Męski POWÓD do dumy

Gdy jesteśmy mali rodzice są dumni z tego, że jesteśmy zdolni i inteligentni.
Gdy wejdziemy w wiek nastoletni, jesteśmy dumni z ocen w szkole.
Gdy mamy lat dziewiętnaście, jesteśmy dumni z dobrze zdanej matury i dostania się na wymarzony kierunek studiów.
Potem – dumni z dyplomu albo dwóch, trzech języków w mowie i piśmie.
Potem – z dobrej pracy za dobre pieniądze.
Świetnej dziewczyny. Udanego małżeństwa.
Domu, samochodu.
Zdrowych dzieci.
Dobrze wychowanych i wykształconych dzieci.
Mających dobrą pracę za dobre pieniądze.
Udanego małżeństwa, dzieci.
Zdrowych wnuków.
.
.
.
A potem siedzimy sobie na przystanku i: …a ja mam już osiemdziesiąt sześć lat! Uwierzy pani? Niemożliwe! Nie wygląda pan! A to wszystko proszę pani dzięki ruchowi i obowiązkom. Zawsze rano sobie wyjdę i pozałatwiam wszystko. O, jakie siaty dźwigam. Chodzę pieszo. Ruch, ruch, proszę pani. Stawy mi chorowały, chodziłem po lekarzach, różne zabiegi mi proponowali, ale ja nie skorzystałem, wszystko sam zwalczyłem ruchem, chodzeniem, obowiązkami. A teraz proszę pani? Każdy wygodny, wszystko jest. Każdą książkę można kupić, a jak ja chodziłem do szkoły to mama mi kleiła podręcznik sama i to nie takim klejem ze sklepu, tylko takim z mąki i to jeszcze wzięła tę gorszą, żeby taniej. A skarpetki, proszę pani, to dziurka się zrobi zaraz wyrzucają, a kiedyś to mama cerowała i chodziło się dalej.

Na starość jesteśmy dumni z tego, co przez całe życie było oczywiste i nie warte krztyny uwagi.

Że poruszamy się o własnych siłach.

Że dożyliśmy wieku.

My, mężczyźni.

Na końcu było SŁOWO

I tak to jest z tymi sprawami… – zawieszał głos, gdy watek mu się kończył.
Łomazy, Łomazy i Dubów dwa razy – powtarzał, gdy w rozmowie padła nazwa tego miasta.
Bądź mądry i pisz wiersze – gdy nie mógł rozwiązać jakiegoś problemu.
Pracuj, pracuj, a garb ci sam wyrośnie – tę dewizę życiową uznał za swoją.
Co słychać w eleganckim świecie? – zadawał napotkanemu zawsze to samo pytanie.
Chorego pytają, zdrowemu dają – odpowiadał na pytanie, co by zjadł.
Jedzcie ludzie dorsze, bo gówno jest gorsze – kwitował każdą rybną potrawę, która znalazła się na stole.
Kwasieluchy – mawiał o owocach, po których spodziewał się, że będą słodkie. A one zawiodły.
Dobre, aż słodkie – o potrawach smażonych na smalcu. Szczególnie – o plackach ziemniaczanych.
Dobra woda, bo mokra – zawsze, gdy coś pił w towarzystwie i chciał błysnąć dowcipem.
Wycockaj – mówił, gdy trzeba było coś wyssać.
Wycyckał go – gdy ktoś sprytnie i nie do końca uczciwie wyciągnął od kogoś pieniądze.
Chodzi jak ta lala – mawiał, gdy udało mu się coś naprawić, szczególnie motor albo samochód.
Lekutko – gdy wyjaśniał stopień delikatności.
Sto lat i pięć minut – mawiał, gdy ktoś kichnął.
Pada sobie deszczyk, pada sobie równo, raz padnie na kwiatek, drugi raz na gówno – podśpiewywał na deszczu hymn o demokracji w przyrodzie.
Dobrze jest, nie trza psuć – kończył, gdy rozdyskutował się nad miarę i wgłębił w szczegóły.
Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy – zawsze, gdy mu się coś nie udawało.
Kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi – tak ujawniał swoje wieczne lęki.
Depnął po hamulcach – mówił w afekcie, gdy udało mu się w ten sposób uniknąć niechybnej śmierci.
Skinienie, skinienie – powtarzał, szukając zaginionej śrubki, nakrętki, itp.
Siedzieć w chłodzie i trzymać nogi w wodzie – artykułował swą kolejną życiową dewizę.
Ty piecuchu – z pogardą do kogoś, kto – w przeciwieństwie do niego – był domatorem.
Żdżmioch pieruński – takim epitetem obdarzał kogoś, kto sprzeciwiał się jego woli.
Wio koniku, a jak się postarasz, na kolację zajedziemy akuraaat… – wyśpiewywał, gdy o piątej rano w wakacje Syreną 104 wyruszał z rodziną na gościnne występy.
Na gościnne występy – odpowiadał zwykle na pytanie, dokąd się udaje.
To urąga ludzkiej godności – tu zawsze miał podniesiony i mocny głos, bo często coś urągało jego godności.
Z kozom bym sie żeniuł, by piniondze mioła. Kozie bym łeb urżnoł, mienso ugotowoł, rosołu sie napioł, a piniondze schowoł – całe życie poszukiwał odpowiedniej kozy.

