Ministranci

To film o idealiście zaplątanym w szarą codzienność. O chłopcu, który poważnie traktuje to w co wierzy i chciałby to realizować w życiu.

Jeśli to jest film o relacjach międzyludzkich, to jest to film dla mnie. Reżyser pan Piotr Domalewski zachwycił mnie swoim debiutem, czyli „Cichą nocą”. Wiedziałam więc, że także kolejny będzie ciekawy. Lata temu, przeczytawszy pierwszą powieść pani Olgi Tokarczuk, wiedziałam, że będę jej wierna do ostatniej. Tak samo mam z Domalewskim. Jest na co czekać.

Film jest tak pełen podtekstów, głębi, metafor, smaczków intelektualnych, że po wyjściu z kina miałam o czym myśleć przez parę dni. I o tych zawodach drużyn ministranckich, kto szybciej, kto szybciej? I o tym, że Biblia i nauka Chrystusa są potraktowane poważnie, ale bez nadęcia. To było świeże, odkrywcze? I o tym, że jeśli jest zbiórka na potrzebujących, to chłopcy nie mogą uwierzyć, że niekoniecznie? Jeśli dostarczają pieniądze potrzebującym, to kupują oni za to alkohol? Skoro są wierzący, skoro pomagają w kościele, to oczywiste jest, że pragną być dobrymi ludźmi?

Znaki zapytania poddają w wątpliwość idealizm tych dzieciaków, co potwierdza puenta filmu, wypowiedziana przez proboszcza: Ty tu nie pasujesz.

Pytanie pozostaje, to kto pasuje?

Poczta w prezencie

Podeszłam do bocznego stoiska na poczcie głównej, chciałam tylko znaczki do kartek świątecznych, a w innych kolejki z numerkami. To boczne było zastawione i założone rzeczami z przeznaczeniem na prezenty. Taka rupieciarnia, mająca przysparzać finansów chwiejącej się firmie. Pani poczeka, obsługuję klienta, powiedziała pani poczciarka, składając i klejąc taśmą pudełko. Klienta ani dudu, ale stanęłam za nim. Przybiegł z wielką, wypakowaną torbą sizalową, postawił ją przy nodze, wyprostował się i ujrzałam okrągłego jegomościa o pięknej, bardzo jasnej cerze, z długimi, siwymi włosami, w budrysówce z kolorowym, jedwabnym szaliczkiem wokół szyi. Skleiłam to pudełko, żeby panu prezenty nie wypadły. O, jak miło, że pani o tym pomyślała. Bardzo dziękuję, bardzo. A może pan obejrzy te książeczki dla dzieci? Chętnie. Wziął do rąk, otworzył w jednym miejscu. Piękna, powiedział, proszę mi doliczyć. A wie pan, mamy jeszcze takie książeczki świąteczne z nagraniem kolęd, jak się otworzy. Dla dzieci? Zobaczę, powiedział. Och, jakie to piękne, jak interesująco wymyślone. Pani naprawdę potrafi doradzić, jestem pani niezmiernie wdzięczny. Poproszę dwie. A pomyślał pan o słodyczach? Nie? To może jeszcze cukierki czekoladowe? Mamy różne rodzaje. Och, gdyby nie pani, popełniłbym błąd. Jak wyglądałaby paczka od Mikołaja bez słodyczy? Czy już wszystko liczymy, czy jeszcze się pan rozejrzy? Może warto włożyć do środka kartkę z życzeniami świątecznymi. Są gotowe, wystarczy podpisać. Jest pani skarbem, zachwycił się. Dołożył kartkę do torby. Już nic więcej by się tam nie zmieściło. Zapłacił, zabrał torbę, pudło i poszedł do stolika pakować. Wrócę do pani, uśmiechnął się zanim.

Kupiłam znaczki, wyszłam.

