Od tygodnia pojawiały się w telewizji zwiastuny kolejnego przeniesienia spektaklu. Z prawdziwego Teatru Polskiego do nieprawdziwego – Teatru Tv. Molierowska "Szkoła żon" w reżyserii pana Jacques’a Lassalle’a, wcześniej już recenzowana jako rzecz znakomita, wyostrzyła mój smak, pobudziła apetyt, położyła w skupieniu na wygodnej kanapie i kazała czekać na coś bez reszty pięknego. Takie czekanie bywa złudne, bo coś, co uważane jest przez innych za majstersztyk, potrafi mi się nie spodobać. A nic nie boli bardziej, niż zawiedzione nadzieje.
Spektakl z najwyższej absolutnie półki. Wszystko z najwyższej półki. Scenografia – lekka, pomysłowa, a przecież przestrzenna i sprawiająca na mnie chwilami wrażenie, że nie we Francji jestem, a w Wenecji. Że to Romeo i Julia…
Mistrz Andrzej Seweryn kreujący Arnolfa, dwie godziny non stop na scenie i ani jednej fałszywej nuty, ani jednego puszczonego ze zmęczenia monologu. Oczyma wyobraźni widziałam jak każdą frazę, każdy wers i każde słowo sztuki Moliera rozkładają z reżyserem podczas prób na czynniki pierwsze, jak je oglądają z każdej strony, jak poszukują znaczeń… Praca, praca, praca. Ale potem – doskonałość i poezja sztuki aktorskiej.
Najmocniej odebrałam sceny, bodaj dwie, w których Arnolf pokonany, odrzucony, nieszczęśliwy do granic nieszczęścia, leży na ziemi i ma się wrażenie, że nigdy się już nie podźwignie. Nagle ubywa mu ze trzydzieści lat, znów jest młody i znów staje do walki… Te błyskawiczne metamorfozy były znakomite. A w poniżającej dla Arnolfa scenie, w której chce oddać wszystko, łącznie z honorem, za przychylność Agnieszki, czułam cierpienie wszystkich zakochanych świata. Kwintesencję bezradności i dramatu odrzuconych.
W roli Agnieszki partnerowała mistrzowi pani Anna Cieślak. Zagrała dwie Agnieszki i jedną staruszkę. We wszystkich kreacjach bardzo przekonywująca. Szczególnie uderzająca była nagła zmiana twarzy, gdy z naiwnego dziewczątka pod wpływem wiadomości, że ma poślubić swego opiekuna Arnolfa, a nie ukochanego Horacego, zmienia się w dojrzałą, świadomą siebie kobietę. Widać to było wyraźnie, gdy odwróciła twarz w drzwiach. Tu trzeba docenić możliwość użycia kamery.
Horacego zagrał pan Piotr Bajtlik. Szczęśliwy, ale nieszczęśliwy. Wplątany w cyniczne sieci Arnolfa, który wygrywa sytuacje i wykorzystuje zamiary młodego chłopca, nieświadomego, komu się zwierza. A wtedy, gdy dowiaduje się, że musi poślubić tę, którą przeznaczył mu ojciec i myśli, że to nie Agnieszka…
Ostatnia scena, gdy Agnieszka dowiaduje się, że nie jest dzieckiem chłopki i tężeje od tego, co na nią spadło, i nie ma rzucania się w ramiona Horacego i nie ma, że żyli długo i szczęśliwie, choć wszystko być może…
Ach.