Na granie organisty

Nie, nie można sobie zmienić organisty na ślub. Jak w tej parafii, to i nasz organista, powiedział Adam Praszczadek. Ale ludzie mówią, że on tak samo gra na ślubach jak na pogrzebach, zauważa Droga Es. Ja wiem, że on gra jednym palcem, to samouk, ale za pięćset złotych. Taki wykształcony to i cztery tysiące by chciał, a skąd brać? Ja już nawet się rozglądałem, czy by tu ktoś zechciał przyjść i bym tego zwolnił, ale akurat się rozchorował, to nie miałem sumienia. To co, mam mu zapłacić, żeby nie grał? licytuje Droga Es. To pani chce dwa razy płacić? Przecież ja mu ze swojego odsypuję. I kto mu powie? Ja mu nie powiem, że nie gra! Dobrze, to ja mu powiem. On po godzinach pralki naprawia, to nietrudno się skontaktować.

Kończymy już, bo się śpieszę na pogrzeb, mówi Adam Praszczadek i podejmuje nagłą decyzję. Dobrze, to ja mu w ogóle nie powiem, że jest jakiś ślub. Tu jest telefon do mojego organisty, ksiądz proboszcz zadzwoni, że się zgadza, prosi Droga Es. To pani już z nim umówiona? Umówiła się pani przed rozmową ze mną?

KAJŚ. Opowieść o Górnym Śląsku

Kupiłam tę książkę miesiąc przed ogłoszeniem laureatki Nike. Nie dlatego, żeby sobie dziś przypisywać profetyczność, ale z poczucia, że moje korzenie też są kajś. Nie tu, na wschodnich rubieżach naszego kraju-raju, skąd pochodzi połowa mnie, ale tam na Ślunsku, skąd pochodzi druga połowa.

Hołubię więc w sobie tę połówkę mnie, rozwijam mitotwórczo, nasładzając się filmami pana Kazimierza Kutza i wspomnieniami z dzieciństwa, gdy w wakacje bladym świtem OR wiózł nas do swojej ojczyzny. Wio koniku, a jak się postarasz… wyśpiewywał znad kierownicy syrenki, a potem fiata. To były jedyne momenty w życiu, gdy śpiewał.

I kiedy tak mam już te swoje korzenie ugruntowane, utuloną bajkę o sobie, wchodzi mi w realia pan Zbigniew Rokita. Niby przecież historię tamtych ziem znam, ale pokazanie jej poprzez losy poszczególnych członków rodziny, znajomych, sąsiadów i badaczy rozpruwa moją śląską poduszkę i puch rozwiewa wiatr. I jeszcze tylko sen w nocy wyrazisty jak obrazek na ścianie, w którym w bagażniku fiata leżą wafelki, po które skradam się zza winkla. Nie zza rogu, słowo winkiel jest najważniejsze w tym śnie.

Dorastałam wśród z rzadka pojawiających się w życiu rodzinnym takich słów. Wydawały mi się niezwykłe, warte zapamiętania, razem z ich melodią. Umiem, rozumiem, choć nigdy nie uczyłam się śląskiej gwary. OR tak jak był dumny z miejsca pochodzenia, tak język ukrywał. Posługiwał się poprawną centralną polszczyzną, bez akcentu. Też jakby nie do końca wiedział, czy jest śląskim Polakiem, czy polskim Ślązakiem. Zupełnie jak ja, kiedy widzę własną nieprzystawalność do wschodniej mentalności moich sąsiadów.

Wiedział jego bratanek, który przed kilkudziesięciu laty wyjechał z nową żoną do Niemiec .

Awans

Zadzwonił do mnie sołtys, relacjonuje Droga Es, i powiedział: Jak ty tego nie rozruszasz, to już chyba nikt. No i założyłam Koło Gospodyń Wiejskich. Ty wiesz ile to chodzenia, załatwienia? NIP, regon, konto bankowe. No i jakieś zapaski myślimy uszyć. A po co wam zapaski? No żeby się odróżniać od innych kół. Będziemy jeździć na kiermasze sztuki ludowej, sprzedawać swoje wyroby. Ja już obiecałam, że zrobię sok z czarnego bzu. Pójdzie się po rowach przy drodze, pozbiera się puste małpki, będzie taniej. To może ustawcie pojemnik we wsi, niech wrzucają, co będziecie po rowach chodzić, proponuję. No nie wiem, czy to się przyjmie, spróbować można…

No i tak powstała magister inżynier gospodyni wiejska.

Skoro mamy ekscelencję sołtysa…

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW

Proszę poczekać chwilę, powiedziała miła kasjerka, kiedy poprosiłam o bilet na świeżo nagrodzony w Gdyni film. Może jeszcze ktoś przyjdzie. Dla dwóch osób nie wyświetlimy. Proszę przyjść jutro, albo pojutrze, może się uda, mówi z przepraszającym uśmiechem. Wchodzę w dyskusję, rozpuszczona faktem, że w moim mieście film wyświetla się nawet dla jednego widza. Pojawiają się inni pracownicy kina. Czuję, że każdy z nich woli pójść do domu o dziewiętnastej, a nie dwudziestej drugiej. Gdy wychodzimy, szybko przekręcają klucz w zamku. Ot, mała Polska.

Następnego dnia wybieram się do miejskiej biblioteki po książkę pana Cezarego Łazarewicza. Nagrodzoną Nike z podtytułem Sprawa Grzegorza Przemyka. Jakim cudem jej dotychczas nie przeczytałam? Ciągle z przykrością po odprawieniu z kina – zaczynam czytać.

Z najgłębszych warstw pamięci wyciągam jakieś okruchy tamtej rzeczywistości i tamtej sprawy. W niepełnej wyobraźni zostali mi jako kochająca się i dbająca o siebie rodzina: radośnie obchodzący zdanie matury syn i matka poetka. Autor pokazał, że było bardzo inaczej. A potem matka zdruzgotana nieszczęściem. Pieta po prostu. Pamiętam też z telewizji informacje o pobiciu maturzysty przez sanitariuszy, a potem skazanie lekarki. Nic wtedy nie wiedziałam o ustroju, w którym dorastałam, ale sanitariusze? Bijący? Lekarze? Przecież oni są od ratowania życia!

Podziw dla arcysolidnej reporterskiej pracy zostanie. Ale zostaną także zaskoczenia zachowaniem ówczesnych rządzących. Skoro nie bali się bić i zabijać, tacy mocni i wielcy, to dlaczego potem oblatywał ich strach i kręcili jak małe dzieci? Zasięgali języka u socjologów, psychologów społecznych z tytułami profesorskimi, jak przedstawiać swoją „prawdę”, jak manipulować opinią publiczną. Kulisy tych krętactw są najbardziej fascynujące, jeśli tak można w ogóle powiedzieć w tych okolicznościach.

A akapit, który mną wstrząsnął najmocniej jest taki: Już po śmierci mama kupiła mu urodzinowy prezent, amerykańską metalową zapalniczkę Ronsona, o której od dawna marzył. (…) Za dwa dni, tuż przed pogrzebem, matka wsunie mu do trumny ten prezent razem z paczką gauloise’ów.

Iluż ja znam ludzi, którzy zapalili się na śmierć…