Kilka dni później potrzebowałam wysłać polecony. Osiedlowa poczta czynna od 8.00 do 18.00, przed dziesiątą była zamknięta. Szarpię drzwi, nie ustępują. Wtedy widzę przed nosem kartkę: czynne poniedziałek czwartek 10.00-18.00, piątek 13.00-18.00. Był piątek.

No widzi pan, tyle pan wydał i nie pomogło.

Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej

Nigdy nie budziła mojej sympatii. Począwszy od szkoły, gdzie na ścianie wisiały spore portrety pisarzy i poetów, Konopnicka w swoich groteskowych kapeluszach i sukniach zapiętych pod samą szyję była bardziej sztywna, niż panowie w garniturach.

W biografii pióra pani Magdaleny Grzebałkowskiej, do groteskowych kapeluszy dołącza groteskowe życie, które wówczas było zapewne całkiem zwyczajne.

Ówczesna prawie zwyczajność wyglądała tak: Po ślubie z wybranym przez ojca kandydatem, w ciągu siedmiu lat rodzi ośmioro dzieci. Przeżywa szóstka. W tej kwestii mąż okazał się niezwykle pracowity, w pozostałych – utrzymania rodziny – już taki nie był. Rozdawał chłopstwu co tam miał, leczył po swojemu. Maria widziała, że nic z tego nie będzie, ale rozwieść się – nigdy! Bo to wstyd dla kobiety. Za pozwoleniem męża wyprowadza się z dziećmi do ojca do Warszawy. Ciężko pracuje, by utrzymać siebie i potomstwo. Zdarza się, że wspiera finansowo męża, który uważa to za normalne.

Jedna z córek okazuje się psychicznie chora, umieszcza ją w szpitalu, ale później nie chce jej znać. Córka okazuje się kleptomanką, okrada tych, u których wynajmuje lokum. Prasa opisuje kolejne przypadki. Co za wstyd! W dodatku zachodzi w ciążę nie wiadomo z kim. Ani córki, ani wnuka poetka nie wpuszcza do domu. I tak przez lata.

Najmłodsza córka marzy o aktorstwie, kształci się w tym kierunku, finansowana przez matkę. Jest utalentowana, dyrektorzy teatrów chcą ją angażować. Córka się cieszy, matka cichcem pisze do dyrektorów, że w żadnym wypadku, bo to dla porządnej kobiety, a i jej rodziny wielki wstyd! Córka kariery nie robi. Nigdy się nie dowie, kto złamał jej życie…

Ciągłe przeprowadzki, długie wyjazdy zagraniczne, by leczyć chore gardło, potem serce. Życie z Marią Dulębianką, do której i o której mówi per: Pietrek. Kiedy umrą – Konopnicka pierwsza – Dulębiankę dołożą do jej grobu. Dzieci protestują, bo wstyd. Po kilku latach prochy Dulębianki trafią w inne miejsce.

Przeczytawszy, pomyślałam sobie: minęło sto lat, a obyczajowo – lata świetlne.

Pamięć zewnętrzna

Wtedy, gdy z niepokojem zauważyła, że nie poznaje ludzi, a jak poznaje to nie może sobie przypomnieć skąd, zaczęła zapisywać ich imiona i nazwiska i po myślniku – kim są. Rodziny sąsiadów, najbliższych syna, córki. Wypisz mi wszystkie moje wnuki, zażyczyła sobie któregoś dnia, i napisz które czyje.

Nie pamiętam jak się liczy, zauważyła któregoś popołudnia. Niemożliwe, powiedziałam, przecież jak nie możesz policzyć w pamięci, to zawsze możesz pisemnie. Napisałam kilka przykładów i z trudem, ale dała sobie radę. Dowód własnego tryumfu schowała pod stolik. Odetchnęła z ulgą, ale nigdy potem do niej nie zajrzała.

Mamo, dlaczego się dalej nie uczyłaś? spytałam wiele lat temu. Nie miałam pamięci, odpowiedziała.

