Rupiecie, czyli ŻYCIE

 Rzeczy w domu i na podwórku przybywało, zmieniały swoje funkcje, rozpadały się, niszczyły i brudziły. Jeśli już zdaniem dzieci kompletnie się zużyły, mówił na odczepnego: Wynieś do garażu. Tam rosła sterta starych butów, zepsutego sprzętu AGD, rurek, wytartych ręczników, kołder, wyszczerbionych kubków, starych gazet…

Niczego nie można było wyrzucić.

Gdy przyjeżdżali, samochód musiał stać na podwórku. Posprzątam garaż, pomyślał zięć i wyczekiwał momentu, kiedy teść wyjdzie pracować w polu. Wtedy szybko pakował rupiecie w worki i już, już, miał to schować w bagażniku i udawać, że nic nie wie, gdy teść szóstym zmysłem wyczuwszy sytuację, wracał do domu. A co to? Posprzątałem garaż. Cooo? Podnosił worek po worku, wysypywał zawartość i wyciągał wszystko, co jego zdaniem jeszcze się przyda. Samochód dalej stał na powietrzu.

Ten narożnik już się do niczego nie nadaje – powiedziała córka, gdy wstała rano z obolałym kręgosłupem. Powycierany, powgniatany. Wyniesiemy go. Cooo? To ja tyle nocy przestałem w kolejce, tyle się namęczyłem, a ty go chcesz wyrzucić? Nie. Przenieś mi do kuchni, gdzie śpię. Ale się nie zmieści. To się urżnie kawałek i się zmieści.

Tę betoniarkę zrobił własnoręcznie. Złota rączka mówili o nim we wsi. Służyła do budowy domu, ktoś czasem pożyczył. Ale od dwudziestu stała bezużytecznie na środku podwórka, zapaprana betonem, pordzewiała. Kiedy ojciec był w polu, załadowali na przyczepkę. Wywieziemy na złom. Jeszcze parę złotych z tego będzie. Stać! – krzyknął. A wy co? Chcemy oddać na złom. Przecież do niczego się już nie przyda. Nie dyskutował. Zepchnął z przyczepki, postawił w tym samym miejscu.

Co za człowiek – narzekały dzieci. Co za uparciuch. Po co mu te wszystkie rupiecie?

To nie rupiecie.

To jego życie.

Nie pozwoli go wyrzucić.

MASŁOWSKA z Jarzyną

TR Warszawa przyjechał pod mój dom ze spektaklem "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej. Od paru lat jestem fanką ich teatralnej drogi, interpretacji i braku lęku przed trudnym repertuarem. Od pierwszych fraz " Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" jestem też fanką twórczości Doroty Masłowskiej.

No to przecież nie mogłam nie pójść i nie zobaczyć.

Prosta geometryczna scenografia, jeszcze w półmroku. Na widowni usadzani są ci, którzy mieli szczęście na parę wejściówek. Także połowa trupy aktorskiej miejskiego teatru. A przed moim nosem – pan Bartłomiej Kasprzykowski, mężczyzna rozmiarów jak najbardziej słusznych. Oglądał rzecz zawodowo. Zapewne podglądał warsztat i nie śmiał się prawie wcale, przez co mój śmiech wiązł mi w gardle. Bo może śmieję się niestosownie?

Pani Dorota przeorała dogłębnie i boleśnie nasze polskie jestestwo wojenno-komunistyczno- kapitalistyczne. Inteligentnie, ironicznie i złośliwie wyśmiała wszystko, czego wyśmiać się dotąd nie poważono. A może i odważono, ale ona zrobiła to inaczej, po masłowsku. Dlaczego – pyta Mała Metalowa Dziewczynka – w Ameryce jest Ameryka, w Niemczech są Niemcy, nawet w Czechach – Czechy, a tylko w Polsce jest Polska? A głos dobiegający z Radia, opowiada historię Polski zaczynającą się tak: " W dawnych czasach, gdy świat rządził się jeszcze prawem boskim, wszyscy ludzie na świecie byli Polakami…"

Aktorstwo znakomite. Z panem Adamem Woronowiczem, którego wielbię od lat za specyficzną przeczystą dykcję, osobność i intymność, mimo gry w zespole. Tu kreował Mężczyznę, nawiedzonego reżysera, który filmem "Koń, który jeździł, konno" zdobył wszystkie nagrody świata oraz sławę… Ta niemożność oderwania oczu od artysty, który nie jest sam na scenie to chyba charyzma?
 
