego życia, wyższego poziomu. Choćby przez kupienie fortepianu, i kilkudziesięciu skrzypiec, które na nim leżały dla pokazania, że się zna na stradivariusach. Bo to wszystko w mniemaniu Stanika i Michci Cholonków były stradivariusy.

Umierali w jednym prostym tragikomicznym zdaniu.

Janosch sprawia wrażenie, że to całe śląskie życie jest brzydkie, brudne, bez znaczenia i sensu. W sumie – nie ma się czym chlubić i zupełnie niezrozumiałe okazują się zachwyty innych nad tamtejszą godnością, przestrzeganiem zasad, szlachetną prostotą egzystencji, specjalnym, wyższym gatunkiem człowieczeństwa. Było inaczej – chce mi powiedzieć.

A ja mu nie do końca wierzę.

Bom sama – po mieczu – ze Ślunska, choć ino spod Czynstochowy.

Salon CZARNY

Z dużą przyjemnością wczesnym rankiem mijam tę część miasta. Centrum, a jednak trochę zaplecze. Odrestaurowana katedra, obok pałac arcybiskupi, z zabytkowymi przyległościami, położony na nierównym terenie, trochę poniżej poziomu ulicy. Wszystko jak nowe, kilka lat odnawiane z udziałem funduszy europejskich. Piękna okolica nie skażona koszmarną architekturą, a wręcz przeciwnie. Nie skażona też płachtami i pilśnią ohydnych reklam, jak wszędzie.

Aż do teraz.

W jednej z kamieniczek pojawił się Salon odzieży czarnej. I zaczęło się. Tropik na sutanny już od 29 złotych za metr bieżący – głosi pilśnia na patyku. Dopasujemy sutannę na każdy rozmiar – chwali się plastikowa płachta. Przeróbki krawieckie od ręki – zachwala płótno w oknie. Odzież dla duchownych – białe litery na czarnym tle. Flagi: narodowe, kościelne, unijne.

Tropik…Ojciec Rodzony w lecie chodził w mundurze z tropiku. Była jeszcze gabardyna, szewiot, wełna. Nawet nie wiem, czym się charakteryzowały dane tkaniny. Tropik musiał być letni, choć nie mieszkaliśmy w tropikach.

Będę zerkać na salon czarny. Tropik na zimę dla księży? Ciekawe, co wypromują na lato.

Księżyc i MAGNOLIE

Wyczekana premiera w Teatrze Tv, czyli "Księżyc i magnolie" Rona Hutchinsona w reżyserii pana Macieja Wojtyszki, pozostawiła mnie z ogromnym niedosytem.

Mam problem z panem Wojtyszką. Polega on na tym, że wszystko w jego spektaklu było takie nie do końca. Niezdecydowane, niedociśnięte. Niby wszystko poprawnie, elegancko, grzecznie i trudno się tak wprost do czegoś przyczepić, a jednak. Jakoś łagodnie. Nieporywająco. A przecież pomysł dramaturgiczny fajny, tło, czyli czasy powstawania legendarnego Hollywood – pociągające niezwykle, postaci autentyczne, mocne. Tylko grać.

I aktorzy robili co mogli.

Pan Marcin Dorociński w roli Davida Selznika – miał trzymać towarzystwo w karbach i trzymał. Tylko jakoś tak nie do końca. A – jak pokazują wcześniejsze jego role – pan Marcin potrafi być zimnym sukinsynem, jak nikt. Pan Łukasz Simlat jako scenarzysta Ben Hecht, mający napisać scenariusz w tydzień nie znając powieści Margaret Mitchell, robi co może. Ale też jakoś tak nie do końca. Pan Redbad Klijnstra kreujący reżysera Victora Fleminga – spokojnie czeka, odgrywając z Selznikiem scenki z powieści.

Dwa razy myślałam, że już, już…

Raz, gdy wymienieni wcześniej panowie zagrali ostatnią scenę powieści: odejścia Rhetta Butlera od Scarlett. Pan Redbad Klijnstra zrobił taką przebitkę miny Clarka Gable’a, że mimowolnie zaczęłam się śmiać. A Scarlett w osobie Marcina Dorocińskiego, czepiająca się nogi Rhetta… Widać, że to przedrzeźnianie oryginału bawiło ich niezwykle. Ale to był koniec fajerwerków. Jeszcze tylko zawód Hechta, że tyle nocy przepracował, żeby się dowiedzieć, iż puenta powieści Mitchell, to brak puenty. Ale wszystko jakoś tak jednostajne, że znikło w ciągu wydarzeń niedogranych.

Miał być księżyc, a wyszły magnolie.

Generalny remont, czyli ZNACZENIE terenu

Z
sąsiadką dolną jest tak: co nowy mężczyzna, to generalny remont jej gniazdka. Od niego, przez niego, w prezencie.

Mieszkanko dostała od tatusia. To on doglądał budowy bloku, potem zaprojektował i wykończył garsonierkę. W gotowej pojawiła się ona, choć nigdy wcześniej nie zaglądała.

