Doktor ratunkowy

Na szpitalnym oddziale ratunkowym wieczorową porą przyjmuje mnie pan doktor o twarzy zmęczonej, mrocznej, znudzonej. To była kiedyś piękna sarmacka uroda, wąs utrzymany, boki podgolone na punka. Wnoszę po tym, że w mocno dojrzałym wieku fantazja mu pozostała i nijak ma się to do wyrazu twarzy. Co się stało? pyta i od razu odwraca się do komputera. Siedzę na kozetce i siedzę, skończył pisać i już się mną nie interesuje. Aż przychodzi pan pielęgniarz i każe mi opuścić kozetkę, bo inny pacjent chce na niej usiąść. Skaczę na jednej nodze. Po chwili podstawia wózek pani pielęgniarka i jedziemy na prześwietlenie. Potem wiezie mnie z powrotem i ja już z wózka zgonić się nie daję.

Pan doktor wychodzi. Czekam, czekam. Wraca, ogląda zdjęcia, woła i jestem podwieziona pod biurko. Bada mi stopę, ja wyję z bólu, bada dłoń, też wyję. Widać moje wycie było poprawne, bo odwraca się spokojnie do komputera i wypełnia formularze. Nic do mnie nie mówi. Już wtedy wypadałoby się gotować, że arogancja, że człowieka się nie widzi i te rzeczy, ale dla mnie to jak spektakl codzienny. Bardzo mi się ten spektakl podoba.

Z niecierpliwością czekam na dalej.

Dostaję dwa wydruki, efekt pracy pana doktora i możemy się zbierać. Czytam zalecenia. Elewacja kończyny, brzmi pierwsze. Jakieś takie budowlane. Może chciał zostać inżynierem, komentuje Bar, zapalić spokojnie na powietrzu, a nie w szpitalu chować się po kiblach. Wcale się nie dziwię, że chłopina sfrustrowany i umęczony. Ileż można?

Na dole pieczątki: Paweł Kozioł, Ponieważ Agnieszka.

A nie mówiłam, że to nie jest na poważnie?

BEKSIŃSCY nie beksy

Pani Magdalena Grzebałkowska odważyła się odkryć nieodkrywalne: postać fascynującą, tajemniczą, zależną i niezależną jednocześnie. Może socjopatyczną, może autystyczną, może tylko gubiącą się w grupie większej niż dwie osoby.

Malarstwo pana Zdzisława Beksińskiego nieustannie budzi we mnie dziecięce ostrzeżenie rodzicielskie: nie patrz, bo ci się przyśni. Gdy, czytając „Beksińscy. Portret podwójny”, natrafiałam na wkładkę z fotografiami obrazów, natychmiast zakrywałam je dłonią i szybko przewracałam kartkę.

Opis życia – chciałoby się napisać: od poczęcia do (nie)naturalnej śmierci, składa się z solennie zebranych informacji. Życie to nie było – według klasycznych reguł – ani spokojne, ani szczęśliwe. Wszystko od pierwszych chwil jest inne, wyjątkowe, tajemnicze, niezwykłe. Musi tak być odbierane skoro „normalność” to funkcjonowanie w grupie, potrzeba dotyku, komunikatywność, potrzeba posiadania potomstwa, sympatia do dzieci. A tu wszystko na odwrót i na dodatek nieszczęście w postaci syna zafascynowanego turpizmem, śmiercią, krwią i cmentarzem.  Syna, który nie potrafi tworzyć związków, za to systematycznie próbuje przejść na stronę, którą oglądał na obrazach ojca. Ale czym ma być zafascynowany, skoro od urodzenia nasiąkał tą atmosferą poprzez sztukę ojca?

Czy cokolwiek się wyjaśnia, rozjaśnia po przeczytaniu całej książki? Czy to tylko chwilowe oświetlenie różnych faktów piórem autorki jak reflektorem w głęboki mrok? Czy rozumiem dlaczego Beksińscy byli tacy jacy byli? A czy muszę rozumieć?

A nie wystarczy wiedzieć, że byli?

 

 

Woronowicz/Celińska. Tylko 51 minut

Do Jorga, chłopaka z małej wioski przyjeżdża matka.

Wyjechał parę lat temu po lepszą przyszłość, na studia. Teraz umiera – choć nie jest to wprost powiedziane – chyba na AIDS. Matka, jak to matka, przywiozła dziecku smakołyki. Ale ono już niczego nie je, nie chce też lekarstw, ani do szpitala. To bezcelowe. Ma świadomość, że to jego ostatnie chwile. Matka zaprzecza, wypiera, próbuje się bronić, udawać, zapewnia: wszystko będzie dobrze. W końcu przyjmuje rolę matki umierającego dziecka. Ma w sobie spokojną rezygnację, zupełnie jak syn. Zmienia mu pieluchę, kładzie się obok… Potem zjawia się ojciec i kładzie z drugiej strony. Wyglądają zupełnie jak wtedy, gdy ich syn był mały i przychodził do nich do łóżka…

Sztuka pana Ingmara Villqista „51 minut” wyreżyserowana przez pana Łukasza Barczyka – premierę miała w 2003 – to jedna z niewielu, które są ze mną, we mnie, mimo upływu lat. Przejmujące, dotykające dna wrażliwości aktorstwo pana Adama Woronowicza to kruszec aktorski. Złoto i kruchość.