Interesujący był też pan Rafał Maćkowiak w roli zblazowanego aktora. I Edyta, kobieta – widz filmu, co do której zastanawiałam się, skąd ja znam ten sposób mówienia? Skąd ja ją znam? Majorkaaa…Majorka… zaczęło coś we mnie śpiewać. Ach, to przecież pani Katarzyna Warnke!

Potem oklaski, ukłony po ostatniej scenie z mistrzynią Danutą Szaflarską w roli Osowiałej Staruszki i panią Aleksandrą Popławską w roli Małej Metalowej Dziewczynki. Artyści robili to jednocześnie, równym rządkiem stojąc a to z tyłu,  a to z przodu sceny. Pani Danuta schodzi ostatnia. Maleńka, drobna, przygarbiona. Wzrusza mnie ten widok. Budzi czułość.

I taka wychodzę, to znaczy wychodzimy w noc.

SKÓRA chce do

To już się kończy. Nieuchronnie i nieubłaganie.

Już nie będzie można zakładać sandałków, japonek, klapków, czółenek, pantofli na bosą stopę. Już nie będzie tego poruszającego, zmysłowego uczucia dotykania skóry i skóry. Trzeba będzie się uskarpecić, zapończoszyć, wyrajstopić, spodkolanówkować. Przedzielić sztucznym naturalne. Zapomnieć, że tylko skóra i skóra dobrze się ze sobą czują. Do siebie pasują. Się lubią.

Ech… Luz blues, w niebie same dziuuury. Luz blues, skóra chce do skóóóry. Luz blues ostatni azyl, kaloryfer parzy, znów zaczęli grzaaać…

GETSEMANI

I oto oczekiwana i reklamowana premiera w Teatrze TV – "Getsemani " autorstwa pana Davida Hare w reżyserii pana Waldemara Krzystka.

Hare to specjalista w przenoszeniu na scenę polityki. Tutaj też, oparłszy się o epizod z córką pani minister spraw wewnętrznych – Magdy Cieleckiej, ukazuje  – delikatnie mówiąc – niepiękne kulisy gabinetowej polityki za czasów Tony’ego Blaira.

Słysząc słowo tytułowe wielekroć zastanawiałam się: a cóż to znaczy? Co to jest to getsemani? Zaintrygowana usiadłam w poniedziałek oglądać i rozszyfrowywać.

Obejrzałam, rozszyfrowałam, że moment przesilenia, lekko się wynudziłam. Czy tym, że temat przepychanek i gier politycznych, moim zdaniem, jest nieteatralny? Czy tym, że chwyt z narkotyzującą się i puszczającą córką pani minister, jako protestem przeciwko wiecznemu brakowi czasu dla dziecka, banalny i ograny? Czy tym, że śliska prywatność wywołuje kryzys rządowy? Czy tym, że świetni przecież aktorzy, byli tradycyjnie świetni, czyli niczym mnie nie zaskoczyli?

Czyli był to spektakl dla kogoś zupełnie innego.

MOJA CÓRECZKA Mireczka

I tak to jest, jak się nie zawiadomi, że się przyjedzie.

Wiem, wiem, w latach, gdy powstawało opowiadanie pana Tadeusza Różewicza "Moja córeczka", żeby zatelefonować do innego miasta trzeba było pójść na pocztę i w okienku zamówić międzymiastową. Się siadało i czekało. Pani łączyła i łączyła, czas leciał. Potem do kabiny i – rozmowa. A jak były święta, to rozmów nie było, bo poczta nieczynna. Wtedy po prostu wsiadało się w pociąg, czy autobus i przyjeżdżało znienacka oraz ku zaskoczeniu. Gość szczęśliwy, bo dotarł, odwiedzani… Można się domyślić. Na twarz wypełzał im niepokój, a co my damy wam jeść? W sklepach tylko tzw. podstawowe produkty spożywcze, a chleb i mleko – wyłącznie rano. Oraz kolejki.

