Wszystkie kocha JEDNAKO

Czesław jest osiemdziesięcioletnim wdowcem, ojcem dwóch synów i córki. Mirek jest od wożenia, przywożenia, dowożenia i załatwiania. Jadzia jest od prac domowych wokół ojca. Natomiast Tomunio…

Tomunio ma lat ponad czterdzieści, dwoje dorosłych dzieci, żonkę i pracę budowlaną poza domem. Przyjeżdża na każdy weekend do rodziny i wtedy telefon na linii stęskniony ojciec – ukochany syn rozgrzewa się do czerwoności. Ojciec kilkakrotnie nagabuje z zaproszeniem na niedzielne pączki, albo z pytaniem, czy nie zapomniał o pączkach. Nie jest to Tomuniowi zbytnio na rękę, gdyż rano kościół, potem obiad z rodziną, a po południu chciałby już wracać na swą budowę, a tu jeszcze trzeba te pączki przywitać.

Bywa, że odwiedzają ojca całą liczną rodziną i wtedy pączków żadnych nie ma. Za to ojciec upomina Mirka: Nie siadaj na łóżku, bo może Tomunio będzie się chciał położyć…

A kiedy reszta rodziny w końcu się zabierze, ojciec staje w oknie i  patrzy zza firanki na jej poczynania powrotne. Gdy silniki samochodów warkną, a drzwiczki przytrzasną ostatnią spódnicę, rodzic ze spokojem udaje się do kuchni i z lodówki wyjmuje talerz z dwoma pączkami. Jeden dla Tomunia, drugi dla siebie.

Opatuliłem kocykiem, żeby nie zmarzły, mówi z troską.

SZKOŁA żon

Od tygodnia pojawiały się w telewizji zwiastuny kolejnego przeniesienia spektaklu. Z prawdziwego Teatru Polskiego do nieprawdziwego – Teatru Tv. Molierowska "Szkoła żon" w reżyserii pana Jacques’a Lassalle’a, wcześniej już recenzowana jako rzecz znakomita, wyostrzyła mój smak, pobudziła apetyt, położyła w skupieniu na wygodnej kanapie i kazała czekać na coś bez reszty pięknego. Takie czekanie bywa złudne, bo coś, co uważane jest przez innych za majstersztyk, potrafi mi się nie spodobać. A nic nie boli bardziej, niż zawiedzione nadzieje. 

Spektakl z najwyższej absolutnie półki. Wszystko z najwyższej półki. Scenografia – lekka, pomysłowa, a przecież przestrzenna i sprawiająca na mnie chwilami wrażenie, że nie we Francji jestem, a w Wenecji. Że to Romeo i Julia…

Mistrz Andrzej Seweryn kreujący Arnolfa, dwie godziny non stop na scenie i ani jednej fałszywej nuty, ani jednego puszczonego ze zmęczenia monologu. Oczyma wyobraźni widziałam jak każdą frazę, każdy wers i każde słowo sztuki Moliera rozkładają z reżyserem podczas prób na czynniki pierwsze, jak je oglądają z każdej strony, jak poszukują znaczeń… Praca, praca, praca. Ale potem – doskonałość i poezja sztuki aktorskiej.

Najmocniej odebrałam sceny, bodaj dwie, w których Arnolf pokonany, odrzucony, nieszczęśliwy do granic nieszczęścia, leży na ziemi i ma się wrażenie, że nigdy się już nie podźwignie. Nagle ubywa mu ze trzydzieści lat, znów jest młody i znów staje do walki… Te błyskawiczne metamorfozy były znakomite. A w poniżającej dla Arnolfa scenie, w której chce oddać wszystko, łącznie z honorem, za przychylność Agnieszki, czułam cierpienie wszystkich zakochanych świata. Kwintesencję bezradności i dramatu odrzuconych.

W roli Agnieszki partnerowała mistrzowi pani Anna Cieślak. Zagrała dwie Agnieszki i jedną staruszkę. We wszystkich kreacjach bardzo przekonywująca. Szczególnie uderzająca była nagła zmiana twarzy, gdy z naiwnego dziewczątka pod wpływem wiadomości, że ma poślubić swego opiekuna Arnolfa, a nie ukochanego Horacego, zmienia się w dojrzałą, świadomą siebie kobietę. Widać to było wyraźnie, gdy odwróciła twarz w drzwiach. Tu trzeba docenić możliwość użycia kamery.

Horacego zagrał pan Piotr Bajtlik. Szczęśliwy, ale nieszczęśliwy. Wplątany w cyniczne sieci Arnolfa, który wygrywa sytuacje i wykorzystuje zamiary młodego chłopca, nieświadomego, komu się zwierza. A wtedy, gdy dowiaduje się, że musi poślubić tę, którą przeznaczył mu ojciec i myśli, że to nie Agnieszka…

Ostatnia scena, gdy Agnieszka dowiaduje się, że nie jest dzieckiem chłopki i tężeje od tego, co na nią spadło, i nie ma rzucania się w ramiona Horacego i nie ma, że żyli długo i szczęśliwie, choć wszystko być może…

Ach.

Pióra NA WIECZNOŚĆ

Wszystkie moje wieczne pióra przestały pisać. Wysychają i – ani rusz. Udałam się więc do sklepu piórniczego, by zakupić piękne i nowe, i żeby pisało.

I tak oto natknęłam się na pióromana, właściciela sklepiku. Aleśmy sobie pogadali o piórach! Ależ mi rozjaśnił tę dziedzinę! Powiedział, że stare pióra trzeba przepłukać wodą, gdyż czarny atrament ma w sobie sadzę i ona zatyka z czasem stalówkę. Ja wszakże przyszłam z pragnieniem pięknego i nowego, więc zaprezentował mi kilka, co do  których uznał, że będą dobre dla mnie z uwzględnieniem wielkości dłoni mej drobnej. Spytał, czy ważą mi odpowiednio w dłoni. Jedno ważyło. Potem próba pisania, z moczeniem stalówki w atramencie. Czegoś takiego nie spotkałam nigdy i nigdzie.

Gdybyż wszyscy sprzedawcy tak wielbili swój towar! Jakże świat byłby piękny…

Przyszedłszy z nowym, pięknym, czarnym Watermanem, przepłukałam stare i – mam trzy dobre.

CIEMNO i nieprzyjemno

Patrzyłam na wczorajszy spektakl Teatru Tv coraz bardziej zniesmaczona. To nie sztuka, to może sztuczka zaledwie. Kto to popełnił? Pan Marek Rębacz. Wszystkie elementy jak w najgorszym koszmarze scenarzysty: pękaty Pleban – pan Lech Ordon, wsiowe chłopy, głupie ale cwane – panowie Jan Kobuszewski, Wiktor Zborowski, Andrzej Mastalerz, wsiowe baby: Jakubcowa – pani Hanna Zembrzuska, Babka – pani Krystyna Feldman, wsiowa lasencja Karolina – pani Magda Wójcik. Ciemno, głupio, brudno i do domu daleko. Zakrwawiony świński ryj na patyku, trumny oparte o dom jak z Chełmońskiego i – oczywiście – goła baba, która wyłazi spod kołdry pana Marka Kondrata grającego Mecenasa, i maszeruje siku, pokazując wszystkie wdzięki kamerze. O matko kochana! Język gospodarza niby stylizowany na wiejską gwarę, bo pan Jan Kobuszewski – Jakubiec mówi ciągniem, pójdziem, pokażem, ale jakoś to nieprawdziwe, bo za chwilę gada jak prawdziwy, inteligent: pięknie, gładko, poprawnie. Eeech…

A rzecz cała o miastowym, który nie chcąc przejechać psa, zniszczył sobie samochód. Wioskowi obiecują wyklepać błotnik przez noc,  opowiadając przy tym coraz bardziej mrożące krew w żyłach historie, które się przydarzyły różnym gościom. To zabezpieczenie przed żądaniami przybysza wypłaty odszkodowania. I przed czymś jeszcze, o czym nie wie, ale wiedzą miejscowi. Dla większego nacisku przybysz podaje się za policjanta. Pan Paweł Wawrzecki w roli Roberta ma co grać: boi się z minuty na minutę bardziej, aż do oszalenia. Przyjeżdża karetka pogotowia – zdaje się model polonez – i zabierają go do psychiatryka. W poprzednich scenach pokazał się telefon komórkowy typu cegła. Szpanerski. Czy ktoś z miastowych nosił białe skarpetki?

Chyba znalazłam klucz. Sztuka w reżyserii pana Janusza Majewskiego miała premierę w roku 1995. Co mieliśmy w naszym kraju raju wówczas na ulicach? Brud, szarość, głupotę, szpanowanie skórami, furami i komórami. Handel na polowych łóżkach i rąbankę wprost z zakrwawionych pniaków.

Sztuka taka, jak rzeczywistość ówczesna.

No i proszę, minęło tylko siedemnaście lat.

KAMERUJO w autobusach

Ding-dong – rozległ się w autobusie miejskim linii pięćdziesiąt siedem miły sygnał. Proszę przygotować bilety do kontroli – powiedział automat i wszyscy zaczęliśmy szperać w torebkach i kieszeniach. Skupiona na szarpaninie z suwakiem, usłyszałam szept pasażerki obok, ostrzegający przed niebezpieczeństwem: Telewizja kameruje. Podniosłam głowę i rzeczywiście: zaraz za wchodzącymi kontrolerkami szło oko kamery. Panie natychmiast zaczęły poprawiać włosy, wygładzać fałdy, łączyć kolana, uśmiechać się.