Tyle miałam, tyle miałam.

Tyle mi zostało.

USADZANIE

Strasznie zapchany był poranny mój autobus. W piątkowe poranki młodzież studencka, wynajmująca stancje na osiedlu, z wypchanymi torbami i walizami na kółeczkach, pakuje się do autobusu miejskiego, celem dojechania do autobusu PKS. Dzieci podążają na weekend do odległych rodziców, dla wyprania się i najedzenia oraz przywiezienia czystego do szafy i zapasowego do lodówki. A tu na przystankach kolejni chcą wejść…

Trójka starszych państwa w tym dwie panie i jeden pan – grzecznie za nimi – wcisnęli się w wąski lejek przy drzwiach. Pani w słusznym także wieku, siedząca przy samych drzwiach i obłożona pakunkami, zaczęła się tłumaczyć: Ja zaraz panią wpuszczę na siedzenie, ja tylko jeden przystanek jeszcze… Przekładała torby, poprawiała się na siedzeniu, zaniepokojona tym, że ktoś obok niej stoi. Skąd kobiety wiedzą, że ta  pomarszczona, stojąca staruszka jest starsza od niej – pomarszczonej, siedzącej staruszki? Odzywa się w nich nauka dla małych, grzecznych dziewczynek: Zawsze ustąp starszemu. Młodzież współczesna nie ma takiego ciśnienia. Nawet najstarszych uważa za młodszych od siebie, bo nie mają zwyczaju ustępować.

Nie, niech pani siedzi, ja poczekam. Zresztą i tak nie ma jak się przepchnąć do miejsca. Tłok dzisiaj jak nigdy o tej porze  – uprzejmie dziękuje starsza pani. Stojąca za nią potwierdza kiwając głową. Stojący za nimi starszy pan przysłuchuje się uprzejmie. Na przystanku trójka wysiadła na chwilę, żeby wypuścić wysiadających. I – ku mojemu zdumieniu – pierwszy wepchał się bystro starszy pan i – klapnął na omawiane siedzenie. Dwie starsze panie otoczyły księcia wianuszkiem i stały uprzejmie.

Na kolejnym przystanku  opróżniło się miejsce z tyłu. Pani stojąca obok szarpnęła za łokieć staruszkę wcześniej usadzaną i powiedziała stanowczo: Niech pani usiądzie, o tam miejsce się opróżniło. Dziękuję, ale to daleko. A poza tym zaraz wysiadamy. Pomogę pani – wzięła ją pod rękę. Nie, dziękuję, wyszarpnęła się z uścisku. Ależ niech pani skorzysta, skoro jest wolne – nie dawała za wygraną. Nie, dziękuję – upierała się starsza pani.

O, bo już naprawdę z tymi ludźmi – skomentowała nachalnie uprzejma. Człowiek chce być uprzejmy, a tu nie i nie. Co za chamstwo…

BRAKi

Och, a gdzież to pani Agnieszka? – dopytuję nieśmiało Panią od Moich Włosów, właścicielkę salonu – Chora? A może na urlopie? Pani Agnieszka już tu nie pracuje – słyszę i nie mam odwagi zapytać: A dlaczego?

