Pogrzeb(m)nie

       …wchodzimy do takiego budynku skromnego, kiszki strasznej, na końcu której otwarta trumna, relacjonuje Droga Es. Pogrzebnicy zaraz przy wejściu klękają, a przecież to nie kaplica, krzyża brak. Reszta siedzi na długich ławach pod ścianami. Hen daleko, przy trumnie, najpiękniejsza ciotka a żona stoi i głaszcze nieboszczyka. Widzisz, głaszczę cię po głowie, a zawsze mi mówiłeś: Nie głaszcz mnie po głowie. Odwraca się do przybyłych i mówi (didaskalium jak w teatrze: na stronie): Zawsze mówił: Nie głaszcz mnie po głowie. Zabiorę cię do Brawnik, gdzieś mnie wypatrzył, poznał… Głośno: Zabiorę go do Brawnik, gdzie mnie wypatrzył, poznał. Do niego: Już 50 lat jesteśmy razem. Odwraca się do żałobników: Już 50 lat jesteśmy razem.

Podchodzi wysoki, przystojny mężczyzna, wdowa odwraca się i dokonuje prezentacji: To jest nasz sąsiad, bardzo mi pomógł w ostatnich dniach. Sąsiad szepcze jej coś do ucha. Wdowa na cały głos zadowolona: Popatrz jak brzuch mu spadł!

Nieboszczyk brzuchaty bowiem był. A ona piękna kobieta była.

Msza nieświęta

Poranek, mało ludzi, ziąb.  Stalle po prawej i lewej połową wchodzą w ołtarz zamknięty tralkami. Poza ołtarzem mają niewielkie drzwiczki z dziurką na klucz. Zawsze otwarte. Siedzenia wyściełane czerwonym, miękkim aksamitem. W lewej przesiadują zwykle ministranci, szczególnie teraz, gdy zbyt dużo miejsca przy ołtarzu zajmują wystrojone srebrem choinki. Ministranckie stołeczki musiały im ustąpić miejsca.

Zajmuję miejsce z boku stalli, tam gdzie można uklęknąć na drewnianym schodku, ratując kolana przed chłodem niemal czterystuletniej posadzki.

Kilka metrów od ołtarza dwa wiekowe, piękne konfesjonały, metr dalej ławy dla parafian. Dziś spowiada stareńki ksiądz rezydent. Niedosłyszy, więc jedno moje ucho wychwytuje słowa homilii, do drugiego wpychają się besztania grzesznika.

Właściwie dlaczego zamiast stać, nie otworzę drzwiczek i nie usiądę na czerwonym aksamicie? Dlaczego stalle zawsze są puste, choćby nie wiem jak tłoczno było w kościele?

Nikt dotąd nie poważył się zająć miejsca duchów właścicieli kościoła i pałacu tuż obok.

Są rzeczy nienaruszalne, święte na tym łez padole.

 

 

Choroby moja miłość

MR od poniedziałku w szpitalu. Zabieg planowy, niegroźny, prawie kosmetyczny. We wtorek telefonuję. Wszystko w porządku? Tak, operacja trwała godzinę, od razu lekarka kazała mi wstawać i chodzić. Ale jak to? Operacja, szpital, to trzeba poleżeć! I we środę mnie wypisują. Tak, że krótko i szybko. Lekki zawód w głosie, bo plany miała inne: poleży, poje dietetyczne obiadki, poprzyjmuje pielgrzymki odwiedzających: Bo wiesz, mnie wszystkie lubio.

Ale zrobili mi znowu wszystkie badania i lekarz powiedział: Widzę u pani jakby początki cukrzycy. Przestań, przestań, nie masz żadnej cukrzycy! To dlaczego chudnę? Przecież dwa lata temu zmieniłaś dietę, jesz zdrowo, połowę tego co kiedyś, co trzy godziny. Chudłaś po troszeczku, stopniowo, teraz trzymasz wagę. Nieee, nieee, jest inaczej. Jak rano się budzę to język kołkiem mi stoi, tak mam sucho w ustach. Ależ śpisz z głową przy kaloryferze ustawionym na maksa, nawet jak nie jest zimno. Nieee, nieee, to nie tooo. Są takie specjalne badania, D. mi załatwia, potem się bierze tabletki. I dostałam nowy glukometr. D. mówi, że bardzo nowoczesny. Sąsiadka będzie mi badać cukier, powiedziała, że się nauczy.

Gardłuję ile sił, żeby się broniła myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Wszystko na nic.

Bo ty to się tak nic nie przejmujesz moimi chorobami, wyrzuca.

 

Przyszedł mężczyzna do kobiety, czyli Jan Peszek i Anna Seniuk

Tak, pamiętam premierę w 1992 roku. "Przyszedł mężczyzna do kobiety" pana Siemiona Złotnikowa w reżyserii pana Tomasza Zygadły pokazał wówczas Teatr Tv, a wczoraj przypomniała Tv Kultura. Pamiętam rozczulający dramat samotności, którą próbują zażegnać kobieta – pani Anna Seniuk, i mężczyzna – pan Jan Peszek.

