Od wczoraj w kuchni nowa lodówka.
Włącza się i wyłącza dźwiękiem odkorkowywanej butelki.
Czyżby maczali w tym palce producenci wina?
Od wczoraj w kuchni nowa lodówka.
Włącza się i wyłącza dźwiękiem odkorkowywanej butelki.
Czyżby maczali w tym palce producenci wina?
Szaro-czarno-biała scenografia pana Borisa Kudlićki, mroczne, widmowe światła, muzyka od pierwszych taktów tak rozdzierająco smutna, że po kilkunastu minutach zaczęłam ważyć: Czy coś bym straciła, gdybym jednak tego biletu nie zdobyła? Czułam się nieswojo, organizm się bronił, wyrywał do światła, do uśmiechu, do homeostazy. Siedzenie w krypcie nie jest zdrowe.
A tu Paul – pan Jacek Laszczkowski – o zmarłej żonie Marii, o żałobie bez końca, o tym, że przecież jest a nie była, że on czeka na ukochane widmo i czekać będzie, znosząc naręcza kwiatów i stawiając bukiety przed jej sypialnią, zapalając co i rusz znicze… A tu jego przyjaciel Frank – pan Tomasz Rak – próbujący go wyrwać z domu wiecznej żałoby, a tu Marietta – pani Ewa Vesin – tancerka łudząco podobna do zmarłej, jest szansą na nowe życie… Widma jak nimfy, wyuzdane tancerki w podejrzanych salonach, zakochana Marietta… Paul na jakiś czas ulega, zaczyna żyć, ale potem znów chowa się do krypty, wspina na katafalk, czci trumnę, ba nawet w niej grzebie, wyciągając z grobu jakieś deski. Ona była czysta, czysta, a ty… poniża i upokarza Mariettę. I sięga po włosy ukochanej, które mu zostawiła. Tu moja myśl: Jak zostawiła? Oskalpowała się? Tuli i gładzi jasną perukę, brrrr, co za makabreska! Zaraz potem zapala kolejne znicze…
W dodatku wszystko po niemiecku. A pani obok mnie pachnie jakąś nieżywą perfumą… No komplet, po prostu komplet.
I tak siedzę, oglądam z coraz większym zachwytem dla roboty takiego majstra, jakim jest pan Mariusz Treliński, dla precyzji, perfekcji każdego taktu, każdej frazy, każdego ruchu, każdego zastosowania obracającej się wciąż sceny. Organizm przestał się bronić, zaczęło się wniebowzięcie. Ale duszę gniecie natrętne pytanie wykształconej w polskiej szkole Polki: Co autor chciał przez to powiedzieć? Skąd mu się wzięła myśl, żeby akurat wespół Ericha Wolfganga Korngolda i Paula Schotta w tym czasie wystawić?
Odpowiedź nadeszła pytaniem: Ach któż to, ach kto od lat otwiera groby, grzebie w trumnach, składa wiązanki i zapala niekończące się znicze? Kto nie chce wrócić do świata żywych? Kto śmierć wynosi na piedestał? Któż jest Paula alter ego?
Czy jest polędwica generalska? pytam, przejrzawszy zawartość lady chłodniczej krakowskiego sklepu, gdzie takowej nie dostrzegam.
Generałowie wycofani, teraz będą parady, mówi Pani Sklepowa, która tam od niedawna. Panienki ekspedientki (subiektki?) znikły, jest Pani Sklepowa, która lubi pogadać z klientami. A teksty daje takie, że aż chce się tam kupować.
O, mówię, jakie znowu parady?
Polędwica paradna, proszę pani jest na miejsce generalskiej, bo dostawca się zmienił.
Skoro parady, to już jesteśmy po wojnie? staram się dorównać dowcipem.
No nie wiem, podobno służbę zasadniczą mają przywrócić.
No ale kto będzie dowodził, skoro generałów wycofano?
