Fijołek smażony w cukrze, czyli ZAPOLSKA rządzi

W którymże to roku była premiera tego spektaklu? W 1977? Czyli jakieś trzydzieści cztery kilo temu…

"Ich czworo" Gabrieli Zapolskiej w reżyserii pana Tomasza Zygadły powtórzono wczoraj wieczorem. To perełka. Klasyka klasyki teatralnej, nic a nic nie zramociała. Zapolska okazuje się na wieki znawczynią psychologii i kreatorką typów ludzkich nie do podrobienia. Pani Anna Seniuk w roli Żony – rewelacyjnie i widowiskowo głupia, Anna Dymna jako Córka- wydarzenie samo w sobie, niewinny zepsuty czarcik. Panowie: Wojciech Pszoniak – w roli zdradzanego Męża – świetny, Jerzy Stuhr – przeboski Fedycki.

O swym mężu filozofie Żona mówi do Fedyckiego: To tuman, nic tylko te książki.

Co ja się tu będę wysilać na komplementy. Posłużę się tymi, których używają celem uwiedzenia wzajemnego Fedycki i Żona.

A to: ach tyyy
– jaskółeczko z marcepanu,
– komarze wyzłocony,
– grzybku polukrowany,
– koniku cukrowy,
– niedźwiedziu z brylantowymi oczami,
– lwie, lewku z cukru,
– pawianie pomarańczowy,
– ty osiołku różany fiołkami nadziany…

Ach ty Gabrielo…

Nike w PIÓROPUSZU

Kupiłam książkę pana Mariana Pilota " Pióropusz" – laureatkę ostatniej Nagrody Literackiej Nike. Nie, nie wszystkie kupuję. Kilku nie znam, bez żalu. Nad tą długo się zastanawiałam. Kompletnie nie znam pisarza. Nie wiedziałam, czego oczekiwać. A jeszcze jego kilka słów po laudacji, wydukanych, pomieszanych, pogubionych, kompletnie nieprzygotowanych. Słychać było, że autor w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał…

Krótko mówiąc, nie zachęcił mnie.

Kupiłam bardziej dla porządku, niż z chęci. W laudacji przewodnicząca zaznaczyła, że nie jest to książka łatwa, taka którą się dobrze czyta lecz szorstka, porwana…

Czytam, czytam.

Myśliwskim zalatuje, myślę w pierwszych słowach mego listu. Nie, nie… Sowizdrzalska literatura. Co to za bohater jakiś durny, nieokiełznany. Złodziejski syn wsiowego chama i rozrabiaki. W kółko się leje ze wszystkimi, niszczy, używa pięciu zwrotów na krzyż. Przyczepiają się one do nieszczęsnej czytelniczki i męczą. Wybiere ci jojka, wybiere ci jojka. Idymy na jajorke. Porwoł mu koszule… Nie znaczą tego, co wprost się rozumie.

Po stu stronach myślę, że owszem szacun dla kunsztu pisarskiego, niebanalnego ujęcia tematu, ale… Nie, to nie moja bajka.

Po dwustu zaczynam czuć, że rodzi się we mnie mały zachwyt. I rośnie z każdą stroną. Zauważam też, że gdyby książka powstała w latach pięćdziesiątych, byłby to klasyczny produkcyjniak. Wszak nieśmiało to jednak przeziera pochwała nowego ustroju. Ale znowu z drugiej strony dla takiej biedoty jak oni, biedy, której nigdy w życiu na oczy nie widziałam, nie mówiąc już o dotknięciu, to była nadzieja. Kto chciał, mógł się wyrwać z podłego losu.

Po trzystu kilku już wiem, że to niejako autobiografia autora. Rewelacyjna autobiografia.

Nigdy bym się nie dowiedziała, że tak świetny pisarz istnieje.

Gdyby nie Nike.

