Lustereczko powiedz, czyli u fyzjerki

Wróciłam od fryzjerki. Znowu nie byłam ładna.

A ty co czujesz jak wracasz? pytam koleżankę z wojska. Zwykle jestem niezadowolona. Idę przygotowana do zajęć, wiem czego chcę, czasem mam ze sobą zdjęcie z kolorowego pisma. Ona patrzy, ja mówię, ona mhm, mhm i wydaje się, że zrobi tak samo. A ona ciach, ciach po staremu, a te uzgodnienia to dla uspokojenia ofiary. Żeby sobie przysnęła, wyciszyła się, a jak się obudzi i włoży okulary, to będzie już za późno. I zapłacić trzeba, choć się jest niezadowoloną. Ostatnio chciałam, żeby mi tak pofalowała te włosy, taka lekka trwała na grubych, żebym tylko umyła, roztrzepała i już. A ona mi takiego pudla zrobiła, hełm sztywny. Ze dwadzieścia lat dołożyła. I pokazuje lusterkiem tył fryzury, chwali, och jak pani ładnie wygląda. Jestem grzeczną dziewczynką, więc się uśmiechnęłam, omiotłam niewidzącym wzrokiem dzieło, zapłaciłam i w domu – pod kran. A szukałaś kogoś innego? Szukałam, ale nigdy nie byłam zadowolona. Teraz chodzę cały czas do tej samej, bo blisko, a i nie lubię ludziom przykrości robić.

W miejskiej komunikacji widzę inną. Też z wojska. Mam takie pytanie, mówię. Jak reagujesz po fryzjerze? Czy zawsze tak samo, czy za każdym razem inaczej? Oj, bardzo lubię chodzić do fryzjerki. Tej samej od lat. Potem czuję się taka elegancka, młodsza. Jakbym skrzydeł dostała. Patrzę w szyby wystaw i jest mi fajnie. Przychodzę do domu i czekam, aż któryś powie: O, jak pięknie wyglądasz. Nic z tego. Pierwszy zawsze zauważa mój kot. Od drzwi łazi za mną i mnie obwąchuje. A oni… Musi dużo czasu upłynąć. Czasem macham im tymi włosami przed oczami, pytam: No i jak? Ale co jak? No i psują mi humor, ale mam ich w głębokim poważaniu. W końcu lustra mówią mi dokładnie to, co czuję.

nieŚMIERTELNA Szaflarska

W poniedziałkowym Teatrze Tv bęc zmiana z powodu odejścia pani Zofii Danuty Szaflarskiej. Nagłego odejścia, bo jak się żyje ponad setkę, ciągle jest się w niezłej kondycji, mało, pracuje się dość intensywnie, to ja przynajmniej mam wrażenie, że śmierć odpuściła.

I oto kapitalna „Daily soup” Amanity Muskarii w reżyserii pani Małgorzaty Bogajewskiej, spektakl przeniesiony z Teatru Narodowego. Premiera telewizyjna z roku 2012.

Wczoraj patrzyłam na to jak na ćwiczenie dla pani Danuty, kreującej Babcię, ze starzenia się i umierania. Jeszcze ta śmierć nie naprawdę, jeszcze udawana. A obok w roli Matki, pani Halina Skoczyńska w pełni sił, prawie sześćdziesięcioletnia. I to ona pierwsza, bez sensu, nieoczekiwanie odeszła w maju 2016.

Dziwnie mi się to oglądało.

A wieczorem w Tv Kultura znów bęc zmiana, mistrz Łomnicki ze swoim dwudziestopięcioleciem odejścia zupełnie nieważny wobec świeżości wydarzeń, dotyczących pani Danuty. Starą śmierć wypiera nowa.

Wzruszający, motyli film z panią Danutą Szaflarską, powstały dziesięć lat temu z ręki pani Doroty Kędzierzawskiej. „Pora umierać” nie okazała się profetyczna. Dobry przedwojenny materiał, jak mawiali o kondycji współczesnego pani Danucie pokolenia, powiedział z wdziękiem śmierci: „Niech się w dupę pocałuje” i zaszczycał nas swym urokiem osobistym jeszcze dekadę.

nieUFNOŚĆ

Stoję w ogonku do stoiska mięsnego. Przede mną wiekowa matka z dorosłą córką. Schorowaną, powykręcaną, z takąż twarzą. Ale uśmiechniętą i – jak się za chwilę okaże – w pełni sprawną umysłowo. Wstawiły do kolejki wielki wózek i chodzą, zaglądają na inne stoisko, wychylają się zza kolumny miedzy stoiskami. Wózek waruje, nie proszą o wędliny, choć jest już ich kolej. Czekamy na panią Danusię, mówi córka. Może zaraz przyjdzie. Rozglądają się, zaglądają obok, nic. Nie ma chyba pani Danusi, mówi w końcu jedna, ni to do ogonka, ni to do ekspedientki na posterunku.