Pewnie rotmistrz, bo jego kiełbasa ciągle jest w asortymencie. To co podać?
Pani Maryla Rodowicz dała w piątek w Opolu znakomity koncert (jeszcze by diabłu łeb urwała – mawia o takiej energii koleżanka z wojska) i ani kapitalna grupa z Ukrainy, ani pan Marcin Wyrostek, ani pan Jan Kliment, których występów nie da się zapomnieć, jej nie przyćmili. Nie przeszkadzały szokujące bezy, biała i różowa, ani dzidzia-piernik z kokardą, ani wirująca pupa. Jak się ma w repertuarze same mądre, melodyjne, wybitne piosenki, to widz/słuchacz wiele zniesie.
Potwierdziło się, że królowa jest tylko jedna, i nie jest nią ta, która tak o sobie mówi.
Po koncercie pani Maryla zeszła ze sceny do widowni.
I czar prysł.
Najpierw grupy i grupki mężczyzn w żółto-niebieskich t-shirtach przez kilka dni na deptaku i na starówce. Spacerowali, siedzieli w ogródkach jedząc, pijąc, śmiejąc się, śpiewając. Ustawiali się w długich kolejkach po lodybosko, tylko po to, by pogawędzić ze ślicznymi lodziarkami. Zapraszali do tańca przechodzące dziewczyny. Wszystko radośnie, nienachalnie, z klasą. Nagle miasto nabrało lekkości, wdzięku, uśmiechu. Potem rozśpiewane marsze na stadion, potem smutny powrót do domu.
A potem pięknie położona na peryferiach pod lasem IKEA. Sklep, w którym wszystko pasuje do wszystkiego.
Duża szklana miska do robienia ciasta. Przydałby się dziubek do wylewania, myślę. Patrzę – jest dziubek. Nalepki na towarze z klejem, który świetnie trzyma i odkleja się nie zostawiając śladów. Napisy na kanapach robione światłem z góry, byle niczego nie zniszczyć. Strzałki kierunkowe też. Bo być może coś kiedyś będzie trzeba zmienić, więc będzie łatwo, lekko i szybko. Wszystko, wszystko, wszystko jest przemyślane od początku do końca z perspektywą możliwości zmian. Zredagowane – że użyję pisarskiego porównania – idealnie. Tu nawet plastik jest szlachetny. Obsługa jest, ale nie traktuje cię od wejścia tekstem: W czym mogę pomóc? Jesteś głupim dzieckiem, zaopiekujemy się tobą, pokażemy najszybsze ścieżki do konkretnych rzeczy. No już, gadaj czego chcesz! Tu nic na siłę. Przyszedłeś, jesteś, cieszymy się. Jeśli coś przy okazji ci się spodoba i kupisz, będzie fajnie. Jeśli nie, nie czuj się zobowiązany. Modelowy przykład poczucia własnej wartości i braku kompleksów.
Nic mnie tu nie rozprasza, nie męczy, nie wkurza bylejakością, nie razi w oczy jarmarczną kolorystyką. Wszystko jest ładne, czasem piękne, nic – śliczne.
Chodzę tam odpoczywać.
A w restauracji, nawet gdy za tobą zniecierpliwiona kolejka głodnych, to i tak masz wrażenie, że dla panów kucharzy w całej restauracji jesteś jedyną klientką. Tak patrzą, że nie ma nawet odrobiny zniecierpliwienia w ich oczach. Sama uwaga, skupienie, życzliwość. Czy to sztuka doboru odpowiednich ludzi, czy cud mistrzowskiego szkolenia?
Kurcze, lubiłabym być Szwedką.
Pani Wisława – po cóż nazwisko, skoro Wisława jest tylko jedna – to znakomity, przepraszam, materiał do opowieści. Wsobna, delikatna, krucha, wycofana. Blichtr tego świata męczył ją i peszył. Podejrzewam, że także nudził. Rozumiała jak nikt na świecie, że to – puste kalorie. Ceniła swój czas, doskonale wiedziała jak go spożytkować; że warto tylko na to, co się lubi i z ludźmi, z którymi się dobrze czuje.
