Po co żyć

… jest Freddie Mercury i jego fenomenalny wokal, jest Jerzy Pilch i jego proza dająca obezwładniającą przyjemność czytania, jest nowa – jeszcze nieprzesłuchana – płyta T. Love, jest szlachetna prostota wierszy Wisławy Szymborskiej, są wiśnie w gorzkiej czekoladzie, jest nadzieja  – Paweł Domagała, jest mądry serial „Ranczo”, są „Dzienniki urzędnicze” Kozmo, jest Janusz Głowacki z wybitnym poczuciem humoru, jest Mariusz Szczygieł, który pisze jak nikt, jest Wojciech Mann w każdym wydaniu, jest Wiedeń i Budapeszt, jest R. i do niej karmelki nastrojowe, są moje eleganckie stare znajome, jest cukiernia Vanilla, jest język francuski, jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy…

Nie mów, że nie ma czym wypełnić dni.

Charaktery

… a jak twoja siostra się urodziła, to szybciutko i ważyła tylko dwa kilogramy, a jak ty – czyli ja, relacjonuje mi Droga Es – to aż cztery i musieli cię ze mnie wyciskać. 

Oto wspomnienie MR po wizycie u ginekolożki.

Wspomnienie drogocenne.

Nigdy bym się nie dowiedziała, skąd we mnie ta niechęć do ambarasowania swoją osobą kogokolwiek.

Nigdy by się nie dowiedziała, skąd w niej potrzeba tak ścisłych związków rodzinnych.

A to z urodzenia.

Co tu sprzątać? POSPRZĄTANE

Spektakl "Posprzątane" autorstwa pani Sarah Ruhl w reżyserii pani Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej zostawił we mnie dziwne pamiątki. Przede wszystkim – rozświetlenie, które nijak nie mrocznieje, mimo, iż fabuła zgoła smutna. Wkurzenie, czy irytację – nawet nie potrafię nazwać tego uczucia – postacią Virginii, wykreowaną przez panią Aleksandrę Konieczną. Konieczna gra tak, jakby jej prawie nie było. Taka kobieta bez właściwości, trzymająca się sprzątania. Rozmazana jest także postać głównej bohaterki Lane, granej przez panią Agatę Kuleszę. Wkurzająca jest sytuacja, gdy jej mąż – w roli pan Piotr Adamczyk – przyprowadza do domu radośnie Anę, kobietę w której się zakochał (Wiktoria Gorodeckaja), potem zostawia ją i wyjeżdża, a zraniona żona – lekarka się nią opiekuje do śmierci. I jeszcze do kompletu Matilde – sprzątaczka, która nienawidzi sprzątać – pani Dominika Kluźniak.

Strasznie to wszystko irytujące, ani przez chwilę oglądania nie zaznałam spokoju. Taka szarpanina: Nie, nie wierzę! To niemożliwe!.

Ale wszystko razem – konsekwentne, spójne, nierzeczywiste, stylowe.

Całość.

Czesanie, malowanie, wyglądanie

Wtargała do wnętrza miejskiego autobusu walizkę na kółkach. Stanęła na przegubie, walizkę postawiła obok. Rozejrzała się. Sporo młodych ludzi, to trasa uniwersytecka. Zamyśliła się na chwilę, po czym wyjęła coś drobnego z kieszeni płaszczyka. Kolczyki. Wkręciła jeden w ucho. Sprawdziła, czy dobrze się trzyma. Wkręciła drugi. Schowała do kieszeni kartonik, na którym były zapięte. Włosy, związane do tyłu w koronę, zaczęła okręcać wokół gumki. Jedną dłonią je trzymała, drugą wyjęła z kieszeni płaszczyka cienką, czarną spinkę i wpięła w tył głowy. Potem wyjęła drugą, potem trzecią. Posprawdzała dotykiem, czy korona z włosów dobrze się trzyma. Było, jak oczekiwała. Sięgnęła do kieszeni po raz kolejny, wyjęła błyszczyk do ust. Odkręciła, posmarowała usta, zakręciła, schowała. Przejrzała się w okienku smartfona.

Wystarczyły trzy przystanki.

Zebrała się do wyjścia.

Dzielnica uniwersytecka wita.

Niepamięć albo zawodzenie

Stoję w dużej odległości od karocy zaprzężonej w czwórkę koni. Jakiś kilometr. Powóz jedzie po żółtopiaszczystym gościńcu, wokół step. Więcej ubitej jasnej ziemi niż traw. Na koźle Droga Es. Powozi, droga nierówna, wyboista. Nagle widzę, że koło karocy wpadło w zagłębienie, powóz się zachwiał, ale nie przewrócił. Droga Es wystrzeliła jednak z kozła, znalazła się obok koni, z których jeden się na nią przewrócił. Obok grupa gapiów, nikt nie próbuje podnieść konia, który dźwiga się sam, głośno parchając. Nie wiem skąd gapie, bo okolica przed chwilą była kompletnie pusta. Drogiej Es nie widać zza tłumu. Nikt nie próbuje pomóc, nikt nie dzwoni po pogotowie. Wyrywam telefon z kieszeni i – chcę po pomoc. Wiem, że jest taki numer ogólny. Za nic nie mogę go sobie przypomnieć. Próbuję, próbuję, czas leci. Nic z tego. A bezpośrednio do pogotowia? Jak to było? Jaki to numer? Gapię się w ekranik z taką mocą, że gdyby można było telefonować wzrokiem, pogotowie już dawno by było.