Ta krakowska to świeża? Świeża, odpowiada Niedanusia. Poproszę trzydzieści deko pokrojone. Dostaje.
A te makrele dzisiejsze? Dzisiejsze, odpowiada Niedanusia. Poproszę jedną.
A ten ser żółty, ten radamer ze Spomleku, to jaki w smaku? Lekko słodkawy, ale smaczny. Poproszę dwadzieścia deko.
A ta szynka krucha, to dobra? Nie wiem, nigdy jej nie jadłam, pozwala sobie Niedanusia.

Córka odbiera paczuszki i starannie układa w wózku. Po wszystkim cicho mówi: Pani Danusia to by nam dała wszystko świeże i pyszne, a tak to nie wiadomo.

Szalbierz ŁOMNICKI

W dniu świętego Walentego, jakby na przekór cukierkowej słodyczy ulic, w Tv Kultura spektakl śmiertelnie poważny: „Szalbierz” autorstwa György Spiró w reżyserii pana Tomasza Wiszniewskiego. Z roku 1991. Wprawdzie  nie opowiedziałabym fabuły (mocno zajmującej) przed, ale pamięć kreacji pana Tadeusza Łomnickiego pozostała nienaruszona.

Wczoraj też przed telewizorem z wzrokiem wbitym w ekran po to, żeby w drobnym geście, w najmniejszym drgnieniu mimiki dostrzec i odkryć sekret: dlaczego Łomnicki mistrzem był. Gdzie jest ta różnica między pracą jego, a pracą wielu wybitnych aktorów, tworzących ten spektakl?

I gdzieś tak pod koniec na powyższe pytanie odpowiedziałam sobie: różnica jest we wszystkim, a nadto – w nieprawdopodobnej wręcz wirtuozerii operowania słowem; każde jest inne, każde ma swój rytm, bywa nienaturalnie spowolnione, lub nieznacznie przyspieszone; każde ma swoją siłę, każde jest po coś. Właściwie każde jest dotykalne, z każdym mistrz może zrobić wszystko. To panowanie nad warsztatem, nad mimiką, nad każdym gestem, świadomość po co się jest na scenie i co się chce środkami aktorskimi osiągnąć, jest powalająca. I tak leżałam powalona kreacją, zachwycona niemożliwym a jednak osiągalnym i zauważyłam, że mistrz grał i jednocześnie kontrolował jak gra. Kabotyn, pomyślałam, ale daj nam Boże samych takich kabotynów na scenie.

I jeszcze teatr w teatrze, wybitny aktor grający wybitnego aktora – Bogusławskiego. I jeszcze pokazywanie prowincjuszom z Wilna jak należy się zabierać do reżyserowania, grania, czytania scenariusza. I jak można wykorzystywać sztukę dla polityki albo politykę dla sztuki.

I credo Bogusławskiego/Łomnickiego, który w pewnej chwili mówi: Nigdy nie odsłaniam się bezpośrednio, a inni na scenie są tacy jak w życiu…

 

Wisłoccy: sztuka niekochania

Wszyscy, którzy wypowiadają się o małżeństwie Wisłockich, jako że film w kinach, nie zaprzeczając oczywistym faktom, podają je tak, jakby Michalina nie miała uczuć. Ot tak, no zdarzyło się, mąż wprawdzie kosił wszystko co się rusza, był panem i władcą, ale Michalinie to przecież nie przeszkadzało. Michalina go kochała, ba oboje bardzo się kochali, tylko byli niedobrani w łóżku.

Dała pokój przyjaciółce ze szkoły, zaproponowała, by mu służyła w łóżku, a Wanda no coś ty, przecież go nie kocham. Ale się zakochała, czego się nie robi dla przyjaciółki. I tak sobie przez kilkanaście lat współżyła z jej mężem, odciążając ją w tych sprawach, ale przecież nie na oczach, a nadto to nic, miała większy temperament, a Michalina święty spokój do pracy.

Stach wprawdzie nie chciał dzieci, ale je zrobił, bo zarzuciła mu Michalina, że pewnie niepłodny. To jej pokazał. Ale najpierw pokazał Wandzie; Michalina, że to przecież nic, że nic się nie stało, ona to załatwi i weźmie na siebie, bo Wanda nie może być przecież matką, skoro panienka. I wychowuje bliźnięta jedno miesiąc starsze od drugiego.

