Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – głośno i wyraźnie powiedział do pasażerów trzydziestki jedynki. Imieniny obchodzą Grzegorz i Salomea. Są takowi? – z uśmiechem rozejrzał się po twarzach nielicznych pasażerów. Nikt nie nosił pożądanego imienia. Wszedł dalej w swym jutowym pokutnym worze z reklamówką, siwą brodą pustelnika i przeczystym, pogodnym obliczem. Na plecach miał białą dechturkę, jak by powiedziała moja babcia, pozyskaną z jakiegoś pudła. Zawiesił ją na szyi przy pomocy grubego sznura. To Pątnik, charakterystyczna postać miasta, pisałam już o nim. Nawraca w autobusach miejskich.
Obok mnie klapnął krępy, zażywny chłop w czapce leninówce i kurtce z brązowej dermy, model’85.
I bez dania racji zaczął.
Dobrze, że ciepło. Jak zimno to gorzej. Ale jak pracować, to lepiej zimniej. W upał się nie da. Mmmm – odpowiedziałam. Ale może sobie ten mróz przychodzić. Węgla mam na trzy lata. Kupiłem rok temu. Teraz po osimset, ja dałem po szeset pindziesiąt. Palę tylko w jednym pokoju. Żonka to nie, ona we wszystkich, porządnie. A mnie się nie chce, ot, aby tam. Pięć pokoi mam, dom duży. Panie Boże prowadź – dobiegło z centrum autobusu i kierowca ruszył. Żonka chciała trzecie dziecko, ale ja że nie, bo wychować to koszt duży. No i córka mi zmarła piętnaście lat temu. Dwoje dzieci zostało, osiem i sześć lat. Mąż alkoholik, to trzeba było się zająć. Piniondz potrzebny był. Ja to jak zarobiłem przykładowo dwa złote, to złoty wydałem, a złoty – do kieszeni. Dobrze zarabiałem. Krawcem byłem i stróżem. Pątnik coś mruczał po nosem. Może odnosił się do napisu, który starannie wykaligrafował na dechturce. Niebieskim pisakiem: O prawdę i odnowę moralną. W podpisie – czerwonym – Episkopat. A jak żonka mi się rozchorowała, to na leki trzeba było mieć. A my oboje mamy po siedemset emerytury. Niedużo, nie? Mmm – odpowiedziałam. Ale wszystko mamy swoje. Ja po ślubie to kupiłem piętnaście hektarów, osiem arów po domem. My chcemy Bogaaa, panno świętaaa – zainicjował Pątnik i pilnie rozglądał się, czy ktoś mu w śpiewaniu dopomoże. Wszyscy gapili się w okna. Nic się tam nie robi już, a majątek jest. Ale zdałem wszystko za rentę. I jako ten darowca właścicielem jestem do śmierci, ale składek na ubezpieczenie już nie muszę płacić. A oni tak po pincet, po pincet co miesiąc. To ile to się uzbiera przez lata. A czy ja to odbiorę? Siedemdziesiąty czwarty mam. Siły jeszcze są, ale po co to się męczyć. Nawet jak mam zgrabić liście na podwórzu, to czekam, aż wiatr sam rozniesie. A potem resztę pozbieram, pozbieram i do dołu. O, a ojców kapucynów, którzy w tym klasztorze przebywali od setek lat, setek lat, to wzięli i przegonili – powiedział głośno Pątnik do pustego autobusu. Nie wiem dlaczego, bo kapucyni w klasztorze mają się dobrze, a i świątynię przyległą odnawiają za unijne fundusze. Moi rodzice to bogaci byli, dużo od nich dostałem. Piniondze to do skarpety, do skarpety. A ja wziąłem i wszystko rozdałem. Taki byłem głupi. Jak mój zięć alkoholik. To głupek taki, chiba mu ten mózg już się rozpłynął we wódzie. Ale nic to, dopłaty unijne mamy, to wystarcza – wyczułam, że uśmiecha się do siebie, jakby tę Unię wyrolował. Pewnie głosował przeciw, a teraz kosi. Pątnik szykował się do wyjścia. Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie – powiedział do autobusu i wysiadł. Niedaleko stoi piętrowe pudełko sprzed czterdziestu lat. Niszczejące, bez tynków, i okien. Na balkonie na piętrze wisi płyta z napisem: Króluj nam Chryste. Czyżby to był matecznik Pątnika? A wnuki wyrosły. Jeden ma dwadzieścia sześć, a drugi dwadzieścia cztery i studiuje. To tak z dziesięć tysięcy rocznie trzeba dać – mówi. Wygrużam się przed przystankiem. Jak się wyuczy do tej śmietanki narodu, to mu będzie lży…