Nie przypomniałam sobie.

Podnoszę głowę, wokół jasno od słońca. Gapie zniknęli.

Ruszam w stronę leżącej postaci. Pięknie leży. Na boku z dłońmi pod głową. Nie ma już ani karocy, ani koni.

Jasne, duże przezroczysto – niebieskie oczy są otwarte.

To nie są jej oczy.

Jak zostać tym Pilchem

Pan Jerzy Pilch odkrywa siebie i swoje życie od pierwszych zdań, fraz, akapitów, rozdziałów i książek. Najpierw w kolejnych powieściach, potem w "Dziennikach", teraz przyszedł czas na biografie. Kapitalny podtytuł "Pierwsza biografia" do tytułu: "Pilch w sensie ścisłym",  jest zwodniczy: sugeruje, że będą kolejne. Już w dziennikach uchylał rąbka tajemnic rodzinnych bardziej niż w powieściach. Zresztą można było myśleć, że to niekoniecznie prawda. W książce-wywiadzie "Zawsze nie ma nigdy" odpowiadał na coraz dokładniejsze pytania pani Eweliny Pietrowiak. To był jednak, jak się okazuje, ledwie zarys. Teraz pani Krystyna Kubisiowska przedokładnie zbadała materię życia rodzinnego i osobistego pisarza, wtrąciła fragmenty jego własnych zapisków z dzienników i felietonów. Chyba bardziej ścisłego sensu być już nie może.

Nie wiem, czy konieczna jest taka laboratoryjna dokładność. Chwilami – jak to, że po niedawnym alkoholowym upadku i rozmowie z matką płakał – jestem zażenowana i zdruzgotana, że Pilch bywa prozaiczny, obsceniczny, odrażający. Przez lata budowała się legenda człowieka i mężczyzny niezwykłego do tego stopnia, że można było pomyśleć, że wóda i baby to fason, fanaberia, styl. Kubisiowska odsłania kolejne warstwy, spod których wyziera totalne nieradzenie sobie, bo choroba ciężka i upadek człowieka. "Szedł ku zagładzie" powie jeden z jego znajomych o ostatnim okresie krakowskim. Warszawa go powstrzymała, choć też nie na długo. Kolejne miłości, które w błyskawicznym tempie stają się karetkami pogotowia, obsługującymi jego alkoholizm. Ile tak można? Rekord należy do Ewy Eweliny – pięć lat. W ramach wdzięczności postać Alberty Lulaj z "Pod Mocnym Aniołem". Więc może warto.

To zorganizowanie, ta pracowitość, te ołówki zatemperowane na szpic to ratunek, by nie myśleć o sobie najgorzej na świecie. Elementy legendy, upadające parawany i rozsypujące się mury, aż do prochu… Trudno uwierzyć (choć trzeba), że to tak samo z siebie, z przesilenia z niemocy. Że pan Pilch tym nie kieruje i nie powoduje. Tak wytrawny gracz literacki? 

A może jest tak, że skoro trudno mu pisać, bo choroby niszczą, pomyślał, że w ten sposób będzie trwał na – przepraszam – rynku czytelniczym? Zagadka pozostaje zagadką. I dobrze. 

Zawsze można nie sięgnąć po kolejne auto – i biografie.

Wybór to wolność.                

Okruchy z Pilcha

Czy to, że wiem, iż pierwowzór Alberty Lulaj (Alu Alberto) nazywał się Ewelina Pietrowiak, a Asi Katastrofy (pyk płaszczyk, pyk buciki, pyk torebka) – Magdalena Raczkowska, cokolwiek zmienia w moim zachwycie powieścią? Nie, nie zmienia.

Czy to, że powieść powstała w trzy miesiące podczas pobytu pisarza na odwyku w Tworkach rzuca na nią złe światło? Nie, nie rzuca.

Czy porzucenie Krakowa i przeprowadzka do Warszawy spowodowała, że pan Pilch zaczął pisać gorsze książki lub mniej pić? Nie, nie spowodowała.

Czy fakt, że pierwszych dziesięć lat, kluczowych dla ukształtowania się charakteru człowieka, zostało powierzonych babce Czyżowej, kobiecie silnej i władczej, wpłynęło na poziom literatury uprawianej przez wnuka? Może wpłynęło. może nie.

Czy fakt, że rodzice byli ludźmi wykształconymi spowodował, że pan Pilch został pisarzem? Nie wiadomo, nigdy tego wiedzieć nie będziemy.

Czy solidne, staranne, systematyczne działanie nad dopracowaniem się uzależnienia alkoholowego było konieczne, by napisać „Pod Mocnym Aniołem”? Nie, to przypadek.

