JAK świętować

Każdy ma swój na to sposób. Dla każdego inne przedświąteczne czynności są samą przyjemnością. Dla jednych – wybieranie prezentów, dla innych – produkcja smakołyków, dla jeszcze innych – umawianie się z rodziną na wizyty wzajemne…

Ja w świąteczny nastrój od dobrych kilku lat wprowadzam się przy pomocy czteropaku.

W roku 2004 pani Dorota Szpetkowska zaproponowała polskim artystom, by napisali i zaśpiewali nowe piosenki o tematyce świątecznej. Projekt nazwano "Święta, święta" i przez cztery lata powstawała nowa płyta i nowy program telewizyjny.

Mam pudełko ze wszystkimi czterema. I raz do roku, tak tydzień przed, zaczynam się nimi wprowadzać w nastrój.

Jedna z piosenek "Miejsce, gdzie czekam" z muzyką pana Roberta Chojnackiego i słowami pana Andrzeja Piasecznego ma taki oto fragment: (…) Więc chyba wiesz/Wiesz chyba już/Że w każde święta od lat/Dokąd rzuci mnie świat/Zawsze jest miejsce i czeka/I w każde święta od lat/Z kimkolwiek stół dzielić mam/Życzę ci mojego serca…

…żeby na każdego z Was, moi czytelnicy, czekało takie miejsce i ktoś z używanym, ale nie zużytym sercem.

AUDIENCJA u Vaclava Havla

Oj, nie ma szczęścia spektakl "Księżyc i magnolie" oj, nie. Wczoraj po raz kolejny spadł z ramówki Teatru Tv w związku ze śmiercią Vaclava Havla. Nagrany w 2010 przez cały 2011 czekał i czekał. I już się nie doczeka. Za chwilę 2012.

Wczoraj więc dwie jednoaktówki polityka i dramatopisarza największego z czeskich wielkich w reżyserii pana Feliksa Falka. Nagrane w 1991 roku w Teatrze Powszechnym. Nie pamiętam, żebym je oglądała. I może dlatego, że dziś znam biografię Havla, książki pana Mariusza Szczygła, "Nieznośną lekkość bytu" i parę innych oglądałam w skupieniu i zrozumieniu dla fenomenu Czechów, u których największe tragedie ludzkie podane są w tak lekkiej formie, że marzyłabym, aby tak było u nas.

Najpierw zachwycająca "Audiencja", kiedy to alter ego autora Ferdynand Waniek pracuje ciężko w browarze. Wiadomo, dlaczego tam pracuje. Kierownik w piwnej rozmowie dąży, by pisał mu co tydzień kilka zdań o sobie, by mógł powtórzyć nękającym go o informacje funkcjonariuszom aparatu bezpieki. W zamian obiecuje posadę magazyniera, co jest awansem niebywałym dla kogoś, kto przetacza beczki. Pomysł absurdalnie zabawny, budzący u widza śmiech i niedowierzanie. Waniek nie godzi się na to, bo ma zasady. To oburza Browarnika…

A jak to jest zagrane! Pan Kazimierz Kaczor jako Browarnik jakby stylizowany nieco na Lecha Wałęsę. Maniery robotnika, podniesiony głos, rozkazujący ton chwilami. Pełne to napięcia, smutku i śmiechu zarazem. Rewelacyjna rola. Przy nim pan Mariusz Benoit, wyciszony, dobrze wychowany, nieporuszony. Świetny kontrast dla Browarnika.

A potem Waniek z wizytą u pisarza, serwilistycznie paktującego z władzą. Nie z przekonania. Ze strachu. Tenże prosi Wańka o napisanie protestu w sprawie aresztowania młodego piosenkarza, który pozwolił sobie na koncercie na kilka słów za dużo. Nie chce się wstawić za młodym, bo tak trzeba. Powodem jest ciąża jego córki z piosenkarzem. I tu następują długie rozważania Stańka nad egzemplarzem protestu, który Waniek wyjmuje gotowy z teczki. W dodatku z pięćdziesięcioma podpisami. Co zrobi Staniek? Podpisze?