Pani Agnieszka była drobną, okrągłą ale zgrabną dziewczynką, która od kilku lat pracowicie myła włosy, nakładała farbę, zamiatała, robiła herbatki i kawki klientkom, odbierała telefony. Uśmiechnięta i sympatyczna, miło przygotowywała moje włosy do strzyżenia przez Panią od Włosów. Nawet się dziwiłam, że nie wychodzi z tego niby-stażu, że nie łapie nożyczek i nie wkracza w kolejne kręgi fryzjerskiego wtajemniczenia. Dziwiłam się w myślach, ale zawsze.

No i teraz smutek, że Pani od Moich Włosów nie ma już podręcznej, dzięki której krócej siedziało się w salonie. A będzie pani miała kogoś nowego do pomocy? No jest chłopak, ale od razu poszedł na urlop. A w ogóle, z tymi stażystami, to wie pani… – tu zaczyna się dogłębna analiza i ocena narybku w szkołach zawodowych i zaraz po nich. Z Panią od Moich Włosów spotykamy się już z piętnaście lat, więc analiza jest dożylna. Wniosek – za chwilę nie będzie gdzie poprawnie obciąć włosów, bo o sztuce fryzjerskiej to już mowy nawet nie ma. Byłam ostatnio na szkoleniu w jednej ze szkół zawodowych. Przyjechali znani styliści z całej Polski. Myśli pani, że dziewczynki korzystały z takiej okazji? Ze cztery były zainteresowane, a reszta żuła gumę, rozglądała się, gadała, przeszkadzała, wysyłała esemesy. Aż pan z Poznania poprosił, by odeszły i nie przeszkadzały innym.

A pani Agnieszka poszła na swoje? – dopytuję, bo drąży mnie ciekawość. Swoje? – przecież ona nic nie umie. Ile razy klientka siadała na fotelu z niedomytymi z tyłu włosami, ile mijanek narobiła, kładąc farbę, to tylko ja wiem.

O matko kochana, pomyślałam sobie cichutko. A ja byłam taka zadowolona z jej pracy. I taką kasę płacę. Za mijanki?

Ale masaż głowy robiła bosko.

NowoSIELSKI

Zmarł pan Jerzy Nowosielski. Musiałam się z tym oswoić.

Jego śmierć obudziła we mnie uśpioną i nienasyconą tęsknotę za jego twórczością.

A było to tak.

Jakieś dziesięć, a może i piętnaście lat temu obejrzałam w TV reportaż o nim i jego dziełach. Szczególnie ikonostasach i malowidłach religijnych. Poraziło mnie piękno jednego z kościołów. Nigdy niczego tak pięknego – jeśli chodzi o współczesne budownictwo sakralne i jego wnętrze – nie widziałam. Zadurzyłam się miłością pierwszą i – niestety – platoniczną, bo nie zapamiętałam, gdzie ów budynek wypełniony malarstwem Nowosielskiego się znajdował. Ubzdurałam sobie, że gdzieś pod Warszawą. Odtąd pracowicie i systematycznie poszukiwałam przy okazji bytności w okolicach. Kiedyś już, już, w Wesołej wydawało mi się, że trafiłam, i że wreszcie uda mi się nasycić oczy i ducha wytęsknionym pięknem, ale – drewniany kościółek na wzgórzu był zamknięty na głucho, a przez okna i dziurki od klucza niczego nie można było zobaczyć. Może zresztą nie było tam tego, czego szukałam…

I trzeba było aż jego śmierci, żeby się okazało, że w moim mieście w jednym z kościołów od ponad trzydziestu jest przepiękny ikonostas jego autorstwa. Nie miałam pojęcia.

I trzeba było jego śmierci, żeby się okazało – poprzez zaprzyjaźniony blog – że poszukiwana świątynia z bezcenną dla mnie zawartością jest w Tychach…

Panowie DWAJ

Tą samą uliczką pełną zadbanych domków, podążamy o tej samej porannej godzinie. Oni z przystanku, ja – na. Mijamy się w tym samym miejscu. Niedługo zaczniemy się sobie kłaniać.

