Więc kiedy padł nie wiadomo skąd pomysł, by rżnąć panów darmozjadów, to znikąd ratunku nie było, bo pany z panów się wywodziły, a tamci z panów jeszcze dawniejszych. Linia była słuszna, żadnej winy nie było, że krzywda swoim się zadziała. A potem ci, co pokrzywdzeni byli, krzywdę swoją wynagrodzić chcieli i sobie zadośćuczynić, gdyż tak się historycznie po sprawiedliwości należy, że najpierw jednym lepiej, potem drugim. Powoli się dźwigali, książki nosili, chałupy coraz większe ceglane budowali, a następni jeszcze większe albo i do miast się wynosili, gdzie nic nie trzeba było budować, bo władza dla nich budowała, bo zrozumienie i współczucie miała dla biedy i poniewierki. I tak ze wsi robiły się miasta i potomkowie już wsi nie znali, nie rozumieli, już książek za dużo czytali, już uniwersytety w głowie mieli, a jak tych mało, to i po lepsze zagraniczne sięgali, boć kark już nie zgięty, wyprostowany, a jakże.
Wszakże tym co książków nosić nie lubieli, albo i łociec w domu nadal robił wieś mówiąc: A na co ci te szkoły, ja prosty robotnik jestem i żyje, i dobrze się mam, i na kieliszek chleba zawsze wystarcza, to i ty możesz. Powiedziały jeim w telewizorze, że tamte sie wynoszo, mądralujo, nimi gardzo, że trzeba sprawiedliwość społeczno uruchomić, dopłacić za nowo pogarde i poniżenie, a może i zacząć nowych panów wyrzynać, choć oni z biedy takiej jak ich wyszli i korzenie wspólne.
Wyczuła to profetycznie Droga Es, zakładając Koło Gospodyń Wiejskich, bo któż założy lepsze, jak nie wykształcona kobieta z dużego miasta. A jakby co – zasłoni się zapaską.