Wanda poznaje w aptece Jana, nie chce być już panienką-nałożnicą, dziękuje bardzo i pakuje walizkę. Stach dotknięty do żywego, dwie kobity w dwóch łóżkach, przyzwyczaił się, czy mu czegoś brakuje? I rzutem na taśmę decyduje, że po co mu taka żona, ani nie sprząta, ani nie gotuje, ani nie pierze, ani nie prasuje, w łóżku zimna ryba. A Wanda wręcz przeciwnie, ożeni się z Wandą. Nie będzie sobie jakiś Jan z jej temperamentu i jego wkładu w wykształcenie kochanki śmietanki spijał. A ta suka poleciała do żony i wszystko jej opowiedziała, że jej zaproponował ślub. Michalina się wściekła, bo zdradzać to proszę bardzo za pozwoleniem, ale rozwód? Zdrada, zdrada, zdrada. Wynocha.

Ale co to do cholery za porządki, żeby go wyrzucała? Przecież mogą się rozwieść, ożeni się z Wandą i nadal będą mieszkać razem i sobie współżyć, skoro do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Jednak Michalina nieugięcie go wyrzuciła, więc się wkurzył i oburzył, i wykrzyczał dzieciom, że ich już nie ma, nie zna i – niech spadają. Dzieci zostawiają Michalinie, w końcu jakaś kara musi być. Syn dowiaduje się w wieku kilkunastu lat od Wandy, że był nibysynem Michaliny. A to ona jest matką właściwą i teraz już będą razem. Pewnie opowiada mu też Michalina, skąd się wziął i jak sobie przyjemnie z jego mamą żyli. We troje robią mu koniec świata.

Ale generalnie wszystko cacy, Michalina prowadzi leczenia, badania, pisze książkę, pomaga kobietom w tych sprawach, ma romanse oraz jednego marynarza, który – bywając w burdelach całego świata – jest biegły w sztuce kochania i rozbudza seksualność Michaliny i ona wreszcie poznaje te nieziemskie rozkosze. Wprawdzie w międzyczasie nibysyn nie potrafi się odnaleźć w sytuacji, którą rodzice mu sprokurowali, marnuje się, w końcu zapija, ale cóż to za problem, skoro Michalina leci do nieba, Wanda została mężatką, a Stach posiadł jeszcze kilka żon i nie tylko.

Taki sobie nakręcili w życiu film o hipokryzji.

Aż nie do uwierzenia.

MYŚL na dziś

Kalendarz kulinarny 7 lutego. Na odwrocie przepis na galaretę z nóżek, pod datą złota myśl Ernesta Hemingway’a:
 
„Inteligentni ludzie są często zmuszani do picia, by bezkonfliktowo spędzać czas z idiotami.”
 
Zdawałoby się, że pisarz w zdaniu nadrzędnym sugeruje siebie, ale znając jego upodobanie do trunków, nienajłatwiejszy charakter…
 
Co za przewrotność.

DWIE pieczenie

Niedawno otwarty mięsny sklep firmowy pewnie by szybko splajtował, bo na tej niedługiej ulicy aż cztery, gdyby nie pieczyste. Mają tam piec i od poranka pachnie powiązaną sznurkiem i wyturlaną w przyprawach, a teraz dochodzącą szynką, schabem, łopatką i boczkiem. Omamieni zapachem stoimy w kolejce i czekamy na uroczyste wyjęcie blach, by natychmiast uzgodnić między sobą kulturalnie, kto co bierze. Jest jeszcze trochę czasu, więc gadu gadu, gadu gadu ale i ucho w pogotowiu, bo oto wpada do prawego: … to taka Marysia, bardzo miła osoba, męża miała wojskowego, w kasynie pracowała, mieszkanie po nim służbowe, pewnie teraz wykupione. Został jej od niego chłopak, co to niby pracuje, niby nie, teraz gdzieś się przyjął, chyba do tej firmy co metalowe rzeczy robi. Ale nie tej starej, tylko takiej nowej co założyli i robią zagranicę. A wcześniej to narkotyki sprzedawał, jak to młodzi. Jak się rozwiodła z tym pierwszym mężem to jakiś podleciał i dwóch chłopaków jeszcze miała, bliźniaków. Jeden to taki kulawy, a ten drugi to bardzo pracowity, od razu go do tej fabryki przyjęli, pewnie zdolny. A ten kulawy to coś skończył ale nie chcą go przyjąć, bo kulawy…  
A po chwili do lewego: … Śliwiński to ten mój kolega z chłodni, razem pracowaliśmy parę lat, no ten, co kręcił z nieboszczką Tomczakową …

Tu zazgrzytał zamek pieca. A żal.