DZIENNIKARSTWO rasowe

Jeśli się chce wiedzieć wszystko o tym, jak zostać najlepszym dziennikarzem, wcale nie trzeba studiować. Wystarczy kupić "Biblię dziennikarstwa" pod redakcją panów Andrzejów: Skworza i Niziołka, i starannie, powoli, z namysłem oraz wyostrzoną uwagą ją przeczytać. O swojej pracy, dokonaniach, a nade wszystko warsztacie, opowiadają wybitni polscy dziennikarze każdego z mediów i dziennikarskiej specjalności. O dziennikarstwie ekonomicznym, śledczym, wojennym, reportażu,
felietonie, fotografii prasowej i innych. Każdy tekst, każdy wywiad, każda wyprawa
przygotowana, przemyślana, zaplanowana. Co nie wyklucza dziennikarza otwartego na wszystko, co przyniesie rzeczywistość. A ponieważ najbardziej interesuje mnie dziennikarstwo prasowe, najpierw czytałam fragmenty autorstwa panów:Tochmana, Szczygła, Jagielskiego, Pilcha. Takiej dawki uczciwości, solidności, pracowitości, kreatywności, szacunku dla spotykanych ludzi jak w tej książce, nie spotkałam już dawno w żadnym zawodzie.

Dlatego, że rzecz stworzyli wyłącznie mądrzy ludzie?

Na ŁAWECZCE

Jest kilka spektakli Teatru Tv, które mogłabym oglądać na okrągło i "Ławeczka" pióra Aleksandra Gelmana do nich należy. Dodam, że ta ławeczka, na której usiedli na czas jakiś pani Joanna Żółkowska i pan -ach!- Janusz Gajos. Spektakl wyreżyserował pan Maciej Wojtyszko. Premiera telewizyjna w roku 1988.

Dwoje nieznajomych, zawiedzionych życiem ludzi  w wieku lekkopółśrednim spotyka się nieprzypadkowo w parku. To znaczy pan siedzi sobie na rzeczonej ławeczce, a pani pyta, czy może prosić o ogień. Niby nic, a przecież oboje poszukują partnera do chwilowej przygody. I zaczyna się gra słów, w której prawdy okazują się nieprawdami, życie ma kilka wersji, i już nie wiadomo, kto kogo oszukuje. Maska nałożona na maskę, a pod nią jeszcze jedna maska. A przecież pod warstwą słów, masek i fałszywych tłumaczeń tli się wielka potrzeba uczucia, dobra i prawdy, takiego na całe życie do grobowej deski.

Pan Janusz Gajos od wstępnego prostego bajeru wykonanego na rauszu, poprzez powolne trzeźwienie i zmiany mimiki, aż do chwili, gdy grozi kobiecie stłuczoną butelką (ileż go to kosztowało), okazuje się pokonanym, głęboko nieszczęśliwym człowiekiem. Jak to jest zagrane! A pani Joanna Żółkowska, słuchająca pilnie, ale i zaczepnie kombinująca, sprawdzająca partnera nieustannie, a potem snująca idylliczną wizję wspólnej przyszłości w domu na wsi – sam smak!

Oboje państwo aktorostwo są fantastycznie zgranym tragikomicznym duetem, zwykli i przeciętni, a trochę nie, trochę sympatyczni, a trochę nie. Prawdziwi cały czas.

I skojarzenie: o Januszu Gajosie nie powinnam pisać pan Gajos, powinnam – mistrz Gajos. Ku memu zachwytowi, już w 1988 był godzien tego miana. Dwadzieścia cztery lata temu!

Czy już wspominałam, że obejrzałabym jeszcze raz i jeszcze raz i…

AKTor

…bo ja, proszę pani, chciałem zostać aktorem – mówi pan Borys, gdy stoimy w niemożliwym do zniesienia hałasie i patrzymy na nieporadne popisy domorosłych artystów na zaimprowizowanej scenie. Festyn dla całego osiedla. Muzyka, czyli ten przeraźliwy łomot, dociera kilka kilometrów dalej. Wszystkie dzieci pod samą sceną i głośnikami. Za chwilę będą głuche. Od razu – pobudzone i agresywne. Festyn organizuje Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie. Jak ogłuchną, to pomoże.
… nauczyciele wypychali mnie zawsze do recytowania różnych wierszy na apelach  szkolnych. Ale ja się nie dawałem, wycofywałem, bo te wiersze mi nie pasowały. Wyczuwał pan fałsz? – pytam pro forma, gdyż wiem, że pan Borys patriotą jest i wolnościowcem. Nienawidził komuny od poczęcia. No widzi pani! A przecież dziecko małe, głupie byłem i nic nie rozumiałem.

