JAK jeść

Pan Borys je obiad.

Najpierw zupę, której nalewa sobie po wręby talerza. W prawej dłoni łyżka, w lewej kromka chleba. Pochylony nad talerzem, skupiony, nieobecny dla współbiesiadników.

Skończywszy zupę, bez słowa bierze się za drugie danie. Jeśli są to kluski w jakiejkolwiek postaci, np. spaghetti, pyzy, makaron  z serem – używa wyłącznie łyżki. Całą pyzę, dość pokaźnych rozmiarów najpierw gania po talerzu, potem przechyla tenże, by zatopić ją w sosie i pakuje do ust. Jeśli jest to kotlet z ziemniakami i jarzyną, spożycie wygląda tak: w prawej dłoni widelec, którym porcjuje mięso, następnie jedzie za nim widelcem po talerzu jak taczką, aż do złapania. Nigdy nie widziałam, żeby po prostu nadział mięso na widelec. W dłoni prawej nieodmiennie trzyma kromkę chleba, którą zagryza ziemniaki. Noża nie używa nigdy, bo nie ma trzeciej ręki. A jak wczoraj był ryż z sosem i ogórki konserwowe, w lewej ręce trzymał tenże, odgryzając co chwilę.

Po zakończeniu spożywania wokół talerza pana Borysa ścielą się plamy zupy, sosu, okruchy chleba. Na brodzie i wąsach – także.

Dlaczego tu nigdy nie ma serwetek? – zagaduje do współbiesiadników jako esteta. Obrus też mógłby być biały z materiału, a nie ta cerata i cerata. Nie tak mnie mama i tata uczyli…

TRANSfer

No nie, w trans mnie ten wczorajszy teatralny "Transfer"pióra pana Stanisława Bieniasza nie wprawił. Powiedziałabym nawet – wręcz przeciwnie. Pan Waldemar Krzystek wyreżyserował ten spektakl w roku 2002 i baaardzo widać, jak w ciągu dziesięciu lat wszystko się wokół zmieniło.  My, aktorzy, rzeczywistość. Może tylko nieczyste zagrywki w piłce nożnej – nie. Nie do końca w każdym razie.

Pomysł na sprzedaż terenu podupadłego klubu sportowego przy pomocy nakłonionego do przegranej zawodnika, bo warunkiem jest spadek klubu do drugiej ligi, żadna nowość. Pomysł na przemyt narkotyków w remontowanym samochodzie, poprzez dorobienie w nim skrytki – też nie zaskakuje. Pomysł na zabranie za granicę i ożenek z dziewczyną w ciąży – już bardziej. Tym bardziej, że dziecko innego. Tak dobry jest Helmut, którego kreuje mój ulubiony aktor – pan Adam Woronowicz.

Okazało się po latach, że pan Adam znalazł się właśnie na wznoszącej, pan Marcin Dorociński – na bardzo wznoszącej, pan Marian Dziędziel – a jakże! Role, które po spektaklu zagrają – intensywne, gęste, świetne. W filmach, serialach, teatrach. Aż miło.

A tu mogłam popatrzeć, jak to się zaczynało…

Czy to MIŁOŚĆ?

Dawno się tak nie wynudziłam w kinie. Poszłam na film "Miłość" Michaela Haneke i ku swemu zdumieniu, już siedząc na widowni dotarło do mnie, że nie wiem nic, ale to zupełnie nic! o treści. Zwykle wcześniej trafiam na recenzje i jestem jakoś nastawiona. Tu wiedziałam tylko, że film zdobył Złotą Palmę w Cannes i widzowie komentowali: wbija w fotel, zaniemówiłem, nie mogłem dojść do siebie…

Myślałam, że o miłości.

A film jest o umieraniu. O procesie umierania, krok po kroku, od małego wylewu po większy, od częściowej niesprawności po zupełną, od chwilowej konieczności opieki, po całkowitą obsługę niesprawnego ciała. Genialna rola coraz bardziej niedołężnej Emanuelle Riva, świetna opiekującego się nią Jean’a Louis’a Trintignan. Opiekującego się cierpliwie i czule, choć żona od początkowych kłopotów ze zdrowiem była tym skrępowana i próbowała, na miarę swych coraz skromniejszych możliwości nie przedłużać tego stanu. Ale mąż nie ulegał sugestii innych, że może by do szpitala, może do hospicjum… Na pytanie córki – Isabelle Huppert – co będzie dalej? – odpowiada, że dalej będzie to samo, aż do końca. Kobieta histeryzuje, proponuje, by szukać innego lekarza, możliwości medycyny, nie potrafi spokojnie przyjąć umierania matki.

Piękne było to, że aktorzy porozumiewali się po francusku, piękne było mieszkanie w starej kamienicy Paryża, piękny brak kłopotów finansowych starych ludzi, piękne ich zainteresowania literaturą, sztuką. 

Ale – poza tym – we mnie cisza.

Może jak się przerobiło taką sytuację we własnym życiu, przepracowało własną komórką, krwinką, neuronem, to obraz już nie zadziała? Się uodporniło?