Ale Henryk, kreowany przez pana Jerzego Trelę ma wszystko ze sobą, bo są święta, a on jedzie stęskniony do swojej córeczki. Jest chora, jak zawiadomiła koleżanka. W akademiku jej nie ma – mówi jedna pani – wyprowadziła się. Jeszcze sobie coś tłumaczy, jeszcze stara się zrozumieć. A potem… Pan Jerzy Trela niewiele mówi, gdyż zdumienie odbiera mu głos. Za to nie odbiera mu wyrazistej mimiki, którą gra tak, że nie mogłam oderwać oczu.  Rewelacja. A pani Edyta Jungowska w roli koleżanki Mireczki, w parę minut przechodząca od grzecznej panienki do cynicznej dziwki, wyciągająca od zdumionego i zniesmaczonego Henryka dwa "tatusie", czyli dwie stówki – to fragment, który zapadł w moją pamięć najmocniej. Świetnie ucharakteryzowany na menela Brudas, czyli mistrz Zbigniew Zapasiewicz, w jednej z pierwszych scen darowujący małej Mireczce jabłko, to jakby zła królowa z bajki, która czyha na Śnieżkę. Mireczka jabłko bierze, ojciec każe je oddać, bo żaden Brudas nie będzie mu brudził jego dziecka… Czy to jest klucz do zrozumienia dalszych losów dziewczyny? Która z porządnej, niewinnej panienki przeobraża się w prostytutkę?

Reżyser spektaklu Teatru Tv z roku 2000 pan Andrzej Barański jak zwykle podaje fakty, nie psychologizując. Wszystko wyciszone, niespieszne. Cenię tę stylistykę, mając przy nazwisku od razu przed oczyma cudowne "Dwa księżyce", gdyż rzadka.

Zdumiony ojciec do końca nie pojmie, dlaczego? Ja też nie.

Ale, może to przez brak telefonii komórkowej?

Clarke i KUNDERA

Dwie książki w tydzień.

Jedna Stephena Clarke’a "Merde. Rok w Paryżu". Nie, żebym autora fanką szczególną była. Zaczynałam od "Jak rozmawiać ze ślimakiem", bo od zawsze fascynowała mnie Francja. Dotąd nie było sposobności – tam, ale – przygotowuję się. Szczególnie oczy Anglika, obcokrajowca przecież, tu się sprawdzą. W "Merde", lekutkiej – jak by powiedział OR – powieści przemyca mnóstwo ciekawostek i informacji o tym kraju. Bawią go wieczne strajki z byle powodu. Bawi czekanie na weekend już od poniedziałku. Śmieszy mówienie, np. dobrego dnia, po karczemnej awanturze. Taki obyczaj.

Lekko i szybko mi się przeczytało z powodu miesięcznego deficytu możliwości czytania.

Tę i następną książkę pożyczyłam z księgozbioru Drogich Ka. Miłego czytania – usłyszałam od właścicieli.

Ta druga to "Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery. Już pierwsze zdania oszołomiły mnie. I wykonałam niemą do się pretensję: Jak mogłaś dotychczas tego nie przeczytać????

To nie literacki pop, jak w wypadku Clarka. To literacki geniusz. Dziesięć pięter wyżej, dwadzieścia trudniej.  Autor przycisnął mnie do ściany i pozbawił tchu. Z grubsza to historia losów kilkorga ludzi przed, w trakcie i po inwazji Związku Radzieckiego na Czechosłowację w 1968 roku. Ale jak to jest ujęte! Jak napisane! Całe trudne życie i losy jakby uniesione lekko nad ziemią, niedosłowne. Kundera pisze książkę oskarżycielską, ale żadnym słowem nie oskarża. Nie ma w niej agresji, nienawiści. Wszystko przychodzi i odchodzi bez pretensji, zwyczajnie. Nikt nie odwołuje się do wiary, Boga, a jednak to poddanie się bohaterów losowi jest postawą jak najbardziej  chrześcijańską. W głowie się nie mieści. Mnie – Polce, bo Czechom mieści się wszystko. Jak to możliwe, jak to możliwe? zadaję sobie pytanie i przypomina mi się
pizzeria w Bratysławie (no wiem, że Słowacja a nie Czechy, ale blisko i
pokrewnie), gdzie jadaliśmy obiady. Typ – stołówka pracownicza. Ozdoby
ścian to kolorowy śmietnik. Magda Gessler  od wejścia by to zerwała. W
tym bałaganie w jednym pomieszczeniu stały wespół ku ozdobie: popiersie
Lenina, popiersie Chrystusa w koronie cierniowej i cała figura cudnej
nagiej odaliski. Wszystko z zabejcowanego na czekoladowo drewna,
pociągniętego dla trwałości i połysku lakierem. Bylejakość, kicz i
paradoks. Kundera przywoływał filozofów, ja – knajpę. I jedno i drugie mieści mentalność.