Świetny pan Władysław Kowalski, zawikłany w rzeczywistość, pogubiony w sensach.

Już nie żałowałam ani księżyca, ani magnolii.

Głowa do PIENIĘDZY

A zauważył pan, jak mało mamy kasy na koncie funduszu – zagaiłam pana Borysa, a on natychmiast zaczął się oganiać od tych słów, jak od muchy. Machał szybko rękami i jeszcze szybciej mówił.

Pani mi da spokój z pieniędzmi. Ja się na nich nie znam.
Nigdy do forsy głowy nie miałem. Nie wiem ile mi przychodzi na konto, nie wiem, ile wydałem. Raz kiedyś się postarałem i oszczędziłem trochę. To było jak komuna się skończyła i banki prywatne się pokazały. Założyłem konto w jednym, a on zaraz zaczął upadać. Nic bym się nie przejął, ale kolega zadzwonił, że samochód jest do kupienia. No to poszedłem odebrać swoje. A tam… Co tam się działo! Tłumy koczujące w kolejkach dzień i noc, ścisk, ludzie przerażeni. Stałem dwie doby z żoną na zmianę. W końcu dopchnęli mnie ludzie do lady, mało się nie udusiłem. Kobiety mdlały, ludzie się tratowali. Poszła pogłoska, że już nie mają pieniędzy, nie będą wypłacać. Ja w strachu, ale ta kasjerka poszukała, poszukała w komputerze i znalazła gdzieś indziej. Wyjęła, brrrr zrobiła taką maszyną do liczenia i wypłaca mi. Trzy tysiące dolarów. W banknotach po jednym. No to ja się zrobiłem przerażony, bo tej maszynie nie dowierzam. Stanąłem z boku, liczę. Ręce mi się trzęsą, w oczach miga, ludzie się gapią, jakbym milion przeliczał. Raz, dwa, trzy, cztery. Doszedłem do dziesięciu, ale wokół wrzawa, krzyki, hałas, pomyliłem się. Liczę od nowa. I tak parę razy. W końcu wyszedłem, ale nie wiedziałem dalej ile tych pieniędzy mam.

A jak te ROR-y zakładali, żeby pensje przelewać… Jak ja się tego bałem. Dali mi kartę do kasownika. Poszedłem pierwszy raz wypłacić. Kasownik był w takim pomieszczeniu malutkim. Wszedłem, drzwi się zamknęły, zacząłem je szarpać, bo myślałem, że nigdy stamtąd nie wyjdę. Jak ja się wtedy bałem. Jak nigdy w życiu. Tyle lat minęło, a ja dalej jak niemowlę bezradny przy tej elektronice.

Prawdę rzecze, pomyślałam. Ostatnio pan Borys korzystał z firmowego komputera. I ten mu się zawiesił. Nie wiedział jak odwiesić, poprosił cały czerwony, koleżankę. Błagał o dyskrecję. Ta dyskretnie zresetowała system.

Na ekranie zalegała goła baba.

SZCZEŚNIAK daje znaki

Jak wygłodniałe wilczysko rzuciłam się do słuchania nowej płyty Mietka Szcześniaka "Signs".

I ból.

Powie ktoś, że refleksyjna. Ja powiem, że nudna.

Powie ktoś, że wyciszona. Ja powiem, że kompletnie pozbawiona energii.

Powie ktoś, że pokazuje możliwości wokalne artysty. Ja powiem, że je chowa w niezgłębionych czeluściach.

Powie ktoś, że starannie skomponowane i zaaranżowane akustyczne utwory. Ja powiem, że już przy trzeciej minucie dziewięćdziesięciu procent utworów popadałam w niecierpliwość i błaganie: niech to się już wreszcie skończy. A tu jeszcze ze dwie.

Powie ktoś, że jest stylistyczną całością. Ja powiem, że to jednostajne snuje bez życia.

Powie ktoś, że artysta ma prawo do czegoś nowego, do zmian. Ja powiem, że owszem, o ile nie na gorsze.