Od pierwszych scen kobieta zarządza: mężczyzną, sytuacją, czasem, zachowaniem. Jest wścibska, wypytuje o szczegóły: ile pan ma wzrostu, na przykład. Kaprysi, ocenia. Ustawia, kapraluje.

Mężczyzna jest onieśmielony, delikatny, miękki, zalękniony. Ale się stara.

Potem wino,  "Pan zagryzie cukierkiem", "Pan weźmie jabłuszko", potem płyta – motyw muzyczny z filmu "Love story" – "Pan lubi wolne, czy szybkie? Takie jak pani". Sytuacja rozwija się w pieszczotliwym kierunku. I dopiero po mężczyzna nabiera spokoju i pewności siebie, kobieta delikatnieje. Ale często napomyka o ślubie, zabrania palenia papierosów. Marzy, by związać mężczyznę i żeby taki związany przeleżał obok niej całe życie. I mężczyzna rozpaczliwie życzy sobie być związany. A potem coś się sypie, rozjeżdża, mężczyzna krzyczy, że ona jest jak wszystkie inne…

Ubiera się, wychodzi w cudzym bucie.

Na jednej randce cała miłość.

Zagrane rozczulająco, do zapamiętania na zawsze.

 

 

Artysta Podsiadło

Po komforcie i szczęściu („Comfort and Happiness”) z 2013, w 2015 przyszedł czas na rozczarowanie i irytację („Annoyance and Disapointment”). Jeśli stan ducha pana Dawida Podsiadły podczas pisania, komponowania, nagrywania był taki, to pogratulować przewrotności, bo słuchaczka nie podziela jego odczuć.  Biorąc pod uwagę dalsze nagrania („Where did your love go”), widać konsekwentne wspinanie się na muzyczne szczyt/-y.

Coraz częściej jest tak, iż nasi młodzi wokaliści nie przejmują się faktem, że są – tutejsi. Słuchając po raz pierwszy w radio jakiegoś utworu myślę, że to ktoś spoza kraju. Tak jest z panią Moniką Brodką, tak z panem Dawidem Podsiadło. Dobrze, że ich ojczyzną jest cały świat, chociaż…

Najnowsza stylizacja pana Dawida – fryzura, wąsik, kamizelka, rurki – to typowy Ślązak z początku dwudziestego wieku. Dąbrowa Górnicza sprzed lat.

Okładka drugiej płyty to żart wysokiej klasy – obraz Juliusa Kronberga z 1885 roku zatytułowany „David och Saul”. Podobieństwo artysty do młodzieńca grającego na harfie jest nieprawdopodobne. Zgadza się nawet imię. Czy był już ktoś taki, czy to tylko profetyczna wizja malarza?

Nie wiem, kto czuwa nad otoczką działań muzycznych artysty, ale to też niewątpliwy artysta w swojej branży.   

 

(Nie)zapomniany diabeł

Wczoraj w Tv Kultura powtórka spektaklu "Zapomniany diabeł" Jana Drdy w reżyserii pana Tadeusza Lisa. Przedstawienie z roku 1985 nadal śmieszy, rozczula, zachwyca. Nikt tak jak Czesi nie potrafi uruchomić w nas tych trzech uczuć.

W piekle po latach orientują się, że wieś Stare Kabaty jakaś taka bezgrzeszna, żadne dusze nie trafiają do diabelskiej obróbki. Wysłannik Ichthuriel – pan Jan Peszek – udaje się tam, by sprawdzić, kto zaniedbuje robotę. Pod sutanną proboszcza ukrywa ogon, pod biretem rogi i zaczynają się poszukiwania. Kreacja pana Jana jest kapitalna: jest przebiegłym, inteligentnym diabłem w każdym calu, diabłem z krwi i kości, choć nie mam pojęcia, czy diabły składają się z krwi i kości, czy tylko z mocy piekielnych.

Pani Anna Seniuk jako baba Plajznerka – ciepła, czuła, plebejsko mądra kobieta, zaradna i pracowita.

Ale cały spektakl lśni kreacją pana Janusza Gajosa: to wyżyny aktorstwa, a nawet jej szczyty. Ta niepewność co do własnej tożsamości, ta praca nad sobą by zostać kimś, kogo sugerują: Plajznerka, która postanowiła zrobić z diabła prawdziwego chłopa (jak pan Janusz wymawia te dwa słowa!) Macieja i Kowal (pan Andrzej Grabowski), który sugeruje, że Trepifajksel to znawca koni. Ten zachwyt, kiedy diabeł odkrywa pozytywne strony bycia człowiekiem, mężczyzną karmionym i ubieranym przez kobiety…

Powtórkę jak najszybciej proszę.