W tejże chwili pojęłam, skąd ta jego interpretacja sprawozdań na zebraniach. Jak zaczyna czytać, to nie wiedzieć czemu, wszyscy się od razu pokładają ze śmiechu. A na końcu – owacja i okrzyki: biiis!. Nawet raz ustaliliśmy, żeby może wszystkie sprawozdania, jakie ktokolwiek napisze, właśnie on czytał.

Znów wyczuwa fałsz?

Fluid i sztuczne rzęsy, czyli NIEZIEMSKO PIĘKNA artystka

Pisząc o serialu „Stawka większa niż życie”, wspomniałam o przepięknych aktorkach tam występujących. Przepięknych tym bardziej, że sztuka makijażu, wizażu, tatuażu, stylizacji i innych medycyn estetycznych wówczas prawie nie istniała.

Przypomniałam sobie przy okazji coś a propos.

Matka Rodzona, będąc już matką naszą, ale niedługą, pracowała była w recepcji hotelu. No nie, to nie były cztery gwiazdki, nawet nie dwie, żadnych gwiazdek ten hotel nie posiadał. Czasy były siermiężne, komunistyczne, a hotele w miasteczkach wyglądały tak, że dłuuugi korytarz, pokoje z umywalką, parę łóżek metalowych, czysta pościel, łazienka na końcu korytarza. A recepcja to nie była wysoka lada za którą stała wypachniona panienka. To był prosty pokój przy drzwiach wejściowych z oknem i lufcikiem otwieranym, gdy gość się pojawił. Obok drzwi, które się zamykało po dwudziestej drugiej na klucz, a pani recepcjonistka kładła się spać na leżance, także będącej na wyposażeniu. Goście tego hotelu to byli zazwyczaj domokrążni sprzedawcy wyrobów prywatnej inicjatywy różnego autoramentu, panowie na delegacji, i – artyści. Każdy z nich czuł się w obowiązku podarować coś pani recepcjonistce, a to czekolady, a to guziki, jakich w sklepach nie uświadczysz, a to kawę… Artyści zaś wciskali fotos z autografem, czarno-biały wszakże, ale zawsze. Wciskali bilety na występ. Bywali też artyści zagraniczni, a nawet jeden piękny Murzyn, jak się wówczas uczyło w szkole, czyli Afroamerykanin czarnoskóry. Też dał fotos. Korupcja jak się patrzy celem urobienia pani recepcjonistki, choć ilekroć byłam u MR w pracy, bo nie było mnie z kim zostawić, zawsze było pełno wolnych pokoi. Zdarzyło mi się z tego powodu nocować w pokoju obok recepcji. Odtąd datuję moje uwielbienie dla hoteli.

Raz przyjechał piękny młody artysta, bardzo z siebie zadowolony, wcisnął bilety w lufcik, a dla reklamy, wszedłszy bez uprzedzenia do pokoiku recepcyjnego i rozejrzawszy się, gdzie by tu jakiś gwóźdź w ścianie, powiesił pod sufitem plakat: co i jak, gdzie i kiedy, i że taki a taki, po licznych sukcesach w kraju i zagranicą wykona koncert „Solo na ksylofonie”. MR, uprzejmie zawodowo uśmiechnięta, nie protestowała, a kiedy tylko wyszedł, wlazła na stołek i z furią zerwała plakat, mamrocząc: Będzie mi tu jakieś solo na ksylofonie wieszał. Dodajmy, gwoli wyjaśnienia grozy sytuacji, że żadna z nas nie miała pojęcia, co to ten ksylofon.

