Rzeczy w domu i na podwórku przybywało, zmieniały swoje funkcje, rozpadały się, niszczyły i brudziły. Jeśli już zdaniem dzieci kompletnie się zużyły, mówił na odczepnego: Wynieś do garażu. Tam rosła sterta starych butów, zepsutego sprzętu AGD, rurek, wytartych ręczników, kołder, wyszczerbionych kubków, starych gazet…
Niczego nie można było wyrzucić.
Gdy przyjeżdżali, samochód musiał stać na podwórku. Posprzątam garaż, pomyślał zięć i wyczekiwał momentu, kiedy teść wyjdzie pracować w polu. Wtedy szybko pakował rupiecie w worki i już, już, miał to schować w bagażniku i udawać, że nic nie wie, gdy teść szóstym zmysłem wyczuwszy sytuację, wracał do domu. A co to? Posprzątałem garaż. Cooo? Podnosił worek po worku, wysypywał zawartość i wyciągał wszystko, co jego zdaniem jeszcze się przyda. Samochód dalej stał na powietrzu.
Ten narożnik już się do niczego nie nadaje – powiedziała córka, gdy wstała rano z obolałym kręgosłupem. Powycierany, powgniatany. Wyniesiemy go. Cooo? To ja tyle nocy przestałem w kolejce, tyle się namęczyłem, a ty go chcesz wyrzucić? Nie. Przenieś mi do kuchni, gdzie śpię. Ale się nie zmieści. To się urżnie kawałek i się zmieści.
Tę betoniarkę zrobił własnoręcznie. Złota rączka mówili o nim we wsi. Służyła do budowy domu, ktoś czasem pożyczył. Ale od dwudziestu stała bezużytecznie na środku podwórka, zapaprana betonem, pordzewiała. Kiedy ojciec był w polu, załadowali na przyczepkę. Wywieziemy na złom. Jeszcze parę złotych z tego będzie. Stać! – krzyknął. A wy co? Chcemy oddać na złom. Przecież do niczego się już nie przyda. Nie dyskutował. Zepchnął z przyczepki, postawił w tym samym miejscu.
Co za człowiek – narzekały dzieci. Co za uparciuch. Po co mu te wszystkie rupiecie?
To nie rupiecie.
To jego życie.
Nie pozwoli go wyrzucić.