Pani Stanisława Celińska jako najczulsza matka, najmądrzejsza, najdelikatniejsza. Jest coś przezroczystego, kryształowego w tej relacji i kreacji. Maestria.

To nie jest tania sztuka do płaczu. Tu się nie rozpłaczesz. Tu wzruszenie nie spłynie ze łzami. Rozładowania nie będzie. Nie ulży ci. Zostanie.

ŚPIEWanie, mmmm, śpiewanie

….i zaczęła śpiewać. Właściwie nucić cichawo, niespiesznie, od niechcenia. ….mmmmmmmm…. Trochę dzieciom, trochę sobie, trochę nam, tak do końca nie wiadomo. Dzieci się bawiły, my rozmawialiśmy, niby nikt nie zwracał uwagi na to mmmmmmm. Po chwili pojawiły się nieśmiało słowa, a do mnie dotarło przez skórę jak to jest śpiewane. Jak ona – córka Drogich Esów – śpiewa. Co to znaczy – śpiewać. Słyszałam i widziałam, byłam tam, w okolicy strun głosowych, przyglądałam się jak drgają, jak się napinają, jak wygląda krtań, nieboskłon gardła. Głos układał się tam gładko, nie miał kantów, zadr, chropowatości. Był okrągły i płynny. Dźwięki donikąd się nie spieszyły, jakby dostały wybór: możecie się wydobyć lub nie, wasza sprawa, przymusu nie ma. Jesteście u siebie w domu. I one się decydują: nie ponaglane, nie popychane płyną jak obudzona ze snu, leniwa, wypoczęta rzeka. Pięknieją z rozmysłem, delikatnością, pojawiają się w powietrzu i jednocześnie zostają w gardle i usypiają do następnej piosenki. Mają czas.

Słysząc, widzę to wszystko, wzruszona zamieram, bo wiem, że mój głos nie ułożyłby się ani płynnie, ani niespiesznie. Całe życie czujny i napięty, gotów do natychmiastowego wykonania komendy: Cel! Pal!

Głowa GŁOWACKIEGO

We wtorek w Tv Kultura w ramach cyklu "Miesiąc ze Stanisławą Celińską" "Czwarta siostra" pana Janusza Głowackiego. Nie pamiętam, czy od premiery przed parunastu laty była jakakolwiek powtórka, ja oglądałam drugi raz, ale tak jakbym – pierwszy. Niewiele pamiętałam, prawie nic, a już zupełnie żadnych bon motów, absurdalnych skojarzeń, Rosjan przenicowanych na nowoczesnych, pokazanych jak to niby wszystko rozumieją, są w nurcie współczesności, z żywymi naprzód idą… A jednak w istocie swej durni są jak byli, z wrażliwością, która po sekundzie wzruszenia drewnieje i dalej, i do przodu, i kasa, władza, siła i wóda. A natura (Czytaj: kobieta) ciągnie do drugiego człowieka, do miłości, do budowania gniazda, stabilizacji, potomstwa… Ech, panie Głowacki, panie Głowacki, gdyby nie pana wspinaczki wysokogórskie po stromych żlebach wyrafinowanego poczucia humoru, nudne byłoby to jak przeciętne życie. Zabrał pan ze sobą kwiat aktorstwa polskiego, a to: pana Gajosa, panią Celińską, pana Stuhra, panie Krzywkowską, Pilaszewską, Durską, panów Zielińskiego, Gancarczyka i Globisza… I panią Agnieszkę Glińską, która ten kwiat w bukiety układała. Ha, żart kiczowaty, gdzie mnie do pana.

Pan Maciej Stuhr jako zabity Kostia wjeżdżający w postaci pomnika. Profetyczne, panie Głowacki, skąd pan wiedział, że to już za czternaście lat?

Pan Janusz Gajos jako ojciec sióstr z tekstem: Człowiek się rodzi i Bóg wie, czego dokona. I nagle patrzy, a tu już siódma.

Kończę, panie Głowacki, bo właśnie minęła. Trzeba obejrzeć wiadomości.

Skund żeś się wziun

Piękne popołudnie z łaskawym słońcem, chylącym się ku wczesnej jesieni. Do skansenu, do skansenu, do muzeum wsi! zamarzyłam głęboko, wstałam z martwych domowych i pojechałam dwa przystanki w kierunku pofałdowanego, rozległego terenu. Pola, pólka, zagonki, malwy przed pobielanymi chatami ze słomianym dachem. Chodzi się, zagląda do ciemnych, malutkich izb, pełnych starych, drewnianych urządzeń, ułatwiających proste życie włościanina, chłopa, wieśniaka, chama. Po przeciwnej stronie zagroda/obórka na żywiznę. Drewniany kościółek, drewniana plebania z czterema niewielkimi izbami: kancelarią, sypialnią, kuchnią i salonikiem. Za kościółkiem wiejski cmentarzyk. Dalej dworek państwa: cztery pokoje, korytarz, wszystkiego w porywach ze siedemdziesiąt-osiemdziesiąt metrów. Dalej dawne miasteczko z warsztatami rzemieślniczymi, karczmą, pocztą, dentystą. Jakie małe powierzchnie!

Chodzę, patrzę i myślę: jak daleko się posunęliśmy! Jak rozpychamy łokciami ściany naszych mieszkań! Jak potrzebujemy kolejnych i kolejnych metrów. Jak się przeprowadzamy, budujemy, wyposażamy, wciąż niesyci zawłaszczania terenu, grabieżczo wystawiając coraz wyższe mury, sadząc tuje i żywopłoty.

A tu zdziczałe antonówki, spod których zbieram kilka jabłek o oszałamiającym zapachu. Ława i stół na miedzy pod skarlałą topolą, na której siadam, wyjmuję gazetę i przez godzinę ślabizuję, bo przecież w takim miejscu nie powiem, iż – oddaję się lekturze. Pachnie słoma, spadają z drzewa muszki, łażą po mnie robaczki. Od czasu do czasu przemknie człowiek, zagdacze kura. Jak to na wsi.

Po co obok dużego miasta taki zaścianek? Żebyśmy nie zapomnieli, żeśmy państwo z chamstwa?

Ptasia PASJA

To skrajnie trudne oddać w słowie, opowiadaniu własną pasję. Większość z nas, jeśli ją ma, to w sobie, w myślach, w emocjach. Czasem nawet bliscy nie potrafią powiedzieć, co rozgrzewa do czerwoności ich ojca/matkę/brata/siostrę/żonę/męża…. Jeśli jest się bardzo bystrym, można to czasem zauważyć w uśmiechu, który wyhynie ze środka np. jubilata, który wszystkie prezenty docenił, podziękował, ale przy jednym – uśmiechnął się zupełnie inaczej. To jest trop.

Pasja to nie jest wąska ścieżyna.

Przykład? Ktoś czyta dużo książek zawsze i wszędzie. Ale zapytany o to nie opowie o książkach w swoim życiu, nie połączy z nimi różnych swoich zdarzeń, nie ma pojęcia czego go nauczyły, ani na jakie wybory miały wpływ. Mękoła przez godzinę będzie opowiadał treść ostatniej wraz z zakończeniem, choć nie ma większej gafy wśród czytających. Nie pamięta nazwiska autora, nie wie, czy już kiedyś coś danego pisarza czytał, czy styl jednego odpowiada mu bardziej niż innych i dlaczego. To raczej odskocznia od codzienności, niż pasja. 

Niezamierzonym wykładem o tym, czym jest prawdziwa pasja, jest książka pana Stanisława Łubieńskiego „12 srok za ogon”. To opowiadania o ptakach wypełnione przeogromną wiedzą, znajomością rzeczy. Ale fascynacja ptakami dotyczy w jego wypadku wszystkiego, co je gdziekolwiek zawiera: malarstwa, literatury, filmu, turystyki, itp. I tak prosta atlasowo-encyklopedyczna wiedza o gatunkach ze strumyka zaczyna się rozlewać tak szeroko, że w końcu nie wiadomo gdzie są jakieś brzegi, granice i czy w ogóle są. Pasjonat nigdy nie jest syty, nigdy nie powie: Stop! Już wszystko wiem.

Życie staje się pasją, pasja staje się życiem. Pasjonat, to właściciel dwóch żyć.

I tu się ucieszyłam.

Duże chłopaki

A jak było, pytam po wyjeździe, bo coś nastrój nieznakomity, widzę.

A pani wie, co to za dzieci? Ja myślałam, że to dorosłe chłopaki, a oni mi przyszli zaraz po przyjeździe, że nie będą mieszkać z gimnazjalistami, bo nie. A pokoje były czteroosobowe. To poszłam załatwiłam dwuosobowy. A potem chodzili za mną krok w krok. Ja w lewo, oni w lewo, ja w prawo, oni w prawo. I ciągle mnie dotykali. Tak palcem, jak się do mnie zwracali. Każdy musiał mnie nacisnąć palcem, jakbym ślepa była i głucha, i trzeba dać znak. I wieczorem przyłazili, a proszę pani to a tamto, a zgubiłem legitymację, a nie wiem gdzie jest to czy tamto, bo mama mnie pakowała. A rano: a co będzie na obiad, a co będziemy robić, a kiedy. Ani chwili wytchnienia.  A po wszystkim też musiałam ich pakować, bo nie umieli.

I tu przypomniałam ja sobie, jak długo przed wyjazdem powiedziała: wezmę tego i tego, oni tacy poważni, wysocy, to się mną zaopiekują.