Do czasu

Zestarzeli się w tajemnicy, zdradziecko, gdzieś daleko, poza oczami, mimochodem, przez dwadzieścia lat nie dając znaku, że procesy zachodzą, że włos bieleje nie wiadomo jak, bo przecież nie zamawiali. Więc kto to jest, kto to jest, patrzyłam z miną. Nie poznajesz, nie poznajesz? Nie.

Nie znałam ich przecież tak dobrze jak czas.

Bronka NOWICKA karmi kamień

W lecie się nie kupuje książek. W lecie się książki wypożycza. Z bibliotek, do których się trafi, ot tak.

W lecie się nie wie, co się chce przeczytać. Się nie planuje, się nie zamawia. Się nie odbiera paczek z wiadomą zawartością.

W lecie się nie wie i lubi się nie wiedzieć.

Albo się idzie po konkretny tytuł, a wraca z zupełnie innym.

Albo się szpera po półkach albo w stosach na podręcznym stoliku.

Entliczek pentliczek na kogo padnie..

O, Bronka Nowicka „Nakarmić kamień”. Nike za debiut?

Czyta się pierwsze zdanie: Smutek mnie uczy, że służę do życia. Czyta się następne: W zasadzie jesteś sobie potrzebna prawie do niczego. I: Sweter wyprany z dziadka wisi na sznurze. Jeszcze mokry sweter prasuje się z dziadka. Dalej: Pracą smutku jest przyjść i być. Albo tak: Pewnego dnia ojciec znalazł ręce. Swoje własne. Były schowane w kieszeniach płaszcza.(…) Po kilku dniach bycia na miejscu ręce jadły, piły i pstrykały palcami. Za jakiś czas zachciało im się bić. Wtedy ojciec pokazał im mnie.

Się dzieje coś dziwnego. Całe frazy po jednym przeczytaniu zostają mi w głowie, jakby miały być nauczone na pamięć.

Same się uczą na moją pamięć.

 

 

 

 

Péter Nádas – więcej niż „Pamięć”

Jeśli Węgry, jeśli Berlin, Wiedeń i Budapeszt to klimaty cesarstwa, to poczucie niezwykłej wręcz stabilności, piękna architektury tej dużej i tej małej…. Od razu mi się podoba! pomyślałam, czytając recenzję pana Krzysztofa Vargi w DF. Tak, bezwzględnie z dużą przyjemnością – tak.

Paczka potężna, książka potężna. Tego się nie czyta. W to się nurkuje bez aparatu tlenowego. Styl pisarza – jedno zdanie ciągnące się aż po horyzont nie jest rzadkością, jest zasadą, ścieżką strumienia myśli głównego bohatera-narratora, jego dygresji na temat, dygresji do dygresji, itd., itp. I kiedy już się gubimy i dusimy w mroku myśli, nagle następuje wynurzenie – powrót do rzeczywistości, do sytuacji, od której rozpasanie dygresyjne się zaczęło. Sposób pisania jest też hipnotycznym usypianiem ofiary, czyli czytelniczki, by potem jednym krótkim, niepokojącym zdaniem o okrucieństwie, które się wydarzyło, niebezpieczeństwie, które zagrażało, obudzić nieszczęsną wstrząśniętą i zmieszaną.

Nie wiem, dokąd poprowadzi nikła fabuła, bo dotarłam dopiero do 165 strony, jak się rozwinie akcja (chyba kompletnie niestosowne i nietrafione słowo w tym przypadku; czy tam istnieje coś takiego jak akcja?), a raczej gdzie pojawią się haczyki, na których  pisarz zaczepi zaciekawienie czytelnika, ale nieustannie chcę się zanurzać w mroczny klimat myśli bohatera-narratora i obserwować geniusza interpunkcji.

I tylko nachalnie narzuca mi się, że ten klimat już gdzieś poczułam… Czy to nie były przypadkiem „Wyznania patrycjusza” Sándora Máraiego?