Teraz znajduję te karteczki za pomocą których próbowała się ratować. I pytam siebie, czy gdyby od zawsze miała pamięć, musiałaby to robić?

Chłopki: opowieść o naszych babkach

Nasi dziadkowie i rodzice nie opowiadali ani o swoim dzieciństwie, ani o młodości. O domach rodzinnych, podejściu do coraz liczniejszej gromadki dzieci, pracy, biedzie, głodzie. O niemożności dorobienia się czegokolwiek, bo wszystko szło na wykarmienie rodziny. Mieliśmy im za złe kolejne dzieci w drodze, protestowaliśmy: Po co wam tyle dzieci? mówiła kiedyś babcia, jedna z dziewiątki rodzeństwa. Wtedy myślała, że rodzice lekceważą ich uwagi, a oni po prostu nie mieli pojęcia o metodach zapobiegania.

Jej brat z kuzynostwem udał się di Ameryki, przedstawianej wówczas jako kraj mlekiem i miodem płynący i kto tylko chce pracować, zarobi kokosy. Zarobił, wrócił bez dolara. Mówił, że okradli go na statku. Kuzynostwo zostało na zawsze. Przysyłali paczki z pięknymi ciuchami.

Babciu, a ty chodziłaś przed ślubem na randki? spytałam kiedyś. Na co? Dziadek przyszedł do ojca i się dogadali, odpowiedziała, a ja dopiero z książki pani Joanny Kuciel-Frydryszak dowiedziałam się, że pomijanie zdania przyszłej żony w tej sprawie było normą.

OR przez lata trzymał w szafce na buty parę czarnych, skórzanych pantofli z klamrami zamiast sznurówek. Bardzo podobały mi się te buty, były kompletnie inne, niż te powszechnie noszone. Tyle, że nigdy nie widziałam, by OR w nich chodził. MR żartowała, że to buty kościołowe, a że OR do kościoła nie chodził… Tak, chodziło się na bosaka, nie zawsze miało się buty, a jak się je już miało, to na specjalne okazje.

Moja ulubiona ciotka urodziła się we Francji. Zawsze myślałam, że nie dość, iż jest wyjątkowa, to jeszcze przez tę Francję wyjątkowsza. Nie przyszło mi do głowy zapytać, dlaczego tam i po co wrócili do tej biedy. Z „Chłopek” dowiedziałam się, że jej rodzice wyjechali tam na kontrakt, żeby ratować się przed biedą, jak wtedy wielu.

I MR, która wielekroć powtarzała, że nie wyszła za tego Staszka, bo „zawsze chciała być panio”, a chłopak zamierzał zostać na wsi.

I tak od słowa do słowa, od opowieści do opowieści przypominałam sobie i zaczynałam wreszcie rozumieć rodzinne historie.

Stara dziewczynka

Kiedy po osiemdziesiątce stała się na powrót małą dziewczynką, znów chciała chodzić za rączkę, przytulać się i siadać na kolankach. Jeśli obie ręce miałam zajęte, to chociaż złapała za łokieć. Byłam jej bojką na bezmiernym i bezbrzeżnym oceanie rzeczywistości. Mama zawsze była bluszczem, mówiła nie raz Droga Es, nie ma się więc co dziwić, że teraz gdy utraciła wszelkie oparcie w sobie, obluszcza się jeszcze bardziej.

Nie pamiętała kim jestem, do niedawna nazywała mnie mamuśką, Do dziś myślę, że żartowała.