Dwóch wąsatych panów z włosem srebrnym. W znoszonych kurtkach, z wypakowanymi torbami na ramionach. Wyglądają na fachowców znających swoją wartość.

Do tego stopnia są jej pewni, że każdy – mróz, czy deszcz – dzierży w jednej dłoni otwarte piwko, w drugiej zapalonego papieroska.

Chłopaki-polaki do roboty idom.

Spacerek

Przytulamy ją wszyscy po kolei. Bez słów. Bo słowa uwięzły nam w gardłach tego dnia, gdy okazało się, że nie dało się wyleczyć i – zapomnieć.

Że trzeba leczyć przerzuty.

Przyjechała więc w rodzinne strony między kolejnymi wlewami chemii, ze stertą leków i lęków.

Do Miasteczka, gdzie od bardzo dawna leżą: ojciec, którego nie pamięta, ukochana babcia, która zmarła, gdy ona zdała maturę, a rok po niej dziadek z tęsknoty za żoną. A nieco dalej w oddzielnym grobie – matka, w dwa lata po śmierci której, ona zaczęła chorować.

Spotkała pierwszego męża, a ojca w niebie i postanowili zabrać do siebie dziecko – komentowali znawcy Wiekuistego Porządku w Miasteczku.

Matka Rodzona, która jest matką wszystkich nieszczęśników, a której dewiza: Dziecko, wszystko w życiu trzeba wycierpić(!) wskazywała mi życiową powinność kobiety, przytula moją Koleżankę z Wojska i ciepło mówi:

Przychodź, przychodź, przespacerujemy się na cmentarz…

Język GIĘTKI, czyli praZosia

Z przyjemnością rozmawiam z ludźmi, o których wiem, że język traktują jak tworzywo, a nie skończone dobro. Bawią się nim, przekręcają słowa, nadając im nowe znaczenia, łączą kilka znaczeń w jednym słowie. Wypowiadają zwykłe zdania, które nadają nowe konotacje starym, znanym słowom. Zaskakują słuchacza, bawią, skłaniają do rozpowszechniania nówki.

Nasza Najmłodsza ostatnio zamiast ciocia mówi cioćka (połączenie cioci i ciotki) cioci lub cioć. Zamiast babcia – babci.

Pani Eleonora zabierała głoskę „i” z niektórych wyrazów, by dołożyć ją do innych. Zamiast kiedy mówiła kedy, herbata była hierbatą, kefir – kiefirem. 

Częstochowianin, zagadnięty na ulicy przez reporterkę, czy zmieniłby żonę odpowiedział: A po co? Tyle żem zeżył, to i dalej zeżyje.

Droga Es zamiast prababcia mówi babcia praZosia lub krócej praZosia, praJadzia. 

Spotykam człowieka i po dłuższej chwili słuch mi się sam wyłącza.

Albo wyostrza.

Bez wizji

I znów to samo.

Po latach walk o przywrócenie przyzwoitej godziny emisji Teatru Tv, gdy cieszyłam się, że już o dwudziestej pierwszej, potem dawałam radę, bo o dwudziestej pierwszej trzydzieści, właśnie się martwię, że po dwudziestej drugiej. Ile czasu dam radę nie zasnąć? Czy naprawdę tego jednego, jedynego spektaklu w miesiącu nie można by dawać wcześniej? Terror widza niewymagającego, czyli tzw. oglądalność objął już wszystkie dni i wszystkie sensowne godziny.

A jeszcze jakby tego było mało, intensywnie przez kilka poprzedzających dni w TV – nawet w Wiadomościach – i radiowej Trójce reklamowano premierę, czyli "Powidoki" Adama i Macieja Wojtyszków. Jak można coś dawać coraz później, a jednocześnie intensywnie reklamować? Wyjątkowy tupet i cynizm.

Premiera "Powidoków" w reżyserii Macieja Wojtyszki odbyła się. Kwadrans po dwudziestej drugiej z perspektywą zakończenia przed północą. Trudna para Strzemiński i Kobro, trudne czasy, trudne wybory, trudne życie. A ja zamiast cieszyć się i oglądać z otwartymi ustami, walczyłam z zamykającymi się oczami.

Walkę przegrałam.