Oto MR i jej dzieci, które często wystawiała jak tarczę przed siebie, gdy chciała się przed czymś obronić. Ja mam troje dzieci, mówiła z naciskiem na troje, choć były już bardzo dorosłe i nie musiały występować jako powód do dalszego jej istnienia i łagodniejszego traktowania jej z tego powodu. Dziś znaczyło to: Nie zaczepiaj, bo przyjdą moje dzieci i… Sama broniła się z trudem, po krótkim, gwałtownym wybuchu, cichła i ustępowała, dopasowywała się do żądań, próśb i poleceń, chowając w sobie urazę.
Teraz, kiedy nie pamiętała już, że jej dzieci to jej dzieci, kiedy patrzyła na nie nieobecnymi oczyma i nie mogła używać ich jako tarczy przed światem, była zupełnie bezbronna i mogły z nią zrobić, co chciały. W najlepszej wierze i dla jej dobra, a ona nie krzyczała, że nigdzie nie pojedzie, nie cierpi się pakować i zostanie w domu. To mój dom! krzyczała rok temu, tu wszystko jest moje! Jej opór i stanowcze nie! którego się bały, nagle nie istniało.
Choroba skradała się powoli: najpierw nie umiała otworzyć drzwi kluczem, ani domofonem, potem obsłużyć telefonu, pralki, radia, zrobić zakupów, choć spisała je na kartce o której natychmiast zapomniała, ugotować zupy…
Ostatnio lubiła trzymać za rękę swoje dzieci, dotyk stał się dla niej najważniejszy: głaskanie, przytulanie było tak istotne jak jedzenie. A przecież jeszcze niedawno, kiedy krzyczała w panice: Umieram! Umieram! gdy próbowałam potrzymać ją za rękę, bo napisano w książkach, że tak trzeba w umieraniu, gwałtownie ją wyrywała. Teraz nie protestowała, nie reagowała też na opowieści: Znaleźliśmy dla ciebie nowy dom, będziesz tam miała koleżanki, lekarza, pielęgniarki, księdza i opiekę. Odpowiadała: Taaak głosem słabym i niepewnym, bo zawsze była grzeczna i łagodna. Wsiadła do czarnej limuzyny wraz z trzema torbami i dwojgiem dzieci, i pojechała. Nie zostało z tej chwili żadne zdjęcie, bo to w końcu żadna uroczystość, a byłby dowód zbrodni, przypominający im, co uczyniły. Został pusty dom, łóżko, które już zawsze będzie jej łóżkiem, pokój jej ukochanego synka, do którego się przeniosła, gdy tylko wyjechał w świat. Lubiła ubrania swoich dzieci, buty kapcie, przedmioty. Jeśli coś zostawiły podczas odwiedzin, natychmiast to ubierała i przywłaszczała. Jakby przed sobą samą udawała, że ciągle przy niej są.
Oddajcie mnie gdzieś powtarzała przed laty, kiedy choroba zaczynała rozgaszczać się w jej mózgu.
Szkoda mi ciebie, powiedziała kilka dni temu do mnie, chociaż nie wiedziałam z jakich czeluści wydobyła tak przytomne zdanie.
Bo przecież miało być zupełnie inaczej.