Ciała

Rzeczowość prozy pani Annie Ernaux, zachwycająca w pierwszej książce po Noblu, lekko przeraża mnie z każdą kolejną pozycją, którą czytam. Naturalizm opisu życia erotycznego i przeżyć z nim związanych głównej bohaterki jest tak odstręczający, bez ochów i achów zachwytu, motyli w brzuchu, naiwności zakochania, unoszenia się nad ziemią, wiary, że tak pięknie będzie już zawsze, że to aż dziwne. Seks jako gimnastyka odprężająca. Do tego konieczność aborcji, która w ówczesnej Francji była nielegalna. A ona, bohaterka, nie zdradza zaangażowania emocjonalnego, strachu, zdenerwowania, paniki, tylko jakby stała z boku. Mózg sobie, ciało sobie. A może to tylko kreacja pisarska, a naprawdę było zupełnie inaczej?

Opieka domowa. Dom opieki

Oto MR i jej dzieci, które często wystawiała jak tarczę przed siebie, gdy chciała się przed czymś obronić. Ja mam troje dzieci, mówiła z naciskiem na troje, choć były już bardzo dorosłe i nie musiały występować jako powód do dalszego jej istnienia i łagodniejszego traktowania jej z tego powodu. Dziś znaczyło to: Nie zaczepiaj, bo przyjdą moje dzieci i… Sama broniła się z trudem, po krótkim, gwałtownym wybuchu, cichła i ustępowała, dopasowywała się do żądań, próśb i poleceń, chowając w sobie urazę.

Teraz, kiedy nie pamiętała już, że jej dzieci to jej dzieci, kiedy patrzyła na nie nieobecnymi oczyma i nie mogła używać ich jako tarczy przed światem, była zupełnie bezbronna i mogły z nią zrobić, co chciały. W najlepszej wierze i dla jej dobra, a ona nie krzyczała, że nigdzie nie pojedzie, nie cierpi się pakować i zostanie w domu. To mój dom! krzyczała rok temu, tu wszystko jest moje! Jej opór i stanowcze nie! którego się bały, nagle nie istniało.

Choroba skradała się powoli: najpierw nie umiała otworzyć drzwi kluczem, ani domofonem, potem obsłużyć telefonu, pralki, radia, zrobić zakupów, choć spisała je na kartce o której natychmiast zapomniała, ugotować zupy…

Ostatnio lubiła trzymać za rękę swoje dzieci, dotyk stał się dla niej najważniejszy: głaskanie, przytulanie było tak istotne jak jedzenie. A przecież jeszcze niedawno, kiedy krzyczała w panice: Umieram! Umieram! gdy próbowałam potrzymać ją za rękę, bo napisano w książkach, że tak trzeba w umieraniu, gwałtownie ją wyrywała. Teraz nie protestowała, nie reagowała też na opowieści: Znaleźliśmy dla ciebie nowy dom, będziesz tam miała koleżanki, lekarza, pielęgniarki, księdza i opiekę. Odpowiadała: Taaak głosem słabym i niepewnym, bo zawsze była grzeczna i łagodna. Wsiadła do czarnej limuzyny wraz z trzema torbami i dwojgiem dzieci, i pojechała. Nie zostało z tej chwili żadne zdjęcie, bo to w końcu żadna uroczystość, a byłby dowód zbrodni, przypominający im, co uczyniły. Został pusty dom, łóżko, które już zawsze będzie jej łóżkiem, pokój jej ukochanego synka, do którego się przeniosła, gdy tylko wyjechał w świat. Lubiła ubrania swoich dzieci, buty kapcie, przedmioty. Jeśli coś zostawiły podczas odwiedzin, natychmiast to ubierała i przywłaszczała. Jakby przed sobą samą udawała, że ciągle przy niej są.

Oddajcie mnie gdzieś powtarzała przed laty, kiedy choroba zaczynała rozgaszczać się w jej mózgu.

Szkoda mi ciebie, powiedziała kilka dni temu do mnie, chociaż nie wiedziałam z jakich czeluści wydobyła tak przytomne zdanie.

Bo przecież miało być zupełnie inaczej.