Może ta nagroda dlatego, że Rok Seniora, a Zachód uprawia od lat kult młodości, umierających bliskich oddając na ten czas obcym?

ILUZJE, czyli miłość

W poniedziałkowym Teatrze Tv na żywo po raz pierwszy sztuka autorstwa sławnego w Polsce Rosjanina – dramatopisarza i reżysera – pana Iwana Wyrypajewa, w reżyserii pani Agnieszki Glińskiej.

Z Teatru na Woli.

Nie lubię tego teatru z powodu umieszczenia sceny w środku widowni. Część widzów musi oglądać sztuki od strony pleców aktorów, albo z boku. Też mi tak raz wypadło. Ale przed samym wygaszeniem świateł zaryzykowałam i przebiegłam do najlepszego rzędu, na najlepsze miejsce. Na szczęście żaden vip mnie nie wygonił.

Świetnie pomyślana sztuka, właściwie – opowiadanie. Czwórka aktorów, panie: Dominika Ostałowska, Dorota Landowska i panowie: Krzysztof Stroiński i Łukasz Lewandowski opowiadają historię dwóch zaprzyjaźnionych małżeństw z ponad pięćdziesięcioletnim stażem, a szczególnie kto kogo naprawdę kochał, choć myślał, że kochał wiernie żonę/męża. I co to jest prawdziwa miłość. Jeśli nie jest wzajemna, to nie jest prawdziwa – powtarzają co i raz.

Aktorzy nie nadużywają środków, wszystko jest lekko zamglone, tak jakby było opowiadane podczas spotkania towarzyskiego. Niestety kamera skupiona jest na opowiadającym,  nie widać interakcji pozostałych, które występują i wzbogacają niepomiernie odbiór. O czym poinformowała mnie znajoma, która wcześniej oglądała sztukę w teatrze. Świetna, skupiająca i wyciszająca forma w czasach, gdy na scenie wszystko musi lśnić, błyszczeć i wibrować.
 
Obejrzałam ze spokojnym zainteresowaniem.  I refleksją, że chyba już tylko w teatrze zdarza się, że tyle osób słucha monologów innych osób bez słowa, bez złośliwości, bez głupich min, bez komentarza, bez riposty, bez przerywania, wtrącania, bez krzyku…

To piękne i smutne.

Old is GOLD but it old is young

Jakimś szóstym zmysłem, zamawiając książki w internetowym empiku, pomyślałam, że zajrzę jeszcze do T.Love. Zespołowi świetnie się wiedzie, sądziłam, że rozleniwiony sukcesem i pełną kiesą, a i rozbity konfliktami, odpuścił pisanie nowych rzeczy. Było to jakieś pięć tygodni temu i nikt jeszcze nie promował nowości. Okazałam się psem z węchem wyczulonym na tę muzykę. Miałam fart, w przedsprzedaży była nowa płyta.

Od kilku dni słucham, podziwiam, rozkładam na czynniki pierwsze w poszukiwaniu ich inspiracji. I oto mamy tam, szanowna publiczności, tak: motywy country, irlandzkie, etniczne, francuskie, rockowe z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, plumkający walczyk tak na oko lata czterdzieste, pianinko, gitarki, akordeonik, harmonijkę ustną, mandolinkę, trąbki, ksaksofon i co tylko sobie chcemy – przebogato. A jednak to jest Muniek Staszczyk & co.

Warstwa tekstowa: motywy autobiograficzne, z przewrotnym Lucy Phere" na czele, czyli próbą opisania dlaczego zawędrowałem tak wysoko. Kto zna życiorys lidera, jego wypowiedzi, ten wie. Tradycyjnie język polski miesza z angielskim w jednym tekście. Licentia poetica. Ale wprowadza też słowa niecenzuralne (jak głupio pisać tę przemądrą nazwę w tym kontekście), które świetnie się sprawdzają i nie rażą. A już motyw "Pierdolę fejsa" jako wyraz niechęci do cyberświata pewnie wejdzie do kanonu języka nie/młodych Polaków. Ciągle drapieżnie chętny kobietom, z ostrą jazdą damsko-męską w utworze "Moja kobieta", jednocześnie jak dojrzały, mądry mężczyzna, okazuje podziw dla żony, która nie miała z nim lekko.

Krzysztof Varga, recenzując tę płytę zatytułował swój tekst "Zygmunt Stary". Eee, jednak ciągle Zygmunt August.

Młody mężczyzna z bagażem lat.

PIELGRZYMI

Dałabym głowę, że już o tym spektaklu pisałam, bo mam go mimo lat – premiera w 2001 – w pamięci. Wszelkie rozważania: dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? – drążą mnie od zawsze i każdy kamyczek do tego ogródka trafia w cel. Mam naiwne przekonanie, że jeśli zrozumiem/-y , będziemy potrafili naprawić, zaradzić.