Przepiękna, przezgrabna, nogi wybitne, emanująca seksem nie do wytrzymania. Od razu uznaliśmy, że to ona będzie wspólnocie załatwiać wszystko w urzędach. Sprawdzała się w tym rewelacyjnie. Nie było spraw nie do ruszenia. Wszystkie były – natychmiast i z nadzieją w urzędniczych oczach na kolejne.

Prowadziła przebogate życie towarzyskie, niezależnie od pory dnia i nocy. Nie, nie żeby tam zaraz jakieś świństwa. Miała swoją – jak się wyrażała – trzodę i trzoda przebywała często oraz hałaśliwie. Nawet chyba nie za dużo pili, za to palili potwornie, co szczególnie latem przez otwarte okna dało się poczuć w wyżej położonych mieszkaniach.

W końcu, raz i drugi, sąsiedzi, którzy wstawali do roboty niewyspani, uprzejmie zwrócili uwagę, że cisza nocna, że na policję i takie tam.

A wtedy pomieszkiwał u niej już jeden budowlaniec. Budowlaniec postury był interesującej, duży, zbudowany chłop, emanujący nieco prymitywnym seksem. Jak się poszło pożyczyć pół szklanki cukru, otwierał zawsze z nagim torsem. Mówił, że przeprasza, ale właśnie oboje chorują. 

Razem postanowili ukarać sąsiadów za zakaz conocnego hodowania trzody. Zaczęli uprawiać seks tak głośno, że cała klatka, a w lecie i okolica musiała słuchać.

W przerwach Budowlaniec rozwalał ściany, tłukł płytki i zrywał podłogę. Robił generalny remont. Czyli – znaczył teren.

Potem był piękny ślub i tłuczenie szkła na klatce na szczęście, przez wszystkich sąsiadów, bo w końcu to dobrzy ludzie byli.

Jeszcze trochę tych seksualnych hałasów, a potem któregoś dnia dotarło do mnie, że od długiego czasu – nic. Nie jest dobrze, pomyślałam.

Pewnego popołudnia rozległ się potężny, z niczym nie porównywalny huk. Spojrzałam na ściany. Wali się blok?
Nie, to tylko Budowlaniec przewrócił szafę z zawartością. Tak wyładowywał agresję po kłótniach z żoną. Odtąd co jakiś czas leciało na podłogę coś ciężkiego. Albo rąbał drzwiami tak, że futryna wylatywała. Do dziś zostały ślady.

Może trzeba jej pomóc? – zagadnęłam mieszkankę jej piętra, zaprzyjaźnioną z nimi. Nie, on tylko meble przewraca, jej nie rusza.

Teraz przewracasz meble, a potem weźmiesz się za mnie – doleciał mnie fragment kłótni w łazience. Budowlaniec zniknął. Przeniosła się do rodziców, mieszkanie zostało wynajęte na rok.

Po roku wróciła. Jeszcze piękniejsza, z jeszcze dłuższymi nogami, w jeszcze krótszych spodenkach. To co, naliczyć pani czynsz za jedną osobę? – zagadnęłam. Nieee – odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem – dla dwóóóch.

I wprowadził się kolejny mężczyzna jej życia. Ochroniarz. Przywiózł ze sobą rudego kota, który uwielbiał wymykać się z domu i łazić po klatce. Trochę pomieszkał.

Od miesiąca wraz z kolegą, po pracy, tak od dziewiętnastej rozwala ściany, zbija płytki, piłuje, wierci, tłucze, przebudowuje, ulepsza, wymienia. Znaczy teren. Ona wyprowadziła się na ten czas do rodziców. Frajer jest, naiwniak – pomyślałam. Jak skończy, to ona go wyrzuci.

Nie doceniłam go, zawodowca. Zabezpieczył tyły.

Zanim zaczął remontować, wpuścił ją w ciążę.

Od czasu do CZASU

Spektakl o tym tytule pojawił się wczoraj powtórkowo w Teatrze Tv. Rzecz napisana przez pana Alana Ayckbourna, w reżyserii pana Juliusza Machulskiego.

Świetna sztuka, elegancka, z eleganckimi aktorami, w eleganckich, a nawet wykwintnych wnętrzach pięciogwiazdkowego hotelu. I pewnie darowałabym ją sobie, gdyż pamiętam dobrze premierę. Tym bardziej, że rzecz jest z wątkiem kryminalnym – znam zakończenie. Obniża to atrakcyjność powtórnego gapienia się w ekran w dwójnasób.

Ale.

Ale występuje tam – między innymi – pan Jan Englert w roli Juliana, najbardziej czarnego charakteru, a nawet wielokrotnego mordercy. I otóż pan Jan, mężczyzna elegancki, przystojny, pełen dobrych manier tutaj jest potwornie brzydki, brutalny, chamowaty. Zupełnie jak jeden z mafiosów w "Rodzinie Soprano". Nawet chwilami miałam wrażenie, że jego kształtna głowa zrobiła się kwadratowa. To jest klasa aktora. Żal, że tak rzadko obsadzany jest wbrew warunkom…