ARTYSTY śpiwajo

Włączam telewizor. Nic wielkiego w nim do oglądania tego wieczoru. Będę patrzeć na jedną z muzycznych bitew, które ostatnio zaśmiecają wszystkie stacje bez wyjątku. Ja tego nie oglądam – mówi MR. A co? Co innego. Ale nie ma niczego interesującego – walczę. Milknie niezadowolona.

Tylko na chwilkę.

Pojawia się pierwszy uczestnik. Rudoblond, delikatna buzia. To baba, czy chłop? – pyta. Milczę. Na cycki trza patrzeć – odpowiada sama sobie. Cudak. W dupę chłopa i wygonić. Nie umie się ubrać.

A ten to co? W capce. I kiwa się jak… O ten też. Nie ubioro się. Wyłażo w dresach. Kto to widział.

O, ta to śpiwa jak Matka Boska wygląda.

Oj śpiwajo i śpiwajo. Artysty.

On ma na szyi tatuaże? Tak. Na jajkach by se narysował. O matko. Jaki spaskudzony.

O Jezu, co te ludzie wyprawiajo!

Duszę się ze śmiechu. Dobrze, że się uparłam.

SKRAWKI wszystkich świętych

Jestem z wieloma ludźmi w jakiejś chwilowej nagłej sytuacji. Porozkładaliśmy się w czymś na kształt szkolnej świetlicy, klasy, czy sali konferencyjnej. Jakieś kupki rzeczy, materace obok siebie. Wiem, że coś się wydarzyło. Była katastrofa. Samolot spadł ale nie spadł. Myślę, że nie spadł, bo przecież wszyscy żyjemy.

W innym, mniejszym pomieszczeniu na stołach pokrytych ceratowymi, kolorowymi obrusami porozstawiano talerze, porozkładano sztućce. Przygotowano je do posiłku.

Siadam na jednym z miejsc. Biorę widelec i sięgam do szklanki. Spodziewam się owoców w kompocie. Nie ma kompotu, nie ma owoców. Drapię widelcem dno szklanki, a tam małe, kolorowe, pocięte równo skrawki tkanin. Nie wiem skąd ale dociera do mnie, że to pozostałość po tych, którzy zginęli.

I że jak je zjem, to uczczę ich pamięć.

Wojciech Smarzowski z TORTEM

"Wesele" w reżyserii pana Wojciecha Smarzowskiego odstręczyło mnie. Obejrzałam ze dwadzieścia pierwszych minut i uwierzyć nie mogłam, że można zrobić coś tak dożylnie brzydkiego. Odrzeć z mgieł i woalek udawania, że życie jest piękne, tłumaczeń że przecież on/ona nie chciał/a, nie miała złych zamiarów… Pokazać samo jądro, samą istotę złej strony człowieka. Po jakimś czasie spróbowałam jeszcze raz. Dotrwałam do końca, z naciskiem na dotrwałam.

I potem pojawił się "Dom zły". Patrzyłam nań z obrzydzeniem, odrazą, przerażeniem i wszystkimi uczuciami w stanie czystym, nieskażonym woalką samooszukiwania, że…

Patrzyłam i nie mogłam oderwać oczu. Coś fascynującego, hipnotyzującego jest w tym filmie. Nagromadzenie okrucieństwa, prostactwa, chciwości, brzydoty, głupoty, jest wielokrotnością tego, co widziałam w "Weselu".

Dotarła do mnie istota sztuki pana Wojciecha Smarzowskiego. Strzeliła mnie w pysk i wytarła sobie o mnie łapy.

Z ciekawością więc zajrzałam do Teatru Tv, gdzie powtarzano sztukę autorstwa pani Marii Czarneckiej "Cztery kawałki tortu" w reżyserii Reżysera. Premierę miała w roku 2006 ale chyba jej nie oglądałam wtedy.

