Pisząc o serialu „Stawka większa niż życie”, wspomniałam o przepięknych aktorkach tam występujących. Przepięknych tym bardziej, że sztuka makijażu, wizażu, tatuażu, stylizacji i innych medycyn estetycznych wówczas prawie nie istniała.
Przypomniałam sobie przy okazji coś a propos.
Matka Rodzona, będąc już matką naszą, ale niedługą, pracowała była w recepcji hotelu. No nie, to nie były cztery gwiazdki, nawet nie dwie, żadnych gwiazdek ten hotel nie posiadał. Czasy były siermiężne, komunistyczne, a hotele w miasteczkach wyglądały tak, że dłuuugi korytarz, pokoje z umywalką, parę łóżek metalowych, czysta pościel, łazienka na końcu korytarza. A recepcja to nie była wysoka lada za którą stała wypachniona panienka. To był prosty pokój przy drzwiach wejściowych z oknem i lufcikiem otwieranym, gdy gość się pojawił. Obok drzwi, które się zamykało po dwudziestej drugiej na klucz, a pani recepcjonistka kładła się spać na leżance, także będącej na wyposażeniu. Goście tego hotelu to byli zazwyczaj domokrążni sprzedawcy wyrobów prywatnej inicjatywy różnego autoramentu, panowie na delegacji, i – artyści. Każdy z nich czuł się w obowiązku podarować coś pani recepcjonistce, a to czekolady, a to guziki, jakich w sklepach nie uświadczysz, a to kawę… Artyści zaś wciskali fotos z autografem, czarno-biały wszakże, ale zawsze. Wciskali bilety na występ. Bywali też artyści zagraniczni, a nawet jeden piękny Murzyn, jak się wówczas uczyło w szkole, czyli Afroamerykanin czarnoskóry. Też dał fotos. Korupcja jak się patrzy celem urobienia pani recepcjonistki, choć ilekroć byłam u MR w pracy, bo nie było mnie z kim zostawić, zawsze było pełno wolnych pokoi. Zdarzyło mi się z tego powodu nocować w pokoju obok recepcji. Odtąd datuję moje uwielbienie dla hoteli.
Raz przyjechał piękny młody artysta, bardzo z siebie zadowolony, wcisnął bilety w lufcik, a dla reklamy, wszedłszy bez uprzedzenia do pokoiku recepcyjnego i rozejrzawszy się, gdzie by tu jakiś gwóźdź w ścianie, powiesił pod sufitem plakat: co i jak, gdzie i kiedy, i że taki a taki, po licznych sukcesach w kraju i zagranicą wykona koncert „Solo na ksylofonie”. MR, uprzejmie zawodowo uśmiechnięta, nie protestowała, a kiedy tylko wyszedł, wlazła na stołek i z furią zerwała plakat, mamrocząc: Będzie mi tu jakieś solo na ksylofonie wieszał. Dodajmy, gwoli wyjaśnienia grozy sytuacji, że żadna z nas nie miała pojęcia, co to ten ksylofon.
Pani recepcjonistka, jako Matka Rodzona po dyżurze targała te łapówki do domu, dla dzieci. Przyniosła też dwa bilety na koncert. Artystka nazywała się Ewa Tabaczewska, pamiętam do dziś, załączyła do biletów swe foto z autografem i z foto owego wynikało, że kobieta jest urody wybitnej. Zaraz też Ojciec Rodzony, używany w rodzinie do celów reprezentacyjnych, gdy matka – domowych, postanowił, że skorzysta z oferty i zabierze dziecko na koncert śpiewaczki. Kilkuletnie dziecko nic nie pamięta z koncertu, poza zadziwieniem odkrywcy nowych, nieznanych lądów.
Kiedy już zgasło światło na widowni, artystka, wyspana w matczynym hotelu, wyszła na scenę i dziecko doznało niezwykłego olśnienia. Kobieta ta była nieziemsko piękna. Nieziemsko! Nigdy wcześniej dziecko tak wyglądających kobiet w swoim otoczeniu nie widziało. Czy to światła tak robiły, czy ta ciemność na widowni, czy to, że wystarczy być artystą, wyjść na scenę i już się tak zyskuje na urodzie? Tak, czy tak w umyśle i emocjach dziecka pojawił się równoważnik scena=piękno.
Dużo, dużo później, kiedy urosłam do wieku kilkunastoletniej dziewczynki, podejrzałam, jak młoda ciotka ma, wybierając się na randkę, nakładała na twarz fluid, czyli puder w płynie, czyli make up, oraz doklejała sztuczne czarne rzęsy…
Już wiedziałam, gdzie tkwi tajemnica przepiękności.
Co mi zupełnie nie przeszkodziło myśleć, że scena to magia, bo wtedy mi się wżarło w emocje.
I tak już po wiek wieków zostało.