Mam w pamięci opowieści z takichże pielgrzymek po sanktuariach Europy, na których pracowicie, rok w rok bywali znajomi. Po powrocie oglądaliśmy setki zdjęć, a opowiadanie o istocie podróży zajmowało jedną czwartą. Pozostała to były wspomnienia, że tak powiem, cywilne. A najważniejsze, że przy okazji taniej wycieczki, dało się zwiedzić całą Europę. Wprawdzie z okien autokaru, ale zawsze. Potem, przez kilka lat w pokoju Matki Rodzonej stałą plastikowa buteleczka w kształcie Matki Boskiej z cudowną wodą z Lourdes. Któregoś dnia komisyjnie odkręcono zakrętkę-koronę i okazało się, że woda cuchnie niemożliwie po tych kilku latach oczekiwania, że będzie potrzebna do dokonania cudownego uzdrowienia.

Pomysł pielgrzymki jako możliwości pokazania  ludzkich postaw, wykorzystał pan Marek Pruchniewski, autor dramatu słodko-gorzkiego. Rzecz wziął na warsztat pan Maciej Dejczer i wyszła rzecz znakomita. Każdy z pielgrzymów ma za sobą, albo i w sobie głęboki osobisty dramat. Rozterkę, problem. Wszystko się ujawnia wraz z coraz bardziej męczącą, upalną, trudną drogą. I jak to Polacy-katolicy, ani przez chwilę nie kierują się miłosierdziem bliźniego, za to co i raz oceniają, krytykują, przydeptują winnych zaniedbań, niefrasobliwości, nieostrożności. Szpila w serce i niech boli. W końcu nie o to chodzi, żeby jedni drugich ciężary nosili. Niech se każdy nosi sam, a mnie ma być wygodnie, lekko i komfortowo. I żeby nikt nie chrapał. A tę aktorkę, co to pali i popija, i wydaje się jej, że miała widzenie, to nie słuchać, bo nie dotknęłam, więc nie uwierzę. A, że kolana zdarła do krwi, i w twarzy ma otchłań błogostanu, to przecież nic, to gra. Wszak ona aktorka. A ten ksiądz to dlaczego tak na tę kobietę pożądliwie popatruje? Gorszy wszystkich, gra z jej synem w piłkę: żadnego przebaczenia nie będzie. Ksiądz to ksiądz i ma być wzorem. Żadnych słabości.

Jasny punkt w tej skłóconej ciżbie ludzkiej stanowi wyciszony, refleksyjny ojciec Jacek. Jedyny mądry człowiek na właściwym miejscu. Aż chciało się słuchać jego słów, jego uwag, jego przemyśleń.

Wszyscy bez wyjątku aktorzy znakomicie rysowali swoje postaci. No i pan Grzegorz Halama, kabareciarz, który chciał przedtem zostać aktorem. Dałby radę jak nic.

Po czy NA

Pójdziesz po zakupy, mawiała Matka Rodzona. Do spożywczego po podstawowe jedzenie: mleko, śmietanę, chleb, bułki, cukier. Biały ser nie, bo biały ser nagminnie był skwaśniały, a żółtego nie było w ogóle. Po zakupy, czyli siatka, portmonetka, konkret, obowiązek, sprawa do załatwienia, często bez oczekiwanych rezultatów, bo zabrakło. Żadna przyjemność. Zadanie do wykonania.

Teraz się chodzi na zakupy. Czyli po nic konkretnego. Ot, się pochodzi po przepełnionych wszystkim olbrzymich, zamkniętych powierzchniach, coś się wybierze, ale najwięcej się poogląda, pomarudzi. Na zakupy jak na wycieczkę, na spacer, dotkliwiej – na polowanie. To sposób marnowania czasu.

Ja ciągle jeszcze chodzę po zakupy.

OSKAR i…

Wiemy już, że śmierci nie ma. Istnieje wyłącznie wieczna młodość, naprawiana skalpelem, masażem i wszczepiana implantem. A jeśli już się okaże, że jest i to w dodatku tuż, tuż, to uciekniemy od niej, będziemy udawać, że się nie zdarzy. Zupełnie jak rodzice dziesięcioletniego Oskara, chorego na białaczkę, któremu pozostały do końca zaledwie dni. Rodzice uciekną od syna i prawdy, za to pojawi się pani Róża, była zapaśniczka, która zajmie chłopca propozycją przedstawiania codziennie Panu Bogu jednej prośby i wypełni mu dni całym życiem przeżytym w skrócie. I będzie z dzieckiem poważnie rozmawiać o tym, co go czeka.

I takie oto, poruszające rzeczy przedstawił nam wczoraj, czyli w okolicy pierwszego listopada, Teatr Tv. Premiera sztuki napisanej na podstawie książki Erica-Emmanuela Schmitta w reżyserii pana Marka Piwowskiego była w roku 2005, ale temat nigdy nie przestanie wszak być aktualny.

Pięknie, intymnie wręcz zagrali Maciej Matulka i pani Agnieszka Mandat. Tak, byśmy się przestali bać, spokojnie czekali na nieuchronne. Bo według mnie pani Róża to nie zapaśniczka. To jest anioł.

Anioł Śmierci.