Jeśli Węgry, jeśli Berlin, Wiedeń i Budapeszt to klimaty cesarstwa, to poczucie niezwykłej wręcz stabilności, piękna architektury tej dużej i tej małej…. Od razu mi się podoba! pomyślałam, czytając recenzję pana Krzysztofa Vargi w DF. Tak, bezwzględnie z dużą przyjemnością – tak.
Paczka potężna, książka potężna. Tego się nie czyta. W to się nurkuje bez aparatu tlenowego. Styl pisarza – jedno zdanie ciągnące się aż po horyzont nie jest rzadkością, jest zasadą, ścieżką strumienia myśli głównego bohatera-narratora, jego dygresji na temat, dygresji do dygresji, itd., itp. I kiedy już się gubimy i dusimy w mroku myśli, nagle następuje wynurzenie – powrót do rzeczywistości, do sytuacji, od której rozpasanie dygresyjne się zaczęło. Sposób pisania jest też hipnotycznym usypianiem ofiary, czyli czytelniczki, by potem jednym krótkim, niepokojącym zdaniem o okrucieństwie, które się wydarzyło, niebezpieczeństwie, które zagrażało, obudzić nieszczęsną wstrząśniętą i zmieszaną.
Nie wiem, dokąd poprowadzi nikła fabuła, bo dotarłam dopiero do 165 strony, jak się rozwinie akcja (chyba kompletnie niestosowne i nietrafione słowo w tym przypadku; czy tam istnieje coś takiego jak akcja?), a raczej gdzie pojawią się haczyki, na których pisarz zaczepi zaciekawienie czytelnika, ale nieustannie chcę się zanurzać w mroczny klimat myśli bohatera-narratora i obserwować geniusza interpunkcji.
I tylko nachalnie narzuca mi się, że ten klimat już gdzieś poczułam… Czy to nie były przypadkiem „Wyznania patrycjusza” Sándora Máraiego?