Demon Copperhead

Ciągle szukam ścieżki do chociaż odrobiny zrozumienia społeczeństwa amerykańskiego, bo zaistniała moda na zrozumienie niezrozumiałego. Trzeba przyjąć zupełnie inne kryteria niż zwykle. Bo jak się rozumie cudze postępowanie, trudniej jest krytykować. Zamiast przyjąć rosyjski punkt widzenia na los jako niesterowalne fatum, wyrażane słowami Żyzn praklata i mieć z głowy. Myślałam, że pani Barbara Kingslover mi w tym pomoże, a słynny pas rdzy rozjaśni mentalne mroki. Doszły jednak kolejne niezrozumienia. Zagadka gwiazdowania członków szkolnych drużyn sportowych niezależnie od wyników w nauce, a nawet zgoda, że ci, którzy grają, zaliczenia poszczególnych przedmiotów przez nauczycieli mają z marszu. Możesz być głupi i niedouczony, jeśli strzelasz dla szkoły bramki, jesteś najlepszy. Ktoś musiałby mi pomóc rozwikłać ten supeł , gdyż w Polsce ten fenomen nie jest znany. jedynym powodem gwiazdowania jest nauka.

Kolejną zagadką jest powszechne narkotyzowanie się, a zaczynają już małe dzieci. Też zostawanie rodzicem zastępczym, by dzieciaki wykorzystywać do ciężkiej roboty na farmie i podbudowania finansów podupadającego gospodarstwa. Destrukcja jest na wyciągnięcie ręki. Przemoc, a na końcu śmierć.

To książka przygnębiająca i przerażająca, mimo, że tytułowy bohater jest mądrym człowiekiem i znajduje swoją ścieżkę w życiu.

Życie niepotrzebne

Stałam i wyglądałam pustki na drodze. Po dwa pasy w obie strony, trzeba się naczekać, żeby było bezpiecznie. Zrobiłam krok, ale szybko się cofnęłam, bo z bocznej wyjechał niespodziewanie samochód. Pani idzie, a ja za panią, usłyszałam za sobą. Była niższa ode mnie, ciągnęła wypakowaną torbę na kółkach. Zadbana w ten najprostszy sposób: wszystko na twarzy wyraziście podkreślone, jakby nie zgadzała się na szarzenie cery, płowienie brwi i blednięcie ust. Utykała na prawą nogę. A gdzie pani mieszka? A tam dalej, powiedziałam. A ja tu niedaleko, co i dobrze, bo ciężko mi chodzić. Operację na biodro będę miała ósmego sierpnia. Boję się, ale co zrobić. To podobno szybko idzie, zaraz staje się na nogi, rehabilitacja i spokój, mówię No mam nadzieję, ale jestem sama, nie mam dzieci ani wnuków, jak ja sobie w tym szpitalu poradzę? Mąż umarł pięć lat temu, czternaście lat chorował na raka i nic mi nie powiedział. Długo żył, jak na taką chorobę, powiedziałam. Co i raz był operowany i już miało być dobrze, ale to tylko na dwa, trzy lata, a potem znowu operacja, ale przy ostatniej komórki nie wytrzymały i zmarł. Jakie komórki? No, komórki serca. Był ode mnie młodszy, a ja mam już siedemdziesiąt osiem i ciągle żyję. Nic w tym życiu nie jest po kolei, nawet śmierć. A moja sąsiadka, ona starsza ode mnie jest, leży po tym, jak uderzył w nią samochód na przejściu. Ale nie wytrzymała tego leżenia i zwariowała. Krzyczy po nocach. Syn się nią opiekuje, nie pracuje i tak się męczy. To może trzeba do jakiegoś zakładu opieki się zgłosić, mówię. Ale ona ma bardzo niską emeryturę, bo mało pracowała, to za co? No to ja już tu skręcam, pokuśtykała w prawo. Ja w lewo, odwróciłam się po kilu krokach. Wiem, gdzie mieszka.

Niektórzy gotowi są w trzy minuty oddać swoje życie byle komu.