Czaiłam się i czaiłam. A kiedy już się zdecydowałam, wybrałam termin i kino, to – zapomniałam, że mam po południu wstąpić "Pod Mocnego Anioła". Zapomniałam chyba dlatego, iż ja się pana Smarzowskiego boję. I organizm się broni. Ja go cenię, szanuję, poważam, ale zatrzymałam się na "Domu złym". Na kolejne, czyli "Różę", "Drogówkę" nie odważyłam się pójść. Nie chcę się po prostu przekonać, że było się czego bać.
Wybrała się za to Droga Es z przyległościami i komentuje mi przez telefon: na początku śmieszki, rechoty, zabawa, szmer. Lubimy wszak pijaków. Są tacy zabawni! A potem coraz ciszej, ciszej, aż do końca. Zakorkowana publiczność w milczeniu wychodzi z kina. Nie mogę mówić, burczy do Drogiej Es gimnazjalista zwany Filipczakiem. Zamknąć pyskatemu piętnastolatkowi buzię – duuuża rzecz.
Fajnie jest zaszaleć, wsiąść po pijaku do samochodu, bo co? Ja sobie nie poradzę? Jaaa? A potem zabić kogoś na ulicy, bo wiadomo, że sobie durniu nie poradzisz.
Kina nie odwiedziłam, za to dostałam audiobook z powieścią pana Pilcha, w interpretacji pana Andrzeja Grabowskiego. Interpretacji – w pełni odpowiedzialnie twierdzę – mistrzowskiej. "L" aktor czyta tak, że staje się lubieżnie wilgotne od alkoholu, jakby zaraz miało być przełknięte z rozkoszą, "b" puchnie i się nadyma, jakby zaraz miało odetchnąć, wypuścić piekący, alkoholowy chuch. A potem opis delirki. Wystraszonej, przerażonej, pogubionej, tragicznie chłodnej. Była rozkoszna zbrodnia jest zasłużona kara.
Pan Pilch pije i patrzy jak pije. I analizuje jak pije, i opisuje, jak się pije. I jak się leczy, chociaż to tylko kuracja oczyszczająca.
Słucham finezyjnych fraz autora, a w głosie aktora mam wszystko: siłę, słabość, namysł, żart, powagę, rozkosz picia, śmiech i płacz, sens picia i bezsens picia, a nade wszystko – namiętność. Bo to picie namiętne, sensualne, wszechogarniające. A potem rozdziały ostatnie, miłość. Głos aktora robi się ciepły, spokojny, ustatkowany. To błogostan. Słychać, że bohater powieści niczego więcej nie potrzebuje. Wreszcie ma wszystko. Ma miłość, najskuteczniejszą ale i najtrudniej zdobywalną używkę świata. Wyczuwam upajającą aktora przyjemność czytania takiej prozy, tyle tego, tyle tego, a w każdym słowie jeszcze coś i jeszcze.
I zazdrośnie chcę to bogactwo mieć wyłącznie dla siebie.
Więc słuchawki na uszy.