Solidny, profesjonalny sprzęt oglądał po kolei czynność kontrolowania. Po co oni kamerujo? – zwróciła się do mnie, kiedy już ułożyła i wygładziła co się dało. A było co: sylwetka o której się mawia eufemistycznie – postawna, czyli pospolicie – otyła, rudobrązowe, proste włosy do ramion, na nich kapelusik, brązowy paltot z flauszu. Tak sześćdziesiąt plus. Czyli wzorcowa dziunia w wielkim mieście.

Twarz wychyliła w stronę drugiej kamery. Starała się ładnie zaprezentować. Uśmiech, uśmiech. Może z wieczornej panoramy potrzebują materiału o biletach, mandatach za brak, czy jakoś tak – zastanawiałam się głośno. To trzeba będzie oglądać – odpowiedziała zawieszając głos. I nagle…  A właściwie, czy oni się pytali, czy wolno nas kamerować? W takich sytuacjach nie muszą mieć naszego pozwolenia – wymądrzyłam się. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Przesiadła się obok mnie, tyłem do kamerzysty.

Oj, nie będą mnie kamerować z tą laską.

LEKKOMYŚLNA siostra

Peeerzyński, pomyślałam wczoraj wieczorem przed Teatrem Tv. Eee ramota jakaś, co z tego można jeszcze wycisnąć? Niechętnie, z oporami włączyłam telewizor. Palec na pilocie, by zaraz przełączyć, jakby co.

W "Lekkomyślnej siostrze" wyreżyserowanej prze panią Agnieszkę Glińską najpierw zafrapowała mnie gra aktorów. Zupełnie współczesna, na jakimś przydechu. Niby pretensje, niby żale, niby nienawiść, ale jakieś przyduszone, wgłębne. Pani Ewa Konstancja Bułhak w roli Heleny wiodła prym. Żona jednego, kochanka drugiego… Ale i tak okiem cyklonu była Maria, grana przez reżyserkę, żona wiarołomna, która uciekła z kochankiem do Wiednia, zostawiając męża – pan Łukasz Lewandowski – i synka. Mąż, po trosze pierdoła, po trosze zakochany ofiarnie w wiarołomnej, nie przyjmuje do wiadomości, że ona go nie kocha i nie wróci do niego. Uczciwa kobieta potrafi się zmusić do miłości – mówi.

Wśród ogólnego potępienia z radia dociera do rodziny, że kochanek właśnie umarł, a że był bajecznie bogaty, zostawił Marii pół miliona. No i zaczyna się jazda. Skoro aż pół miliona… Przyjęta na powrót do rodziny, szczęśliwa i bezpieczna, oświadcza, że owszem, odziedziczyła, ale zrzekła się spadku…

Znakomicie zrobiła sztuce scenografia – przestrzenna, z przeszklonymi, suwanymi drzwiami między pomieszczeniami. Znakomita, zupełnie zaskakująca gra aktorów, których większość widzę na co dzień w serialach. Całość przykuwająca uwagę, fascynująca.

Pani Agnieszko – szacunek.

Ślepota

Nic już nie widzę w tych okularach. Coś mnie bardzo oczy od nich pieką. Takie krople kiedyś tu miałam do oczu. O, są. To do oczu? Do oczu. A jaki to termin ważności? Dwa tysiące dziesiąty. To już chyba przeterminowane?To sobie tylko po wierzchu posmaruję. Coś ty? Chcesz oślepnąć? No przeterminowane, ale może nie zaszkodzą. Posmaruję.

Zdejmuje okulary.

O, to ja twoje okulary założyłam? I dlatego nic nie widzę?

RÓWNY podział

Takie sztuki właśnie uwielbiam. Tydzień temu miałam co oglądać i o czym – potem – przemyśliwać, a teraz znów. Tym razem wybitny dramaturg Ronald Harwood i jego "Równy podział" wyreżyserowany przez zmarłego niedawno pana Janusza Morgensterna. Rzecz już wiekowa, bo z roku 1998. Ale nie pamiętałam jej.

Równy podział nigdy nie okazuje się równy. Zawsze się przy takim upieramy, uważając, że jak równo, to i sprawiedliwie. Eee, tam.

Dwie siostry po śmierci matki oczekują równego podzielenia spadku po niej. Jedna – Edith, kreowana przez panią Teresę Budzisz-Krzyżanowską, ostatnie piętnaście lat opiekowała się despotyczną i coraz bardziej schorowaną matką. Znosiła upokorzenia, zrezygnowała z pracy i małżeństwa. Poświęciła się. Zazwyczaj wydaje nam się, iż poświęcenie zostanie docenione i nagrodzone. Figa z makiem. Docenić i nagrodzić lepiej się samemu, bo najbardziej nie lubimy tych, których skrzywdziliśmy. Korzystanie z czyjegoś poświęcenia tworzy ewidentną nierównowagę, rodzaj krzywdy. Poświęcenie się to przecież ofiara, a ta jest rodzajem słabości. Ty ofiaro losu, mawiamy o kimś, kim pogardzamy.