Zachwyca erudycja autora i znajomość świata. Cudem są odwołania do filozofii, jakby tłumaczącej postawy bohaterów. Edyp, Parmenides, Sokrates, Kartezjusz i inni przenoszą nędzną po 1968 roku egzystencję Tomasza, Teresy, Szymona na wyższy, metafizyczny poziom. Przemyślenia Kundery co do sensu i stylu życia, międzyludzkich relacji, zależności są oryginalne i chciałoby się je zapamiętać na zawsze. Żal, że się nie da, bo tkane gęsto. Relacje tych samych zdarzeń z punktu widzenia każdego z bohaterów.

Paradoksy i sprzeczności, tragizm opisany spokojnym, grzecznym, refleksyjnym językiem.

 Mnóstwo seksu, który nie ocieka spermą i śliną, a jest przyjemną zabawą gimnastyczną i motywem do kolejnych przemyśleń i wniosków bohaterów. Tak jakby kochały się rozumy a nie ciała. Przeciekawa koincydencja miłość-komunizm-seks. Trzy dominujące motywy. Trzy dojmujące cierpienia.

Tytuł "Nieznośna lekkość bytu" – poetyczny, frapujący.  Bo znaczy, ale i piękny jest sam w sobie.

To arcydzieło.

Muszę zrobić przerwę przed kolejną lekturą, bo brak mi tchu na myśl.

Ciągle NIEPOKOJĄCY FRYZJER

Wczoraj w Teatrze Tv jeszcze raz sztuka "Fryzjer" panów Macieja Pieprzycy i Bartosza Kurowskiego, w reżyserii tego pierwszego. Obaj scenarzyści warci zapamiętania, ponieważ rzecz jest napisana genialnie i cienko w dobrym tego słowa znaczeniu.

Znam, widziałam, pisałam o niej czwartego grudnia dwa tysiące siódmego. Przeczytałam, jak odebrałam wtedy. Teraz zobaczyłam nieco inaczej. Dokładniej usłyszałam.

Fryzjer, człowiek z przeszłością, przybył do miasteczka Wieluń, ożenił się z bogatą kobietą, właścicielką zakładu fryzjerskiego i paru kamienic przy rynku. Sporządzili przedślubną intercyzę. Dlaczego się ze mną ożeniłeś? – pyta ona. Potrzebowałem spokoju – mówi on. Spotyka miasteczkową lolitkę, która uwodzi bogatych mieszczan, robi im zdjęcia w niedwuznacznych sytuacjach i wyciąga kasę za milczenie. Majorka… Majorka… – nuci, bo taki jest cel jej życia. Wyjechać, nigdy nie wrócić. Policja znajduje jej zwłoki w lesie przy drodze. Miasteczko wie, że to fryzjer, z którym romansowała. Fryzjer zeznaje przed prokuratorem. I tu niedokładny, ale cytat: Po latach człowiek godzi się na żonę z grubymi nogami, na brak dzieci, chodzenie razem na mszę w niedzielę, harówę, nudę codzienną, brak egzotycznych podróży, rosół na obiad w niedzielę… Ja w niej spotkałem te wszystkie rzeczy, których nie miałem: potrawy, których nie próbowałem, te egzotyczne podróże… Po co mi pan to mówi – pyta prokurator. Żeby poznał pan prawdę. Jaką prawdę? Mnie tylko obchodzi: zabił pan, czy nie?

Musisz wszystkim powiedzieć, że cię omotała, że cię naciągała na pieniądze – krzyczy żona. Ja jej nie płaciłem. Musisz wszystkim powiedzieć, że to była zwyczajna dziwka – domaga się żona. Ja ją kocham… – mówi cicho on.

Fryzjer zabił. Ale przecież nie ją.