Atmosfera i nastrój wyczuwalnie smarzowski. Temat przetrudny. Dziewczyna, adoptowana przed laty, obchodząca właśnie osiemnastkę, nie sprawdziła się w roli dziecka, więc rodzice na skraju własnego rozstania chcą ją zwrócić biologicznej matce. Tę otóż kreuje pani Halina Łabonarska i jest to rola znakomicie obsadzona. Gdyż bez niej reżyser by mnie po prostu nie zadrasnął. Musiało być tak okrutnie, żeby mi włosy dęba stanęły. Nie w czynach, w słowach, opowieści kobiety o życiu, które doprowadziło ją do konieczności oddania córki do domu dziecka. Życiu z alkoholikiem i okrutnikiem, tłukącym ją i potomstwo. I jej tłumaczenie aktualnej matce dziewczyny – tu pani Ewa Serwa – że przecież ślub kościelny, że w zdrowiu i w chorobie, że dopóki śmierć nas nie rozłączy… Co jest tak durne i bezrozumne, że zawsze mnie zadziwia. Tutaj mną wstrząsnęło. To kluczowa scena spektaklu.

Jak przełknąć tak gorzki tort?

ARCYDZIEŁO rosyjskie alkoholizowane

Jakże ja tęskniłam za tą książką… Przez lata tliła się we mnie nadzieja, dopływała co chwila z serca do mózgu i tam odbijała od pustki. A wszystko przez niegdysiejszą adaptację powieści "Moskwa – Pietuszki" pana Wieniedikta Jerofiejewa na scenę Teatru Tv przez  pana Tomasza Zygadło. Rzecz interpretował mistrz Marian Opania. Nigdy tego w TV nie powtórzyli. Że instruktaż jak pić i jak picie przeżywać? Że po tym spektaklu więcej rodaków zacznie się nieprzytomnie zalewać? Eee tam… Zalewający się nie oglądają spektakli.

…nie wiem, nie rozumiem, ale  żeby choć trochę uciszyć tę fizyczną niemal potrzebę, zakupiłam egzemplarz powieści i rzuciłam się od razu gasić wewnętrzny pożar.

…i próbuję czytać. I czytam, i wracam do tych samych zdań, bo pan Opania gdzieś tam spod książki mi czyta. Przystaję. Wsłuchuję się. Wracam i znów próbuję głosem pełnym ciepła, uśmiechu, przyzwolenia na to, co robi Wienia. Choć robi głupio, paskudnie i źle. Pije, rzyga, dygoce i miota się w alkoholowej malignie. Dociera to do mnie dożylnie i domięśniowo ale pan Marian rozprasza, rozmywa grozę oraz tragizm autora-bohatera-alkoholika. I wydaje się, że nic złego się przecież nie dzieje, że fajnie jest tak popijać w pociągu do Pietuszek, choć nudzi i wraca. Pij Wienia, pij.

…normalnie czytelnik wiedziałby, że tak to tu i teraz, a za chwilę się skończy. Jerofiejew odstawi butelkę, wytrzeźwieje i wszystko będzie dobrze po wiek wieków. Ale tu nie ma nadziei, tu nawet cień takiej myśli nie przychodzi do głowy. Jego życie to kilka łyków kubańskiej, sen deliryczny, a potem zimno, więc znów kilka łyków kminkówki, sen, mdłości, więc pół szklanki koktajlu, żeby nie mdliło. Rozmowy z aniołami, które czuwają nad Wienią. Wszystko jest dobrze, uspokajają samą swoją obecnością, w porządku. A głos pana Opani, tego misia pluszowego przytulnego, potwierdza to we mnie, i tak jedziemy z Moskwy do Pietuszek kartka za kartką.

…i jakoś tak nie wiadomo kiedy niepostrzeżenie anioły odfruwają i odfruwa głos pana Opani, i już nic mnie nie chroni przed tragicznym zakończeniem książki.

Pozostaje podziw i zachwyt, że nawet dno upadku można przekuć w sztukę. W arcydzieło.

Może po to warto żyć?