Czy to, że poznałam imiona kobiet z którymi był pan Pilch, wpływa na mój odbiór kolejnych powieści? Nie, to bez znaczenia.

Czy fakt, że wszystkie miłości bardzo szybko musiały zostać karetkami pogotowia ratunkowego alkoholika jest zaskakujący? Nie, przecież wiadomo, że wódka zawsze zaprzęgnie miłość, by ją wiozła, okładając niechcący batem.

Czy informacje co pisarz ma na półce, na ścianach, na biurku w warszawskim mieszkaniu podnoszą jego notowania u czytelników? Nie, nie podnoszą.

Czy to, że jest luteraninem wpłynie na zaciekawienie czytelników jego książkami? Nie, to bez znaczenia.

Czy to, że bywa niewierny, niesłowny i zdradziecki sprawi, że odpuszczę zakup „Mojego pierwszego samobójstwa” i „Bezpowrotnie straconej leworęczności”? Nie, nie sprawi.

Czy warto przeczytać książkę „Pilch w sensie ścisłym. Pierwsza biografia” pani Krystyny Kubisiowskiej?

Można, Pilch-człowiek jest poważnie potraktowany. 

Pilch-twórca jest nie do ogarnięcia.

I – na szczęście – nigdy nie będzie.

 

 

 

 

Słowa jak dzieci

Rozmawiacie sobie miło, zgadzając się w poszczególnych kwestiach.

Ze zdumieniem odkrywasz tę jedność, jednocześnie wkurzając się na tę gładkość, na tę płynność, po której w pamięci nic nie zostanie. Szarpanina rozmowy jest twórcza i rozwojowa. Ale ludzie coraz częściej nie chcą się rozwijać. Konflikt, nawet tylko językowy, zaburza poczucie bezpieczeństwa, ten błogi święty spokój, na brak którego potem trzeba się napić herbatki „Święty spokój” z ziół go przywracających. Albo przemyśleć wszystko na nowo. Wyciągnąć spod zakurzonego intelektu, wywlec spod sterty zapleśniałych poglądów, przejrzeć, przetrzepać, zacerować myślą, mową a czasem nawet uczynkiem, wyprać w lodowatej wodzie, a nieraz zwyczajnie wyrzucić. Rozejrzeć się za nowymi sformułowaniami, poszukać słów, które z upływem czasu grają z nami w chowanego.

Doskonale wiesz, co chcesz powiedzieć i  nagle pyk! wśród słów, które zawsze stoją w szeregu, gotowe do użycia, wyrwa. Rozglądasz się bezradnie po całej głowie, a ono się schowało gdzieś, wlazło do nory, zakopało się od liśćmi i śpi. Może jest zmęczone, bo za często używane, może to stanie na baczność je znużyło, a może przypomniało sobie dziecięce psoty i bawi się z tobą jak z dzieckiem. Albo schowa się za plecami innego i nagle, wychodząc zamiast cześć! słyszysz ucz się!, jak to MR ni stąd ni z owąd powiedziała. Nawet na chwilę się zatrzymała, jakby czuła, że coś jest nie tak, ale nie wiedziała co. A kuku!

Tak, tak. Uratuje nas tylko ostry ferment intelektualny, a nie dążenie do świętości, czytaj: świętego spokoju.
Nadmierne dążenie do świętości przeszkadza w rozwoju, że zacytuję pana Szczygła, który zacytował arcymądego księdza Zbigniewa Czendlika.

Lepiej być arcymądrym niż arcybiskupem. Co się czasem nie wyklucza wszakże.

Ciało się śmieje

"Body/Ciało" to cztery charaktery pisma w jednym: mocny i delikatny zarazem pana Janusza Gajosa, ulotny pani Ostaszewskiej, brudny pani Justyny Suwały, i panujący nad całością, rzeczowy i (świadomie) niepewną ręką jakby pisany – pani Małgorzaty Szumowskiej. Pani Małgorzata lubi się nazywać po prostu Małgośką Szumowską, bez "pani", bez zdrabniania. Można z tego wyczytać coś o jej usposobieniu.

Film jest jasną, nieskomplikowaną w warstwie zdarzeń historią, pogmatwaną niemożliwie w warstwie emocjonalno-psychologicznej. Cały wysiłek i idea filmu jest – jak z tego pokomplikowania wyjść. Próby córki – przez niejedzenie, próby ojca – przez alkohol, próby obojga razem – przez terapie. Nic z tego nie wychodzi, sytuacja się nie zmienia i nie zmieni.

Ratuje ich poczucie humoru. Ostatnia scena, gdy siedzą naprzeciwko siebie i zaczynają się śmiać – najprostsze rozwiązanie z możliwych, często stosowane w życiu, tu jakby przeczuwane przeze mnie od początku, a jednak – nas wszechwiedzących zaskakujące. Nawet jury festiwalu w Berlinie. Na miarę Srebrnego Niedźwiedzia.

Nadzieja przez/w śmiech/u.