Pan Michał Rusinek – jej sekretarz – we wspomnieniach zatytułowanych „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”, z wyczuciem i taktem, jak przystało na człowieka dobrze wychowanego, opowiada o codzienności pracy dla i z poetką, o kulisach przeróżnych wydarzeń, które każdy zainteresowany zna tylko od strony sceny, o towarzyszeniu noblistce podczas wielu wyjazdów, począwszy od pierwszego – do Szwecji po nagrodę największą.
Wspomnienia ukazały się w 2016 roku – cztery lata po śmierci poetki – i ten niepośpiech, pozwolenie, by dać czasowi czas a wszystko ułoży, jest w czasach goniących na złamanie karku, czymś niebywałym. Ale też miał pan Michał Rusinek komfort wyjątkowy – nie było nikogo, kto mógł go wyprzedzić, czytaj: drugiego pierwszego sekretarza.
Zaskoczeniem był brak jakichkolwiek podziałów, porządkujących materiał w książce. Rozdziałów, chociażby. To jest chronologiczna opowieść, tak jakby każdemu z nas opowiadał z osobna. Forma rzadka, chyba niespotykana wręcz. Trzeba się uzbroić w czas, wystarczy jeden cały dzień, bo oderwać się nie ma jak.
Jak to dobrze, że w tamtych latach nie było kolorowej prasy plotkarskiej. Jak to dobrze, że wielką czcionką na pierwszej stronie nie rozrywała na kawałki tak pięknej miłości. Nie ustawiała pod drzwiami alkierza krwiożerczych tłumów, czekających na zakrwawione prześcieradło. Nie gmerała, nie opluwała, nie śledziła, nie podglądała. Nie używała odhumanizowanych określeń: partner, partnerka (partner w interesach…). Byliśmy ze sobą od dwudziestu trzech lat, powiedziała poetka po jego śmierci. Dyskretnie i delikatnie powiedziała wszystko. Wystarczy, prawda?
Zostały listy, dowody głębokiego uczucia, duchowej spójności, szacunku dla potrzeby niezależności. Pani Wisława w tym układzie spokojnie mogła sobie być małą zachwyconą jego wąsami dziewczynką, pan Kornel nienarzucającym się opiekunem. A przecież wiadomo, że w samotni własnego domu i jedno i drugie to piekielnie inteligentni władcy piór. Giganci.
Nie wiadomo, co o poezji pani Szymborskiej sądził pan Kornel; wiadomo, że poetka poznała się na geniuszu jego opowiadań, czego nie ukrywała. A może to był jeszcze jeden sposób, by dać znać ukochanemu, że wciąż się tkwi w zachwycie? Tym bardziej, że mąż jakby nie przyjął do wiadomości, iż od lat jest byłym mężem i wciąż jest obecny w codzienności poetki…Pan Filipowicz w jednym z listów zauważa: (…) dziwne mi się wydaje, że Twoi byli mężczyźni nie oddalają się od Ciebie, tylko krążą wokół Ciebie jak sputniki. Chcę wierzyć i wierzę, że oni już da Ciebie są osobami neutralnymi, ale – sama rozumiesz…. Pani Szymborska, zatroskana o podupadające zdrowie ukochanego, przekonuje: (…) bo wyobraź sobie obchodzisz mnie nie tylko jako okaz zdrowia, ale w ogóle…
Nie szczebioczą, nie słodzą, nie zdrabniają imion. Kochana/droga Wisławo, Kochany/drogi Kornelu. Oboje pojmują istotę rzeczy. I skupiają się wyłącznie na niej. Didaskalia są dla niedojrzałych bez względu na to ile lat sobie liczą.
„Listy. Najlepiej w życiu ma twój kot. Wisława Szymborska. Kornel Filipowicz”.