KONTRYM

Bardzo lubię obejrzeć dobrego aktora w roli innej. I tak na przykład, jeśli pan Redbad Klijnstra od lat kreuje postać doktora Ruuda w serialu "Na dobre i na złe", to nieznośnie kojarzy się z dobrym człowiekiem, który do swojej żony mówi Bodzienka. To przyrasta do aktora, serial niszczy jego wieloznaczność, różnorodność zawodową i już zawsze ta Bodzienka, Bodzienka. A człowiek pragnie dać się zaskoczyć, że nie, że to przecież aktor, artysta, człowiek przeróżny, fascynujący.

I wczoraj zasiadłam, a właściwie zależałam do oglądania Teatru Tv, głównie za względu na to oczekiwanie me. Bo to ani teatr, ani film, ani publicystyka. Powołano do życia ten teatr mięsny, jak go sobie niegdyś nazwałam, w czasach, gdy mieliśmy być patriotami i tropić spiski oraz agentów. W sobie i poza sobą. I to taki pogrobowiec ten "Kontrym" w reżyserii pana Marcina Fischera.

Miał być.

Ale jak już zaczęłam oglądać – nie żałowałam. Obaj panowie znakomici aktorowie, czyli Redbad Klijnstra w roli Józefa Światły, ubeka oraz Jan Frycz jako tytułowy Kontrym, człowiek  niejednoznaczny, z pokręconą biografią, przetrzymywany, torturowany i w końcu zabity przez aparat powojennej władzy, to była uczta. Napięcie, ciarki. Też przez to, iż rewelacyjnie sfilmowane i oświetlone.

No i jak pan Redbad Światło, spokojniutki, cichutki, kulturalny, zaczął wrzeszczeć na pana Jana Kontryma, który po latach przesłuchań spokojnie stwierdził, że nic mu nie mogą zrobić, to było ach, że ach…

Gadżet

Na przystanek mam piękną dróżkę. Czyściutką, równiutką, wypielęgnowaną. Wiodącą wśród czyściutkich, piękniutkich, wypielęgnowanych domków.

Raz w tygodniu na tej czyściutkiej dróżce pojawia się śmieciarka i zbiera pięknie zawiązane worki śmieci. I rano szłam sobie nią ja. Jeden worek pękł i wysypało się zeń trochę śmieci. Panu śmieciarzu nie chciało się pochylić i pozbierać, więc nogą, nogą zagonił je do kupki i tak pozostawił. Trochę obierek, jakieś papierki, puszka i szkielet ryby. Obok leżał zużyty wibrator.

Pan Janusz po wyborach wyrzucił?

Nowa NOSOWSKA

Poprzednia hipnotyczna płyta pani Katarzyny Nosowskiej o przewrotnym tytule "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" była dla mnie odkryciem i zaskoczeniem. Ta siła wyrazu… To tekstowe połączenie gorącego z zimnym…

Dlatego pobiegłam kupić kolejną Nosowską, tym razem ponumerowaną. Na płycie "8" o miłości jest niewiele. Raptem dwa, czy trzy teksty o tragedii rozstania i burz raczej. A pozostałe – odkrywcze i niebanalne – o przyrodzie, pogodzie, czasie, wszechświecie, nawet jeden o kraju naszym raju. I nie jest tak, że zachwyt melodyjkami natychmiast. To się sączy, wdraża, wżera w mózg. I nie trafia do serca. Nie mogę powiedzieć więc: piękna, wzruszająca, romantyczna. Tu obowiązują kategorie intelektualne: mądra, z poetyckimii tekstami, oryginalną i niełatwą warstwą muzyczną. Dla mózgowców – uczta.

A po kilku przesłuchaniach wsiąka się całkowicie.

A ta ósemka w tytule, to – przekręciwszy cyfrę o dziewięćdziesiąt stopni – symbol nieskończoności…

I wtedy dopiero wszystko zaczyna mi pasować.