… i kiedy po południu szedłem otworzyć świątynię, zwykle słyszałem stuk laski. To pani Misia szła do kościoła. Na mszy świętej była codziennie. I dzisiaj też jest, choć to już ostatni raz. Nie wiem, czy będzie jej tego brakować. Dożyła pięknego wieku.
Wyruszamy długim orszakiem w kierunku cmentarza, mijamy zieleniejące pola i zagajniki, w drodze powtarzając w różnych grupkach nowiny i plotki. Przed nami piękny chłopak w brązowej skórze, dżinsach, z kucykiem na głowie. Kto to? Kto to? niesie się ciche pytanie, bo życie zawsze się wpycha przed śmierć. Nie wiemy kto, ale widzimy: W jednej ręce niesie bukiet lilii – symbol niewinności, w drugiej torbę z dwiema paczkami jajek. Pani kwiaciarka pokątnie handluje nabiałem własnej produkcji.
I tyle z nas zostaje. Spacerujemy wzdłuż alejek, patrzymy na tablice nagrobne i komentujemy: Ten to się nażył, tamta mogła jeszcze pożyć, bo cóż to jest siedemdziesiątka dla młodej kobiety…
Po powrocie do domu spokoju nie daje mi myśl, że na cmentarzu nie widziałam znajomej blondyny, choć była w kościele, a wszelkie tego typu uroczystości traktuje z należytą powagą. I nie sposób jej nie zauważyć nawet w największej ciżbie.
Rano włączam telefon i czytam: Przytulam Cię mocno po odejściu na drugi brzeg ukochanej osoby. Niech Matka Boska otacza Cię płaszczem swojej opieki i daje siłę przetrwania. Pozdrawiam z całego serca.
Chciałam wiedzieć czy była i już wiem. Jestem wiedźmą.
Pomyliła numery.