Powie ktoś, że nastrojowa. Ja powiem, że kompletnie pozbawiona radości życia, pogody ducha i uśmiechu przebijającego ze wszystkich poprzednich płyt. A to mocny atut pana Mietka. Czyli już smuga cienia?

Powie ktoś, że Los Angeles, że Kalifornia, że Nashville, że Alabama, że czarne chóry, że akustycznie, że Wendy Waldman, która pracowała z… We wkładce z tekstami napisała: "I hope te whole word gets to  hear Mietek sing. There’s no one like him."

Nadzieja matka głupich.

Ooo, jaka to piękna katastrofa…

Pątnik i DAROWCA

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – głośno i wyraźnie powiedział do pasażerów trzydziestki jedynki. Imieniny obchodzą Grzegorz i Salomea. Są takowi? – z uśmiechem rozejrzał się po twarzach nielicznych pasażerów. Nikt nie nosił pożądanego imienia. Wszedł dalej w swym jutowym pokutnym worze z reklamówką, siwą brodą pustelnika i przeczystym, pogodnym obliczem. Na plecach miał białą dechturkę, jak by powiedziała moja babcia, pozyskaną z jakiegoś pudła. Zawiesił ją na szyi przy pomocy grubego sznura. To Pątnik, charakterystyczna postać miasta, pisałam już o nim. Nawraca w autobusach miejskich.

Obok mnie klapnął krępy, zażywny chłop w czapce leninówce i kurtce z brązowej dermy, model’85.

I bez dania racji zaczął.

Dobrze, że ciepło. Jak zimno to gorzej. Ale jak pracować, to lepiej zimniej. W upał się nie da. Mmmm – odpowiedziałam. Ale może sobie ten mróz przychodzić. Węgla mam na trzy lata. Kupiłem rok temu. Teraz po osimset, ja dałem po szeset pindziesiąt. Palę tylko w jednym pokoju. Żonka to nie, ona we wszystkich, porządnie. A mnie się nie chce, ot, aby tam. Pięć pokoi mam, dom duży. Panie Boże prowadź – dobiegło z centrum autobusu i kierowca ruszył. Żonka chciała trzecie dziecko, ale ja że nie, bo wychować to koszt duży. No i córka mi zmarła piętnaście lat temu. Dwoje dzieci zostało, osiem i sześć lat. Mąż alkoholik, to trzeba było się zająć. Piniondz potrzebny był. Ja to jak zarobiłem przykładowo dwa złote, to złoty wydałem, a złoty – do kieszeni. Dobrze zarabiałem. Krawcem byłem i stróżem. Pątnik coś mruczał po nosem. Może odnosił się do napisu, który starannie wykaligrafował na dechturce. Niebieskim pisakiem: O prawdę i odnowę moralną. W podpisie – czerwonym – Episkopat. A jak żonka mi się rozchorowała, to na leki trzeba było mieć. A my oboje mamy po siedemset emerytury. Niedużo, nie? Mmm – odpowiedziałam. Ale wszystko mamy swoje. Ja po ślubie to kupiłem piętnaście hektarów, osiem arów po domem. My chcemy Bogaaa, panno świętaaa – zainicjował Pątnik i pilnie rozglądał się, czy ktoś mu w śpiewaniu dopomoże. Wszyscy gapili się w okna. Nic się tam nie robi już, a majątek jest. Ale zdałem wszystko za rentę. I jako ten darowca właścicielem jestem do śmierci, ale składek na ubezpieczenie już nie muszę płacić. A oni tak po pincet, po pincet co miesiąc. To ile to się uzbiera przez lata. A czy ja to odbiorę? Siedemdziesiąty czwarty mam. Siły jeszcze są, ale po co to się męczyć. Nawet jak mam zgrabić liście na podwórzu, to czekam, aż wiatr sam rozniesie. A potem resztę pozbieram, pozbieram i do dołu. O, a ojców kapucynów, którzy w tym klasztorze przebywali od setek lat, setek lat, to wzięli i przegonili – powiedział głośno Pątnik do pustego autobusu. Nie wiem dlaczego, bo kapucyni w klasztorze mają się dobrze, a i świątynię przyległą odnawiają za unijne fundusze. Moi rodzice to bogaci byli, dużo od nich dostałem. Piniondze to do skarpety, do skarpety. A ja wziąłem i wszystko rozdałem. Taki byłem głupi. Jak mój zięć alkoholik. To głupek taki, chiba mu ten mózg już się rozpłynął we wódzie. Ale nic to, dopłaty unijne mamy, to wystarcza – wyczułam, że uśmiecha się do siebie, jakby tę Unię wyrolował. Pewnie głosował przeciw, a teraz kosi. Pątnik szykował się do wyjścia. Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie – powiedział do autobusu i wysiadł. Niedaleko stoi piętrowe pudełko sprzed czterdziestu lat. Niszczejące, bez tynków, i okien. Na balkonie na piętrze wisi płyta z napisem: Króluj nam Chryste. Czyżby to był matecznik Pątnika? A wnuki wyrosły. Jeden ma dwadzieścia sześć, a drugi dwadzieścia cztery i studiuje. To tak z dziesięć tysięcy rocznie trzeba dać – mówi. Wygrużam się przed przystankiem. Jak się wyuczy do tej śmietanki narodu, to mu będzie lży…

