Rozstanie

Myślałam, że powiem ci to wszystko, czego mnie nikt nigdy nie powiedział.

Myślałam, że stopniowo, po trochu, w miarę, jak będziesz w stanie coraz więcej pojąć.

Że mieć w życiu tak naprawdę można tylko to, co mamy w sobie, w środku. Że wszystko, co udaje coś innego – a prawie wszystko udaje – to kicz. Żeby nie robić śmietnika z brzucha, głowy i serca. Żeby być szlachetnym i powściągliwym. Że wszystko jest kruche i na chwilę, choć zawsze wydaje nam się, że na całe życie. Że wszystko mija, smutki i rozpacze też. A może przede wszystkim.

Że to największe banały i najgłębsza prawda zarazem.

Myślałam, że mamy na rozmowy bardzo dużo czasu.

Miałyśmy.

ATRAMENTOWA melancholia

Tę płytę chwalono już sporo czasu temu, niemal od razu po ukazaniu się. Ale co tu się dziwić: pani Stanisława Celińska nie po raz pierwszy pokazała wszechstronność swego wybitnego talentu.

Wymyślenie jednak koncepcji słowno-muzycznej: dojrzałość z melancholią w tle to był majstersztyk. Atramentowo, czyli jeszcze nie czarno, już nie błękitno, ale wciąż elegancko, szlachetnie, godnie. Niby dojrzałość, niby doświadczenie, niby wszystko się już wie, niby na nic nie czeka… a jednak trudne pytania pozostają, odpowiedzi brak, czasu brak na dalsze zgłębianie, a przy tym, czy jest po co? Pozostaje ogólna wątpliwość: Czy to miało sens? i: Dlaczego tak?…i jedna pewność: nigdy się nie dostanie wyjaśnień, nigdy nie będziemy niczego pewni. To wszystko w kroplach wspomnień, drobinach codzienności, dotykach uczuć.

Mistrzowskie cztery teksty pana Wojciecha Młynarskiego, pretendujące teksty pani Doroty Czupkiewicz, pasujące tu jak ulał pani Katarzyny Nosowskiej i pana Muńka Staszczyka, którego tekst jak zwykle boli, muzyka ciszy – jakby to ujął pan Marek Niedźwiedzki – a raczej wyciszenia, skomponowana głównie przez pana Macieja Muraszkę.

Kilka standardów z uczepiającą się frazą mistrza Młynarskiego: Moje życie, twoje życie wstążki dwie…

Tego się słucha, słucha, słucha…

…patrząc na pogodną twarz, ciepły, chwilami figlarny uśmiech Artystki…

…myśląc, że mimo wszystko…

Drugie ż

Patrzę w internecie na teledysk pana Pawła Domagały aktora, który okazał się być też wykonawcą swoich piosenek. A może odwrotnie?

Ciemne tło, na środku krzesło. Najpierw wjeżdża z ciemności na ekran imię i nazwisko. Potem tytuł. Następnie z rogu wyłania się pan Paweł, niesie gitarę, siada. Zaczyna śpiewać.

Iluminacja. Siedzę przed ekranem i widzę na nim najpierw swoje imię, potem nazwisko. Kawałek mnie i kawałek mnie. Wyfruwa i bezpowrotnie przenosi się na ekran. Czuję to i jest to przyjemne. Czuję też brak. Tutaj na krześle jest mnie mniej. Twarz, sylwetka, głos. Przeniesienie poza czas.

Jeśli istnieje dusza to uwolnijmy ją już teraz za życia.

Zanim to rozstanie będzie tylko boleć.

Filozofia MR

Siedzę na balkonie, czytam zajmującą książkę. Letni wiatr przynosi chłód i zapachy. Wciągam powietrze głęboko i natychmiast jestem odurzona. Zapachy wywołują skojarzenia: euforyczne, rozkoszne, wzruszające, bolesne. Pamiętam, bo czuję. Aaach, wyrwie mi się czasem, aaach…

W pokoju za mną pojawia się MR. Nie widzę jej, słyszę, że siada w fotelu. Mówi w przestrzeń: …te jabłka to teraz takie dziwne. Z wierzchu ładne, błyszcząca skórka, a w środku nic niewarte. Jak stary człowiek…

Dała do myślenia.

Koniec czytania.

Fatum czy furia?

Dwie odsłony tej samej sztuki. Dwoje ludzi. Dwie historie. Dwa losy, choć pozornie – jeden, szczęśliwy, małżeński.

Lancelot zwany Lotto, dziecko majętnych rodziców, wykształcony, utalentowany, uroczy, uwielbiany. Taki, który znalazł miłość swojego życia. Mathilde, studentka, piękna, dobra, podporządkowana sprawom męża właściwie z własnej woli.

Może irytować taka uległość i podległość w tych egoistycznych czasach. Oni uważają, że to – miłość i już.

Trudne, biedne dla młodego małżeństwa czasy, w końcu dostają szansę na światło w tunelu. Aktor bez wzięcia – Lancelot, za namową żony staje się dramaturgiem. W tym osiąga sukces i pieniądze. To fatum.

Furia, czyli druga odsłona dramatu jest zwrotem radykalnym. Oglądamy ich życie od strony Mathilde. Nie do uwierzenia, co kryje się czasem za szczęśliwym małżeństwem, sukcesem, dobrym losem. Na czym jest oparty i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej…

Lauren Groff  "Fatum i furia" – koniecznie.

Lech DYBLIK i lodybosko

Trasą codzienną z pracy poprzez deptak z zatrzymaniem na lodybosko. Siedzę, liżę. Dobiega do mych uszu piękny, niski, męski głos. Jakaś melancholijna ballada. Kończę lodabosko, wstaję i rozglądam się. Zwykle uliczni grajkowie puszczają playback i piłują na skrzypcach, trąbce, gitarze. Teraz jednak to jest zbyt dobre. Szukam włączonego odtwarzacza, radia, czegoś mechanicznego. I oto… Na foteliku siedzi pan z gitarą, ot tak sobie, na deptaku pod apteką. Ma mikrofon, świetnie słychać. Patrzę, a tu…pan Badura z Kiepskich. Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska aktora i jest mi z tego powodu wstyd, bo przy całej słabości początkowych odcinków, pan Badura menel-filozof dodał serialowi jakiś nadwymiar. Dla niego oglądam czasem Kiepskich.

Jakiś czas temu pan Mariusz Szczygieł poszukiwacz prawd, napisał, że pan Lech Dyblik to też niezwykły, dobry, mądry człowiek. Do tego filozoficzna, głęboko prawdziwa rola w Kiepskich i teraz Okudżawa – wszystko pasuje do siebie jak ulał.

Całość, kompletny człowiek, kompletne życie.

Wzruszona stoję i słucham tego ulicznego koncertu. Na pozostałą część dnia łapię zachwyt, najpiękniejsze uczucie świata.

Okudżawa w oryginale, po rosyjsku. A mnie przypominają się polskie słowa "Modlitwy": Panie, podaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak…