Na szpitalnym oddziale ratunkowym wieczorową porą przyjmuje mnie pan doktor o twarzy zmęczonej, mrocznej, znudzonej. To była kiedyś piękna sarmacka uroda, wąs utrzymany, boki podgolone na punka. Wnoszę po tym, że w mocno dojrzałym wieku fantazja mu pozostała i nijak ma się to do wyrazu twarzy. Co się stało? pyta i od razu odwraca się do komputera. Siedzę na kozetce i siedzę, skończył pisać i już się mną nie interesuje. Aż przychodzi pan pielęgniarz i każe mi opuścić kozetkę, bo inny pacjent chce na niej usiąść. Skaczę na jednej nodze. Po chwili podstawia wózek pani pielęgniarka i jedziemy na prześwietlenie. Potem wiezie mnie z powrotem i ja już z wózka zgonić się nie daję.
Pan doktor wychodzi. Czekam, czekam. Wraca, ogląda zdjęcia, woła i jestem podwieziona pod biurko. Bada mi stopę, ja wyję z bólu, bada dłoń, też wyję. Widać moje wycie było poprawne, bo odwraca się spokojnie do komputera i wypełnia formularze. Nic do mnie nie mówi. Już wtedy wypadałoby się gotować, że arogancja, że człowieka się nie widzi i te rzeczy, ale dla mnie to jak spektakl codzienny. Bardzo mi się ten spektakl podoba.
Z niecierpliwością czekam na dalej.
Dostaję dwa wydruki, efekt pracy pana doktora i możemy się zbierać. Czytam zalecenia. Elewacja kończyny, brzmi pierwsze. Jakieś takie budowlane. Może chciał zostać inżynierem, komentuje Bar, zapalić spokojnie na powietrzu, a nie w szpitalu chować się po kiblach. Wcale się nie dziwię, że chłopina sfrustrowany i umęczony. Ileż można?
Na dole pieczątki: Paweł Kozioł, Ponieważ Agnieszka.
A nie mówiłam, że to nie jest na poważnie?