Pani recepcjonistka, jako Matka Rodzona po dyżurze targała te łapówki do domu, dla dzieci. Przyniosła też dwa bilety na koncert. Artystka nazywała się Ewa Tabaczewska, pamiętam do dziś, załączyła do biletów swe foto z autografem i z foto owego wynikało, że kobieta jest urody wybitnej. Zaraz też Ojciec Rodzony, używany w rodzinie do celów reprezentacyjnych, gdy matka – domowych,  postanowił, że skorzysta z oferty i zabierze dziecko na koncert śpiewaczki. Kilkuletnie dziecko nic nie pamięta z koncertu, poza zadziwieniem odkrywcy nowych, nieznanych lądów.

Kiedy już zgasło światło na widowni, artystka, wyspana w matczynym hotelu, wyszła na scenę i dziecko doznało niezwykłego olśnienia. Kobieta ta była nieziemsko piękna. Nieziemsko! Nigdy wcześniej dziecko tak wyglądających kobiet w swoim otoczeniu nie widziało. Czy to światła tak robiły, czy ta ciemność na widowni, czy to, że wystarczy być artystą, wyjść na scenę i już się tak zyskuje na urodzie? Tak, czy tak w umyśle i emocjach dziecka pojawił się równoważnik scena=piękno.

Dużo, dużo później, kiedy urosłam do wieku kilkunastoletniej dziewczynki, podejrzałam, jak młoda ciotka ma, wybierając się na randkę, nakładała na twarz fluid, czyli puder w płynie, czyli make up, oraz doklejała sztuczne czarne rzęsy…

Już wiedziałam, gdzie tkwi tajemnica przepiękności.

Co mi zupełnie nie przeszkodziło myśleć, że scena to magia, bo wtedy mi się wżarło w emocje.

I tak już po wiek wieków zostało.

Spotkanie, czyli JAK SIĘ człowieku PROWADZISZ

Siedział na miejskim przystanku w cieple i promieniach słońca. Już zmęczony życiem, ale jeszcze się bronił. Jeszcze marynarka nie do końca wymięta, jeszcze portki nie całkiem brudne, reklamówka nowa.

Ooo! – powiedział do nadciągającego kolegi. A co ty tu, kurwa, robisz? A, popatrz – machnął tamten kulą – z nogami niedobrze. A co to, kurwa, z wami jest! – wrzasnął srogo, pogrążony w trosce. Co którego spotkam, to albo chory, albo umarł, albo pijany, albo w gipsie, albo o kuli.

To jak wy się w końcu, kurwa, prowadzicie?

POGADAĆ z pisarzem

Nie ma to jak rozmowa z pisarzem. Nikt nie potrafi tak dobrać słów, tak opowiadać o sobie i swoich przeżyciach, niebanalnie mówić o banałach, opowiadać zajmująco o sprawach, na temat których inni przynudzają albo wręcz irytują. Politycy-mądrale powinni się od nich uczyć stale i wciąż. Chociaż… jest jeden, który mówi zupełnie inaczej niż wszyscy. Ale, nie o politykach dziś będzie.

Będzie o rozmowie z panem Janem Nowickim – aktorem i pisarzem,  który właśnie wydał książkę "Mężczyzna i one", zatytułowanej "Młodość jest przereklamowana". Wygląda, że książka o życiu uczuciowo-erotycznym. Mówi, że teraz uwolnił się od ptaka, ale przedtem często bałwanił się, by zdobyć kobietę. Też o filozofii życia,  Kowalu, Gośce, aktorstwie, starości. Pięknie mówi. Niby surowo, a jakże rozczulająco.

Jest taki dobry zwyczaj/zabieg marketingowy, że rozmawia się, gdy wychodzi książka. Kupię, nie kupię, wywiad przeczytam! I tak, w ciągu ostatniego roku czytałam z przyjemnością rozmowy z panami: Stasiukiem, Pilotem, Pilchem, Vargasem Llosą. Ile się można dowiedzieć, jak inaczej spojrzeć na różne rzeczy i sprawy. Tylko pisarz potrafi wyjaśnić, objaśnić i rozjaśnić mi świat. A pisarz-aktor, dodajmy mądry, oczytany człowiek, to dopiero perspektywa. Mądra, niespieszna rozmowa, błyszcząca dowcipem, inteligencją, dystansem.

Nie musi być prawdziwa.

Musi być – interesująca.