Matka obu sióstr okazała się wzorcową wyznawczynią tej filozofii. Zdecydowanie bardziej kochała tę, która sama się doceniła i nagrodziła. Miała gdzieś chorą rodzicielkę. Korzystała z życia, wychodziła za mąż, podróżowała, bawiła się, dziedziczyła miliony. W tej roli pani Krystyna Janda ze swoim charakterystycznym ożywieniem, nadreaktywnością, szlochem i – papierosami. Są jeszcze dwaj panowie – Fronczewski i Peszek. I to właśnie przy pomocy Fabiana Hilla – znawcy sztuki – Edith dokona podziału majątku. Będzie on sprawiedliwy, ale – nieuczciwy.

I tak to bywa nie tylko u Harwooda: uczciwość, przestrzeganie zasad, skromność, odpowiedzialność, najpiękniejsze ludzkie zalety – stają ich właścicielom kością w gardle. I żeby się nie udławić…

MARZENIE Celta

Zwiedziona i uwiedziona licznymi recenzjami, zakupiłam egzemplarz najnowszej powieści ubiegłorocznego laureata literackiego Nobla Mario Vargasa Llosy – "Marzenie Celta".
Dosyć szybko dotarło do mnie, że to chyba moje marzenie nie jest. Zaczyna się smutnym w rezultacie dzieciństwem, bo najjaśniejszy jego promyk czyli matka Rogera Casementa umiera zbyt wcześnie. Potem, gdy w końcu staje się dorosły i wykształcony zostaje konsulem Królestwa Wielkiej Brytanii w Kongo. Podróże i świat zawsze go pociągały, ale to, co zobaczy w tym kraju kolonizowanym przez Anglię do spółki z Danią przejdzie wszelkie granice. Niewyobrażalne okrucieństwo wobec tubylców, którzy zmuszeni do ciężkiej pracy przy pozyskiwaniu kauczuku są bici, poniżani, okaleczani, zabijani, głodzeni, oszukiwani… Chciwość kolonizatorów oglądana oczami konsula, który dostał zadanie udokumentowania łamania prawa wobec mieszkańców Konga, jest niewyobrażalna. I wtedy już głęboko wnikałam w swoją wrażliwość z pytaniem: ile jeszcze takich fragmentów można wytrzymać? Ale pierwsze gwałtowne uczucie, które mną targnęło to było niedowierzanie. Jak można ot tak wejść sobie do cudzego w końcu kraju, w inny świat i zacząć go ustawiać po swojemu? Czy chęć narzucenia swojej religii, cywilizacji europejskiej cokolwiek usprawiedliwia? Czy można kupić sobie ot tak kawałek biednego kraju od jakiegoś miejscowego kacyka i niszczyć wszystko co inne i nie podporządkowane nam? Jakim prawem jedni ludzie myślą, że są lepsi od innych? Że wierzą w lepszego Boga, mają lepsze zwyczaje, lepszy model życia? I jak to jest, że w chwilę potem za sprawą chciwości sami stają się gorsi od tych, którymi pogardzają?

Roger Casement, jedyny prawy w tym piekle, daje świadectwo do ukarania winnych. Wraca do Anglii, i dociera doń, że jego ojczyzną jest Irlandia, też podległa Królestwu. Podejmuje próbę zorganizowania ruchu wyzwoleńczego. W rezultacie przypadków, splotów okoliczności i oskarżenia o zdradę trafia za to do więzienia z wyrokiem śmierci. Tam przypomina sobie drugą wyprawę do Peru, gdzie też ma odkryć bezprawie wynikające z chciwości kompanii kauczukowej. Naraża życie i jedzie. Okrucieństwo, o którym czytam, powoduje we mnie chęć ominięcia wzrokiem fragmentów, których znieść nie sposób.

I jeszcze zwierzenie Casementa, że nigdy nie poznał prawdziwej miłości. Że nikogo nie kochał. Do kobiet nie miał śmiałości się zbliżyć, pozostawali mężczyźni. Za każdy seks płacił, jakby pieniądze miały go ochronić przed otwarciem, zranieniem, odpowiedzialnością, zobowiązaniem.

Recenzenci nie kłamali. To znakomita książka, godna najwyższych pochwał. Tylko ja po zamknięciu jej nie mogę się pozbierać. Życie Casementa to fala smutku, przygnębienia, goryczy bez dna. Czy da się coś takiego znieść naprawdę?

Nie byłam przygotowana na tyle goryczy.