APOLLO ze Lwowa

Miał być "Księżyc i magnolie", a był "Apollo z Bellac" Jeana Girodoux w związku z odejściem pana Adama Hanuszkiewicza do teatrów niebieskich.

Adam Hanuszkiewicz nie był aktorem wybitnym. Nie był nawet takim reżyserem. Był wizjonerem i nowatorem teatru, wybitnym na pewno. Ale miał jeszcze coś. Wybitną urodę. I właśnie ten spektakl Teatru Tv, wyreżyserowany w roku 1958 przez Artystę, dokładnie to wczoraj pokazał. Pan Hanuszkiewicz, czyli pan de Bellac namawia poszukującą pracy Agnieszkę, czyli panią Kalinę Jędrusik, by mówiła mężczyznom, że są piękni. W ten sposób osiągnie wszystko, co zechce, bo ma to moc i niezrozumiałą magię. No i Agnieszka, najpierw skrępowana, uczy się tej sztuczki skutecznie.

Ale nie o to, nie o to.

O to, że na podanym spektaklu widzimy, jak daleko dziś zaszły: sztuka fryzjerska, sztuka scenografii, sztuka aktorska, a nade wszystko – sztuka charakteryzacji i stylizacji. Czy można uwierzyć, że oszałamiająca przecież kobieta, pani Kalina Jędrusik, tak naprawdę była zwyczajnie brzydka? Tak brzydka! A pani Justyna Kreczmarowa, w roli żony pana Jacka Woszczerowicza, Dyrektora- brzydala nad brzydale w dodatku z okropnym głosem, taka przeciętna? I na ich tle tylko panu Adamowi nie potrzeba żadnej charakteryzacji, żadnego stylisty, żadnego fryzjera. Absolutnie doskonałe ciało. Absolutne piękno.

Sam wybrał ten spektakl. Odtąd mówiło się o nim Apollo z Bellac.

W tym też okazał się wizjonerem. Wszechobecny kult pięknego ciała pojawi się u nas za czterdzieści lat.

BEZ

Za mistrzem Jeremim Przyborą pozwolę sobie.

Wrzesień jak dywan
jakich nie bywa
często ostatnio
płowo-zielony
dywan zdobiony
słońcem dostatnio.
Pejzaż gorący
rżysk i stygnących
gwiazd w zimnym niebie
smutku co zawisł
kluczem żurawi
pejzaż bez ciebie.

Dzień za dniem,
sen za snem,
pełnia i nów,
i słońce znów.
Noce i dni
wciąż nazbyt ładne
zmierzchy i
świty bezradne.

A teraz ja niepięknie tak.
Piąty rok minął, pani Eleonoro.
Już piąty.