Mazaje PSYCHIATRYCZNE

Siedzieli za mną w prawie pustym porannym miejskim autobusie i rozmawiali. Byli znajomymi z pracy. Ale proszę pana/proszę pani jednak. Żadna zażyłość. Mówili dosyć głośno, czyli on. Ona czasem cicho komentowała dla podtrzymania rozmowy. I nagle, gdy w centrum ukazał się za oknami właśnie odremontowany pałacyk ze świeżą, kremową elewacją, Proszępan powiedział: O, niech pani spojrzy. Jakiś kutas już pomazał sprayem elewację. Czy on normalny jest? Wyłapać i do psychiatryka. Trzy dziury w głowie zrobić i nalać oleju. Kujawskiego.

Czyli w miastach rzepak.

DZIENNIK, który obezwładnia

Po zbeszczeszczeniu Kundery, po czytaniu "przez rozum" Białoszewskiego, po zupełnym zagubieniu radości i smaku czytania, nie mogłam patrzeć na "Dziennik" pana Pilcha. Leżał szczelnie zafoliowany, tydzień mijał za tygodniem, już zaczynałam żałować wydanej kasy. Może już nigdy nie zajrzę do żadnej książki? Może to przesyt przesytów? Swoje wyczytałam?

Aż któregoś niedawnego dnia Droga Es przyniosła mi Tygodnik Powszechny z oburzonym komentarzem: No tego się nie spodziewałam. Nawet w tak porządnej gazecie nawalają. I to kto? Ksiądz Boniecki. Bo od jakiegoś czasu nie istnieją gazety, które na nikogo nie nawalają – odrzekłam stoicko. 

Spojrzałam na zajawki numeru. Książę Boniecki, owszem, ale furda książę. Jest pan Pilch i jego sześć dziesiątek. W nastroju zdrowotnie marnym. A potem widzę jakiś komentarz w TV. Jest źle – pomyślałam. A przecież to dopiero sześć dych. Środek pisarskiej dojrzałości. A zaraz potem: jest dobrze. I już dłoń rozrywa folię i od pierwszego zdania wsiąkłam. Czułam, że przeczytam szybko, ze smakiem, i że będzie mi żal, iż to tylko czterysta sześćdziesiąt stron.

Komfort lektury jaki daje czytelnikowi/-czce/-mnie pan Pilch jest nieporównywalny z niczym. Nawet ostre frazy, wyraziście uderzające poglądy, kłujące słowa mają lekkość, są pociągające, uwodzą. Nie powodują ran ani otarć naskórka wrażliwości. To pisanie podprogowo zmysłowe, choć pełne intelektualnych wycieczek wysokiej próby.

I co chwila okazuje się, że to co czuje, co myśli, co robi, kwituję zaskoczona: o, ja też tak! Że zasnuwa się w w Wiśle, na Parteczniku, w rodzinnym domu: o, ja też tak!(chociaż nie w Wiśle). Że gotów nadłożyć drogi, by wsiąść do pociągu Wisła-Warszawa na stacji początkowej, gdy nikogo tam jeszcze nie ma. O, ja też tak! W miejskich autobusach. Czyta pierwszych dwadzieścia stron genialnej książki, o której wie, że genialna i odkłada ją, bo dalej nie daje rady. O, ja też tak…

Co pewien czas forma dziennikarska wymyka się autorowi i zbiega na manowce literackiej; jak ta o matce, która lubi nie być jego matką, albo historia romansu z Bałkanką. Aż żal że to nie całe opowiadanie, albo li i powieść. Pulsująca fascynacja kobiecością, ściganie niedoścignionego, dociekanie niedocieczonego, zgłębianie niezgłębionego, przybierające formę – jak to nazywa – uganiania się za spódniczkami. Subtelnie i finezyjnie. Żadnego wyrywania lachona.

No i ten protestantyzm. Wykładanie różnic między katolicyzmem a ewangelicyzmem. Powoływanie się na jego wyższość i większy rozsądek. Spodobało mi się. Od razu poczułam, że to coś lepszego, jakaś wiara ekskluzywna, mądra życiowo. Inna.

To dobrze jak pisarz jest w czymś inny. Inność jest fascynująca.

A nade wszystko chciałabym tu odnotować stan, w który wprawia czytelnika lektura. Różnych słów doszukałam się na tę okoliczność, ale co do każdego sądziłam, że nie dość precyzyjnie oddają ów błogostan. Aż na obwolucie znalazłam takie zdanie: obezwładniająca przyjemność czytania.

Och, tak, tak.